O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Porządki

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Czuje motyle w brzuchu. Witaj 2013!

niedziela, 14 października 2012
wtorek, 18 września 2012

Za lasami, za górami, za siedmioma rzekami żyła sobie jędza. Taka zwykła, niczym się nie wyróżniająca jędza. No dobra, wyróżniała się trochę (nawet to nie ten pypeć na nosie, ani rogowe okulary) - ta jędza była wyjątkowo złą jędzą. Nie dość, że wredna, zepsuta, robiąca wszystkim na złość z czystej li tylko złości, to jeszcze zazdrosna o każdą piękną pannę w okolicy (bo jędzy nikt nie kochał). Cóż, urokiem osobistym, ani wyjątkowością jędzy los nie obdarował. Mało tego, jędza była postrachem wszystkich okolicznych dzieci. Nie zjesz kaszki? Jędza cię zabierze! Nie będziesz spał? Jędza zaraz tu przyleci! Itepe itede. Dwie rzeki bliżej od miejsca gdzie bajarz snuję tę opowieść (woli siedzieć w bezpiecznej przestrzeni), w pięknej dolinie, nad błękitną, choć rwącą rzeką, w gotyckim zamku Carhaing (z obszerną winiarnią oraz wielkim studiem nagraniowym i fotograficznym) mieszkali Hrabina Mizu i Anno z Tintagelu. Nietuzinkowa para, choć dwa niepokorne i uparte charaktery do kupy raczej nie wróżą bajkowej rutyny. Różnie bywało, częściej wybuchowo, ale stali za sobą murem, tym bardziej, kiedy wróg czaił się na rogatkach. No ale kiedyś Mizu tak się wkurzyła (Anno czasem wkurzał niemiłosiernie) i kazała towarzyszowi zniknąć jej z oczu na pewien czas. Szwędał się zraniony Anno po okolicy (Mizu ciężko udobruchać), kiedy to wyparzyła go jędza podczas jednego ze swoich zdesperowanych w poszukiwaniu ofiary lotów (miała na niego chrapkę już wcześniej, bez powodzenia). Wyczuła jego słabość i zwątpienie, ale że wiedziała, iż będąc jędzą nic nie wskóra, wypowiedziała jedno ze swoich nikczemnych zaklęć i chwilowo przybrała postać Złotowłosej Iseult. Co tu dużo gadać, piękny Anno dał się uwieść. Na dwa dni. Drugiego dnia, kiedy się ocknął i zrozumiał, że to ta zniesławiona jędza, postrach okolicy, która próbuje go usidlić, wziął nogi za pas i czem prędzej podążył do (łaskawej już i stęsknionej nawet nieco) Hrabiny Mizu. Ta widząc co się dzieje, otworzyła szybko mosiężną bramę i wpuściła Anno do środka, po czym zatrzasnęła wrota z hukiem i zamknęła na sto spustów. Siedzieli potem z Anno na ziemi, na bezdechu i tuląc się czule dziękowali niebiosom, że przyszły na czas ze zbawieniem. A jędza waliła, waliła, waliła w mosiężną bramę, odgrażała się, wygrażała, i dalej waliła. Nadaremnie. Zapomniała, że wymówiła nie to zaklęcie przed kilkoma dniami (a właściwie może i dobre, ale jak ludowe przysłowie głosi - oliwa i tak zawsze na wierzch wypłynie, choćby po czasie). Wyrzęziła bowiem nad wrzącym garem rozmaitych specyfików prośbę, żeby szlag ją trafił, jak tym razem jej się nie uda usidlić niewinnego Anno. No miała pecha. Zwęgliła się jędza na miejscu pod mosiężną bramą Carhaing. Od tej pory Mizu i Anno żyli długo i szczęśliwie (z perypetiami jednak, żeby nudno i na modłę jędzy nie było), a wszystkie dzieci w okolicy od tej pory pięknie i obficie spożywają posiłki oraz zasypiają same dzielnie (nawet przy zgaszonym świetle).

