O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Kuba

sobota, 08 listopada 2008
Pinar del Rio - sympatyczna mieścina rodem z amerykańskiego westernu.
Jak już napisałam w akcie 2, do Pinar del Rio pańcie zajechały taksówką, z racji spóźnienia się na autobus dla turystów i braku zezwolenia na podróżowanie tym dla tubylców. Podczas tamtej wycieczki, drugi raz z dwóch na Kubie, bałam się nie na żarty. Ale to na sam koniec.
Punktem pierwszym w podróży na zachód wyspy miało być turystyczne Vinales. Plan został zmieniony w jakąś godzinę drogi od Havany, kiedy podczas przebijania się przez góry i doliny rezerwatu biosfery w Sierra del Rosario, zatrzymał nas patrol policji i poinformował, że musimy zawracać. Nasz kierowca (niestety nie mam zielonego pojęcia jak się nazywał) zachował zimną krew (proszę pamiętać, że Kubańczycy nie mają prawa "prywatnie" wozić turystów swoimi samochodami; mogą tylko wtedy, gdy odprowadzają za to słuszną działkę państwu) bo odrazu wszedł na temat ostatniego huraganu. Jak się okazało, miał nosa, Ike bowiem zniszczył naszą drogę do Vienales. Z racji tego, że inna nam się nie kalkulowała czasowo, pojechaliśmy więc do oddalonego o kilka kilometrów Soroa.


(można kliknąć by powiększyć)

Spotkani ludzie powiedzieli nam, że jeszcze kilka dni wcześniej nie było tam choćby jednego zielonego liścia. Byłyśmy więc świadkami odradzania się Sierra del Rosario.
W samym Pinar del Rio spędziłyśmy niewiele ponad 2,5 godziny, były to jednak najbardziej chyba intensywne godziny z możliwych. Poza tym bardzo nam się podobało. Z mapą w ręku i językiem na brodzie najpierw pobiegłyśmy do Fabrica de Tabacos Francisco Donatien, czyli fabryki cygar.



To jest jedyne zdjęcie, które udało nam się zrobić, jako że obowiązuje tam ścisły zakaz fotografowania, w sumie nie wiedzieć czemu (a w wielu miejscach na Kubie trzeba dopłacać za robienie zdjęć, od każdego aparatu!). Jest to mała fabryczka, w której według książki produkuje się cygara na potrzeby krajowe, a według pani przewodnik, która nas oprowadzała, także na eksport. W pierwszym pomieszczeniu siedziało około 20 osób, które zwijały cygara. Każde cygaro składa się z trzech warstw, każda jest odpowiedzialna za co innego - moc, aromat, wygląd. Wbrew pozorom nie jest to takie hop siup zwinąć porządne cygaro. Mnie najbardziej podobało się drugie pomieszczenie, tzw. kontrola jakości. Siedział sobie pan około 70-tki, z wielkim cygarem w zębach i przekładał każdą sztukę przez dziurki w czymś na wzór linijki (z dziurkami ma się rozumieć ;-) W kolejnych, ręcznie (!) naklejano nalepki na każde cygaro (wtedy akurat robili markę Trinidad), układano do pudełek, oznakowywano pudełka itd. Na koniec część pudełek wracała do oszklonego pokoju vis-a-vis działu kontroli jakości, gdzie co kilka dni je otwierano i sprawdzano nienaganność wyposażenia, a inne odrazu ruszały w świat.
Z fabryki cygar popędziłysmy do fabryki Guayabita del Pinar, likieru z endemicznego gatunku owoca rosnącego w tym regionie. Do tej pory nie wiem jak brzmi jego właściwa nazwa - guava? Strawberry guava? Czy po prostu za polskim przewodnikem - gruszla? Bo wygląda to-to tak:


W trakcie fermentacji

A w samej fabryce wygląda tak:


Chłopaki czuwają, co by norma dzienna była wyrobiona ;-)

Na koniec wizyty w Pinar del Rio próbowałyśmy znaleźć jakiekolwiek miejsce, serwujące cokolwiek do jedzenia. Wtedy to po raz nieliczny w życiu miałam odruch wymiotny jedząc, ale o kulinariach kubańskich przy okazji. Samo miasto jednak było w dechę i kojarzyło nam się z amerykańskim westernem, ale przeczytawszy w przewodniku, że jest nieco senne i nie należy oczekiwać crazy night out, postanowiłyśmy wracać ;-)









A że dzieliły nas od Havany jakieś trzy godziny szybkiej jazdy, że ostatni autobus do Varadero odjeżdżał o 18-stej i że - nikt nie wie dlaczego - trzeba być na stacji pół godziny przed odjazdem, nasz kierowca stanał przed bojowym zadaniem do wykonania. A jak bojowym, okazało się już w momencie wyjeżdżania z miasta, kiedy w samochodzie pękła opona. W normalnych okolicznościach wyciągnął by człowiek zapasowe koło z bagażnika, tudzież udał się na stację benzynową, gdzie by mu od ręki wymienili. W tym momencie przypominam, że ostatnie wakacje spędziłyśmy z Majką na Kubie ;-D
Teraz już mogę się przyznać, że jak ostatecznie sprawna opona została zamontowana (bo nie myślicie chyba, że nowa!) to zostały nam jakieś dwie godziny do odjazdu autobusu... W międzyczasie zaczęła się nawałnica (deszcz na Kubie w porze deszczowej nie wystarczy nazwać deszczem) a w naszym aucie wycieraczki zatrzymały się w tej oto pozycji:



To zdjęcie zostało zrobione w momencie, gdy już miałyśmy nadzieję, że przeżyjemy (czytaj: deszcz zelżał), to znaczy ja miałam bo Majka twierdzi, że nie bała się ani przez chwilę (ale przeżegnała się na moją komendę!). Odmówiłam wtedy chyba największą w życiu ilość zdrowasiek i obiecałam sobie, że nigdy już przenigdy, choćby nie wiem co, nie będę siedzieć w samochodzie, który jedzie więcej niż 100 na godzinę (na guzik zdały się te moje obietnice, bo trzy dni później sama prowadziłam auto i zakorciło mnie spróbować jak to jest jechać 120; ale tylko przez chwilę ;-)



"Ogłoś w Europie, że jestem najlepszym kierowcą na Kubie!" - to były jedne z nielicznych słow, które w ogóle wypowiedział ten mężczyzna przez cały dzień. Tak więc spełniam jego wolę i ogłaszam :-)

Tego wieczora, już w Varadero, pobiłam rekord Guinnessa w jedzeniu hamburgera na czas i nie mogłam przestać myśleć o Winstonie z Roku 1984 Orwella. Natomiast kilka dni później, w doborowym towarzystwie, powędrowałam na południe od granicy, na zachód od słońca...

22:36, hadassa79 , Kuba
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 października 2008
Havana - największy rynsztok świata!
Tak, rynsztok to kolejne ulubione słowo, które przywiozłam z Kuby. Nie będę dziś przedłużać, bo nie mam czasu (bank holiday weekend trwa) więc będzie krótko - nie lubię Havany! I to nie ma znaczenia, że stolica, bo Dublin też jest stolicą, a go kocham. W każdym przwodniku turystycznym jest kategoria must see, czyli miejsca, które TRZEBA zobaczyć. Jako przykładny turysta Havanę zobaczyłam, ale wrócić do niej nie koniecznie potrzebuję. Ot i tyle.