Jaki z tej bajki morał? Bajarz się głowił jakby tu ładnie i z przestrogą zreasumować, w końcu nie mogąc podjąć decyzji, zapytał jedno z dzieci. I mały John z Baile Átha Cliath szybko mu odpowiedział, ale bajarz dalej miał wątpliwości, tym razem czy bajarzowi po prostu wypada to powtórzyć. Ale stwierdził, że raz owcy, tfu, kozie śmierć i zacytował: powiedz wujek jędzy, że ma nasrane pod deklem, a takowych bajkowy świat nie wpuszcza w swoje progi.

czwartek, 25 lutego 2010

Tak jak każdy (chyba?) człowiek, mam swoją koncepcję na życie. Jakbym miała opisać formę życia jednym słowem, powiedziałabym puzzle. Na opis treści potrzebowałabym zdecydowanie więcej, nie tylko wyrazów, ale i całych zdań podrzędnie złożonych. To jednak sprawa indywidualna, ta treść. Mój problem ostatnimi czasy polega na tym, że - zupełnie niespodziewanie i nieplanowanie - mam poczucie bycia puzzlem, zapakowanym przez pomyłkę do niewłaściwego pudełka po świetnej całodziennej zabawie. I dusi się teraz ten puzzel i zastanawia, co robi w towarzystwie warcabowych pionków, kiedy noc się już rozgaszcza za oknem. To znaczy jak wróci do siebie do domu, kiedy przegapi ostatni autobus? Póki co żywi nadzieję, że jeżdżą w tym mieście nocne, ale lada chwila, jak nikt się nie zorientuje, że w układance jest dziura, a w pudle zbyt tłoczno, zacznie poważnie panikować. I co wtedy?

Od kilku tygodni jeżdzę na zmianę 19, 83 i 46A. Czasem też 145. To znaczy jeżdzę już od bardzo dawna, ale od jakiegoś dopiero czasu bardzo intensywnie rozglądam wokoło i zastanawiam - co ja tutaj robię? Nie pasuję. Autentycznie nie pasuję ostatnio do swojego otoczenia. Boję się trochę komukolwiek z bliżej i częściej mnie otaczających o tym powiedzieć. Bo nie umiem znaleźć na to odpowiednich słów, takich, żeby przy okazji nikogo nie zranić. Bo ja nie lubię ranić. I nie lubię uczucia, kiedy wiem że ten ktoś sobie myśli "megalomanka" pod moim adresem, kiedy ja wiem, że nie o wyższość moją jakąkolwiek chodzi, ale o fakt mojego samospełnienia. A samo - spełnienie, realizacja, swiadomość, to bardzo ważne pojęcia w moim osobistym słowniku. Tak, zawsze zależało mi na tym, co myślą inni, ale nie jako wytyczna moich działań, ale niezależny punkt obserwacyjny, z którego też mogę czerpać wskazówki. Lubię trzymać balans myślowy - fruwać tak wysoko jak sprawia mi to przyjemność, ale i być sprowadzaną na ziemię, kiedy oddalę się w zbyt niebezpiecznie rewiry. Dobra, przestaję owijać w bawełnę - tak, duszę się ostatnio w Irlandii! Mam poczucie łatwizny, płycizny, mielizny, niechlujstwa, brudu, głupoty, tandety, dezorganizacji i niskich lotów. Przeraża wszędobylska nisko ustawiona poprzeczka, brak ambicji, aspiracji i potrzeb wyższych. Huh, wyplułam to. Tylko jak przekazać przy tym, że ja nie gardzę, nie wyśmiewam, nie potępiam, nie obrażam, nawet nie obmawiam za plecami? Że ja nie mam zapędów wprowadzać własne porządki w niczyją mentalność, nic zmieniać, ba nawet sugerować, ani udowadniać tym bardziej wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą? Że ja po prostu potrzebuję już wyjść z tego pudła, żeby złapać ostatni autobus?

Piękna by to była bajka, gdyby tak nagle hop! i jestem w tym autobusie i z uśmiechem na ustach jadę w nieznane. Bo...zaczęłabym tęsknić wraz ze wschodem słońca. Bo ja kocham ten kraj, tak samo mocno jak mam go już dość. I jestem już na tyle dużą dziewczynką by wiedzieć, że grass is always greener on the other side of the fence. Czy to nie przy innych puzzlach raczej powinnam teraz zacząć majstrować?

Skąd męka pyta filozof? I sam sobie zaraz odpowiada: Cierpi człowiek, bo służy sam sobie za kata; sam sobie robi koło i sam się w nie wplata. A. Mickiewicz, Zdania i uwagi z dział Jakuba Boehme, Anioła Ślązaka.