Do Havany pojechałyśmy z Majuśką już drugiego dnia pobytu na Kubie. Dla niedoinformowanych dodam, że wykupiłyśmy sobie dwa tygodnie all inclusive wakacji w niejakim Varadero, za bardzo przyzwoitą cenę (nie powiem ile, bo przed oczyma mam cyferki, które wymieniali ludzie poznani w resorcie; w każdym razie mało). I już na wstępie zaprzeczę wszystkim, którzy twierdzą, że Varadero jest be, bo turystyczne itd. Turystycznym jest, to fakt, ale jest również najlepszą bazą wypadową w inne rejony wyspy. A naszym założeniem było od początku, że miło jest poleżeć na plaży, ale na pewno nie dwa tygodnie! Pojechałyśmy więc na wycieczkę; a właściwie trzy. Poniżej zamieszczam mapę Kuby byście mogli sobie zlokalizować najważniejsze miejsca.



Ja widać, Varadero jest w idealnym położeniu by zwiedzić zachód (Havanę, Pinar del Rio, Soroę po drodze i resztę mniejszych miejscowości, aż do La Fe) oraz środek wyspy (do Trinidadu włącznie) podczas kilku wypadów z resortu.

Ale miało być o Havanie... Pojechałyśmy tam autobusem przewoźnika o nazwie Viazul. Nie wiem czy jesteście tego świadomi, ale wszystko na Kubie podzielone jest na dwie podstawowe kategorie - dla turystów oraz nationales. I choćby srały skały, nie będąc w posiadaniu paszportu kubańskiego, ichnim autobusem nie pojedziesz, Amen! I w związku z tym, do Pinar del Rio na przykłąd pojechałyśmy z Havany... taksówką (proszę spojrzeć na mapę ;-) Nie było dyskusji, że Viazul nam uciekł, albo że zapłacimy więcej. Gest podrzynania gardła tłumaczył wszystko (nie, że nam, tylko że kasjerka miałaby - potocznie - przerąbane). Tak więc, wracając do tego autobusu z Varadero do Havany... ;-) przysnęło nam się z Majusiutką troszkę, potem jakiś krzyk, że to już i nagle znalazłyśmy się w Havanie. Chyba nie byłyśmy gotowe na taki klimat i scenerię w kilka sekund po przebudzeniu. Jakaś kobieta próbowała nas od drzwi autobusu zaciągnąć do siebie do domu (że niby ma pokój do wynajęcia), inna sprzedać monetę z Che, ktoś inny coś pokazać albo napić się coli, cuda wianki. Usiadłyśmy więc na ławce, zapaliłyśmy papierosa i zrobiłyśmy losowanie, w którą stronę idziemy. Wygrała Majka, czego potem żałowała hehe. Po kilkunastu minutach marszu znalazłyśmy się w centrum rynsztoku. Brud, smród, ubóstwo (skakałam jak w gumę próbując ominąć kupy na ulicach, sic!) i Rio de Janeiro. Mnie się tylko chciało zimnego piwa, a barów niet! Uratował nas niejaki profesor języka rosyjskiego:


Piękną angielszyzną przeplataną dźwięcznym rosyjskim wyjaśnił nam, że znajdujemy się w tzw. Havanie centralnej i lepiej żebyśmy oddaliły do tej starej - Havana Vieja. I tym bardziej, nie przychodziły tu wieczorem. Pic polega na tym, że my się z Majką bardzo lubimy, więc obeszło się bez wytykania palcem której to pomysł jest właśnie realizowany. Podkuliłyśmy ogony i pędęm pomaszerowałyśmy pod Kapitol, a stamtąd już na gwarną (turystyczną) Calle Obispo :-)










Jak już pisałam poprzednio, zdjęć mam kilkanaście setek, więc po resztę odsyłam do linka po lewej - My Picasa.

Na Obispo też nie bardzo wiedziałyśmy co z sobą począć. Priorytetem było mojito (z racji niedawnych huraganów i deficytu yerba buena - tak, tak, prawdziwe mojito nie jest z miętą!!! - drink ten, ku naszemu przerażeniu - nie był osiągalny w Vardero, całym regionie Matanzas i przypuszczalnie w innych) oraz... nocleg. I jak to się na Kubie zdarza, zaczepił nas mężczyzna hehe. Zaoferował... mojito. Voile, piłyśmy mojito w Hanoi, wietnamskiej restauracji na Kubie :-) Zaproponował również obiad, ale że jadłyśmy prosiaka chwilę wcześniej (o jedzeniu zrobię osobny wpis, bo takich klimatów kulinarnych nie ma nigdzie indziej na świecie!), odparowałyśmy, że jeść to niekoniecznie, ale spać to byśmy chciały mieć gdzie tej nocy. Aha, bo nie dodałam, ze poszłyśmy wcześniej do Ambos Mundos, hotelu, w którym swojego czasu sypiał Hemingway i cena jaką recepcjonistka nam zaśpiewała nie mieściła się w normach naszych europejskich zarobków. W 5 minut miałyśmy nie tylko dobry humor, ale i przytulny pokoik w samym sercu Havana Vieja, u przeuroczej, nie mówiącej ni słowa po angielsku kobiety - Nancy Perez (jak ktoś się wybiera, służę szczegółową informacją).

Gościłyśmy w Havanie trzy dni. Przeszłyśmy ją wzdłuż i wszerz, zahaczając o (chyba) półwysep - Casablankę, El Morro i La Cabanę. Jeździłyśmy dorożką, taksówką sprzed 1959 roku, piłyśmy mojito w ulubionym barze Hemingwaya (La Bodequita) oraz w tym, w którym jadał (podobno był wybredny) - La Floridita. Jeden wieczór spędziłyśmy w Tropicanie - największym kabaretowym show na Kubie, drugi na balkonie naszej kolonialnej kamiennicy obserwując nocne życie Kubańczyków. Wbrew naszym oczekiwaniom, nocna Havana nie tętni salsą, ani nie wydaje się bardzo przyjazną. Nastawiona na turystów i obcą walutę, pełna jest nagabywaczy, naciągaczy i innych mitomanów próbujących wmawiać niestworzone historie by skruszyć turystyczne serca i portfele. Jest bardzo prawdopodobnym, że babcie na zdjęciu poniżej mają więcej pieniędzy niż ja (prawie zlinczowały nas, że za mało dałyśmy!), a warunki pracy o wiele przyjemniejsze. Aha, w Muzeum Rewolucji też, rzecz jasna, byłyśmy.

Reasumując, Havana jest OK, warto zobaczyć, ale życia oddawać na pewno nie. Pstryknąwszy kilka zdjęć na Placu Rewolucji, opuszczałyśmy stolicę z lekkim sercem. A że - wspomniany wyżej - autobus nam uciekł, do Pinar del Rio Pańcie zajechały taksówką... :-)


Havana obiektywem z Casablanki

02:05, hadassa79 , Kuba
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 października 2008