O takie, proszę ja Was, mam aktualnie rozterki po nocach, w tych szcześciu godzinach pozostających mi z doby na spanie. Puzzle.

czwartek, 28 maja 2009

Jestem, ale tak jakby mnie nie było. Trzeci tydzień z rzędu próbuję pozbyć się czegoś, co siedzi mi w gardle, krtani i klatce piersiowej jednocześnie. Pierwszy przeleżałam w łóżku zajadając antybiotyki, drugi chodziłam do pracy zapijając wiatminami, trzeci urządzam sobie w kratkę, czyli raz chodzę, raz leżę, a rozgryzioną aspirynę zapijam rozpuszczonymi oksydantami, żeńszeniem i magnezem. Trzeci też tydzień nie dostarczam organizmowi nikotyny, co się przekłada na jego bunt (skurcze mięśniowe, palpitacje serca, moje ulubione rozedrganie emocjonalne i reszta takich tam). W międzyczasie poszłam po bandzie, czyli wyszłam z domu w piątek rano (do pracy!), a wróciłam w niedzielę o 22-giej. Przydarzyła mi się przy tym niesamowita historia - spaliłam sobie nos, dekolt i ramiona, w Irlandii, nie wychodząc z baru (ogródek piwny też jest częścią baru). Poza tym jestem świnią ze zwichniętymi emocjami, niezdolną do uczuć wyższych od tych pierwotnych, co mnie boli okropnie, tak samo jak się tego wstydzę.

Saba wróciła dziś z 3-miesięcznych wojaży po Azji i przywiozła mi maskę z Bali, która ma cośtam robić z moją energią, gdy powieszę ją nad łóżkiem. Bardziej jednak ucieszył mnie inny prezent - dwie wizytówki: Ketuta Liyer'a i Wayan Nuriasih. Wayan mówi, że jak ktoś ma problemy z gardłem i całym układem oddechowym, to znaczy że ma problemy z komunikacją, a na 80 % jest osobą postrzeganą jako nadwyraz umiejącą się komunikować. Czyli wszystko jasne. Do Ketuta natomiast chyba jeszcze nikt nie przyszedł, kto by miał złą karmę. Bliżej zainteresowanym tematem, na wstępie proponuję lekturę Elizabeth Gilbert Jedz, módl się, kochaj, a potem podróż do Ubud.

Manchester dostał od Barcelony po łapach (w sumie i dobrze!), a ja po raz pierwszy w życiu oglądam Notting Hill i wygrzebuję orzechy z torby z muesli. Głupie to jakieś, że w trudnych sytuacjach, człowiek zawsze identyfikuje się z tymi, będącymi z góry na straconej pozycji. Nie lubię Hugh Grant'a, a tu przez ponad dwie godziny byłam po jego stronie. Tym bardziej to dziwne, że za płotem stała Julia Roberts. Jeszcze głupszym jest to, że rodzynki są tańsze od orzechów, a żaden z potentatów spożywczych nie wpadł jeszcze na pomysł muesli bez tych suszonych na wiór winogron.

Czasem żałuję, że mieszkam w mieście i nie mogę się porządnie wykrzyczeć o północy, już mniej, że nie miewam wyrzutów sumienia mówiąc cierpką prawdę bez drżenia głosu. Nigdy nie przestanę żałować, że mam kamień zamiast serca i drewnianą duszę. 2-go czerwca wychodzi album Fairytales, nie zapomnijcie. Dobry na zawieszenie między niebytem a sensem istnienia. Rzewny do bólu.

sobota, 04 kwietnia 2009

Drodzy Państwo

Wiosna rozgościła się już w Dublinie pełną gębą, zimowym przesileniom mówimy więc zbiorowo NIE! Ja wczoraj pierwszy raz od miesięcy poszłam do baru i choć Chrystus dopiero zamrtwychwstanie za tydzień, mnie udało się ciut wcześniej. Znów coś mi podpowiada, że zbliża się dobry czas. A lunchowanie u nas od kilku dni wygląda tak:

Fakt, recesja wciąż przypomina o sobie od czasu do czasu (wczoraj dwie osoby z HR w BOI straciły pracę), ale cena akcji odbiła się od dna i podskoczyła dość wysoko jak na ostatnie miesiące. Całe 91 centów, ha! Chyba będziemy żyć!  Ja wybieram się za tydzień z Majusiutką na Aran Islands i zamierzam jej przedstawić swój wakacyjny plan, dla nas obojga znaczy się. W tym roku postanowiłam ograniczyć się do Europy, ale podskórnie czuję, że mamy szansę na jedne z lepszych wakacji à la student. Aha, i jeszcze jeden news, choć nie wiem czy powinnam już o tym mówić. Z drugiej strony, co tam, najwyżej nie wypali, to wtedy odwołam. Tak sie poskładały okoliczności, że jedna z moich dobrych koleżanek, organizatorka corocznego Festiwalu Filmu Polskiego w Irlandii, opuszcza Wyspę na dobre. A że przygotowania do tegorocznej imprezy są już w toku, ktoś musi przejąć pałeczkę i dopiąć ją na ostatni guzik (listopad 2009). Tak, tak, tak, to będę ja :-)

Tymczasem pędzę na proszony obiad, żywiąc nadzieję, iż Chrystus mi wybaczy, że zmartwychwstałam tydzień przed nim.

Weekend'owo,

Pi

P.S. Bloominko, nie ładnie tak się blokować bez informowania o tym stałych czytelników. 

poniedziałek, 16 marca 2009

Chyba już na dobre się u nas rozgościła. Żebym tylko nie powiedziała tego w złą godzinę, ale zapowiada się, że po raz pierwszy od lat będzie ciepło i słonecznie w Paddy's Day. Miasto jest już pełne turystów na tę okazję i po raz pierwszy chyba mi oni nie przeszkadzają. Spacerowałam w wikend po centrum i chłonęłam irlandzką atmosferę. Musiałam pozbierać myśli, by przygotować się do wiosennego zmartwychwstania. A w tłumie jakoś raźniej. Czuję, że zbyt wygodne umościłam sobie gniazdko w zimowym maraźmie. Podróże autobusem do pracy i z powrotem, wieczory pod kocem z książką, odmawianie spotkań znajomym, bo najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się gadać. Od jutra znów zamierzam chodzić co najmniej pół dystansu do Lower Baggot; marzy mi się zimny Guinness we wtorek w przeludnionym centrum.

Zamierzam w końcu zdecydować, gdzie chcę w tym roku pojechać na wakacje. Może znów wrócę do Izraela... Nic, uzgodnimy to z Majuśką w Wielkanoc na Aran Islands. W końcu udało mi się wrzucić na Picasa zdjęcia z Izraela i Jordanii sprzed dwóch lat, voile! Link po lewej stronie w zakładkach. Jeszcze nie podpisane, ale już można oglądać. Jeszcze tylko muszę zdystansować się do otoczenia i nauczyć liczyć do dziesięciu w momentach, gdy na przykład osaczona jestem w kościele drącymi się w niebogłosy, tupiącymi w posadzkę i walącymi głowami w ławki dzieciakami, a ich idiotycznie zadowolonymi matkami, tudzież pochłoniętymi karmieniem pozostałego potomstwa, sic! I nie ma znaczenia, że nie wyobrażam sobie takiej sytuacji 25 lat temu ze sobą w roli głównej (siebie jeszcze od biedy mogłabym wyobrazić, ale swojej Mamy to akceptującej z głupawym uśmiechem w żadnym wypadku!). Postawiłam sobie za cel tłumaczyć po stokroć, iż nie ma znaczenia, że ja nie słyszę co ksiądz mówi, a jakieś obce dziecko tarmosi mnie za rękaw - Bóg jest dla wszystkich, a moim zasranym obowiązkiem chrześcijanina jest miłosierdzie. Panie, pozwól mi być lepszym człowiekiem na wiosnę!

A na deser perełka, którą wczoraj wynalazłam. Owocnego tygodnia wszem i wobec!

piątek, 17 listopada 2006
Przyszedł dziś wieczorem. Wraz z nożem w ręku ciężarnej wbrew "prawu" Arabki. Znów w Ramallah będzie niespokojnie tej nocy.

Wkręcają mnie te historie życiem pisane od zawsze, a od kiedy zdecydowałam postawić swoją stopę na ziemi Erec Israel w przyszłym roku, jeszcze bardziej. Znów byłam w Empiku, znów poznam kolejną historię.