Tak też musiała się zakończyć moja przygoda z Kubą - dezercją z pracy w październikowy, szary, dubliński, poniedziałkowy poranek. Naprawdę, nie mogłam wstać. To znaczy nie chciałam. Potrzebuję czasu i samotności by rozgościć się w nowym domu oraz powrócić na chwilę na Karaiby. Wikend był na wysokich obrotach w związku z wizytą Pani Ewy Woydyłło w ramach spotkań RVB (do tego jeszcze wrócę, choć zdaje się już za poźno, tak jak i na podsumowanie spotkania z Wojtkiem Tochmanem, po kolei jednak, ostatnią rzeczą jakiej teraz chcę to zwariować).
Jeeeej, nie wiem od czego zacząć. Rzepcia, moja polonistka z LO, by się teraz wściekła na maksa - jak to od czego?!? Od początku Ostrowska! Początkiem jest Majka, Majuśka, Majusiutka. Macie tak czasem, że uświadamiacie sobie jak bardzo ktoś jest ważny w Waszym życiu, prawda? Tak właśnie jest z Mają w moim życiu. Nie będę się rozwodzić, bo to nie w Majki tonie, powiem tylko iż chciałabym, żeby to ona właśnie była zawsze moim kompanem w podróżach. Rozumiemy się, uzupełniamy i mamy tę samą potrzebę odkrywania miejsc w sposób odwrotny niż ten zapisany w przewodniku i powielany przez masy - to znaczy wkradając się niepostrzeżenie w życie tubylców i stawiając je na głowie. Znów nam się udało, znów mam nadzieję, że Majka się ze mną zgadza ;-)
Pierwsza głębsza refleksja jaka mnie dopadła na Kubie to taka, że to kraj kontrowersyjny (kontrowersja było moim ulubionym słowem przez dwa tygodnie i dwa dni). Odrazu obalam mit i uprzedzam kolejne z zasłyszanych już pytań - na Kubie nie ma wojny i wcale nie jest tam niebezpiecznie! To dokładnie taka sama sytuacja jak z Izraelem w zeszłym roku. W Ziemi Świętej co prawda wojna jest, ale - może zabrzmi to wbrew logice, a wiadomościom telewizyjnym na pewno - oba kraje są jednymi z najbezpieczniejszych na tej planecie. Izrael z racji swojej armii, Kuba - komunizmu. Ja naprawdę oprócz fascynacji miejscami mało popularnymi, mam bardzo silny instynkt samozachowawczy.
To dlaczego więc mówię o kontrowersji na Kubie? Każdy kto choć trochę orientuje się w sytuacji polityczno - społeczno - gospodarczej na świecie wie, że Kuba jest jednym z ostatnich państw, gdzie - jakimś cudem - komuna wciąż żyje, a jak do tego sięga pamięcią do lat 70 - 80 w Polsce, doświadczenie mu przypomina, że nawet jak mocno chwycą za mordę, to i tak znajdzie się sposobność by zajrzeć na drugą stronę muru i zobaczyć, że kapitalizm nie jest wcale taki be. Z perspektywy 20 lat już wiemy, że teoria z praktyką nieustannie się mijają i że widzieć, a doświadczyć to dwie różne bajki, ale nikt chyba nie podważy opinii, że choć kapitalizm idealny nie jest, lepszego systemu jeszcze nie wymyślono. Mówię to ja - socjalista z krwi i kości, z sercem po lewej stronie. I staram się nie wyobrażać jak biedny Marks się teraz w grobie przewraca ;-)
Napiszę jeszcze jedną herezję - komunizm w Polsce to był pikuś w porównaniu z tym co się dzieje na Kubie. Proszę to ogłosić wszem i wobec, z szacunkiem dla tych którym nie udało się doczekać 1989 roku. W polskich szkołach natomiast postuluję wprowadzić zajęcia z psychologii pt. Obudzić w sobie radość, czyli jak się cieszyć z życia, a na zajęcia praktyczne wywozić na Kubę.





Ale dosyć już patetyzmów i dywagacji politycznych bo to domena nas - Wschodnioeuropejczyków, a ja postanowiłam te ciągoty w sobie zwalczać. Życie jest zbyt krótkie. Jedno jest jednak pewne odnośnie Kuby - mit rewolucji ledwo już dyszy. Pokolenie 1959 roku, z wyjątkiem nielicznych ideowców, rozczarowane od dawna, z poczuciem wstydu i spuszczoną głową stoi w kolejkach po miesięczną rację ryżu i czarnej fasoli, a postawę tego z XXI wieku, w trampkach Nike i Nokią przy uchu, najlepiej oddają słowa niejakiego Alana z Cienfuegos - I was born to be born in America.

Tym optymistyczno - kapitalistycznym akcentem kończę pierwszą część Ofczych rozważań nad Kubą ;-)
Idę rozpakować walizki, a potem opiszę największy rynsztok świata - Havanę.


Tak, tak, krzyczał, że jestem piękna i że chciałby pocałować ;-)


Wbrew pozorom taka pamiątka słono kosztuje.

P.S. Z racji posiadania kilkunastu setek zdjęć z wyprawy oraz ograniczonej pojemności bloga, z czasem wrzucę fotki na Picasaweb; link po lewej.

14:55, hadassa79 , Kuba
Link Dodaj komentarz »