Właściwie nie zależy mi na obecności w innych krajach Bliskiego Wschodu, tym bardziej, że z wizą izraelską w paszporcie za wysoko nie podskoczę. Niewystarczająco przynajmniej by przekroczyć granicę. Z drugiej strony sobie myślę, Puszkę Pandory już swoją mam, w tę więc pchać się nie będę. Postanowiłam jednak wepchnąć się też w inną w (nie)dalekiej przyszłości. A było tak: dawno, dawno temu, w pewnym państwie Zachodu widziałam film, o tym jak muzyka przechadza się mostem po cieśninie Bosfor, z jednego kontynentu na drugi, z jednej kultury, tradycji i obyczaju w inne. Wtedy nie zrobił na mnie ogromnego wrażenia, choć Turcja na chwilę zainteresowała. No i pojawił się on (ten film) w tym tygodniu dwa razy na mojej drodze, przez zupełny przypadek, w Olsztynie, na Wschodzie. Przeznaczenie? Nie wiem, ale ja wierzę w Mesjasza (i swoje zarobki ;-)

Widziałam Plac Zbawiciela. Spać mogłam, ale zasnąć długo nie. A to przecież tylko zwykła historia, jakich tysiące pod dachami domów w Polsce, ba, na całym świecie! Potem rąbałam drewno i paliłam w piecu.

W przyszłym tygodniu mam pierwszą lekcję niemieckiego. Pierwszą od sześciu lat.
Aha, no i zapisuję się na lepienie w glinie. W Dublinie. Niech się rymuje, a co! (o obrazie Van Gogha, który już nabyłam do wyszycia - muliny jutro - nie wspomnę, bo co niektórzy skierują mnie z powrotem na terapię, z inną już jednak diagnozą hehe).

No a oprócz tego, że Mesjasz mój przychodzi coraz częściej, jest mi smutno. Powrót do domu dobiega końca...

sobota, 04 listopada 2006

Mam. W końcu. Swoje. Własnoręcznie zarobione. Tyle ile mi potrzeba, a nawet więcej.
Tak jak kiedyś.

Słyszałam w życiu różne opinie na temat siebie i pieniędzy - że nie szanuję, nie zbieram na mieszkanie, nie odkładam na czarną godzinę, nie przeliczam, nie płaczę nad ich brakiem, gdy się przydarzy, wydaję bez opamiętania jak najdzie mnie ochota i w ogóle same be. Bo ja nie umiem się martwić w tej materii, tak jak i nieskończenie jej pomnażać. Po prostu. Nie dla mnie widocznie luksusy, pałace i jachty przycumowane w posh kurortach. Może nawet własnego kąta nie będzie mi dane nigdy mieć.
Wiem natomiast już jedno: nie oddam pracy za żadne skarby! Obecnej i każdej następnej. Nie oddam moich potencjalnych pieniędzy! Jaka to bowiem frajda zajść tak z głupia frant do banku i dwa razy - dla pewności - poprosić pana w okienku by wymówił tę okrągłą sumkę. I iść potem w radosnych podskokach do domu i planować bożonarodzeniowy wyjazd, dokądkolwiek. A co tam, zajde na jedno do baru! Bo morał taki z tej bajeczki drogie dzieci: są w życiu chwile, za które ostatni grosz warto zapłacić, ale są i te co słono kosztują. Tych drugich unikajcie!

Poza tym życie płynie jak górski strumyk. Łza mi się dziś w oku zakręciła, jak mnie w pracy żegnali. Na całe dwa tygodnie :-) Kurcze, czasem się zastanawiam, jakim cudem ci ludzie wciąż wyciągają do mnie rękę? Przecież im nie mówiłam, że tonę! Już zza drzwi usłyszałam głos Doris, Filipinki o magicznych zdolnościach: "Ty coś masz w tych oczach. Siłę jakąś taką". I Przemka: "Tylko przyjdź dziś na pewno, Collinswood, 324...".

***

Kupię dla nich w Jutrzence cały karton krówek. We wszystkich smakach. Za swoje pieniądze!

czwartek, 02 listopada 2006

Papieros, rozmowa, Anna Karenina do poduszki. Wiersze zapisane na serwetkach w hotelowej kantynie. Ciastka oblane czekoladą.
Uczę się myśleć tylko o sobie.

Było mi dziś smutno. Jesień rozgościła się pod irlandzkim niebem na dobre i nie sprzyja malowaniu ust uśmiechem. Szłam sobie poranną Griffith Avenue (chyba złożę odpowiedni wniosek w Dublin City Hall o dodanie tego określnika do nazwy, bo aleja jest prześliczna o 6 rano!), z aparatem w ręku i perspektywą optymistycznego wpisu wieczorem. Liście szurały mi pod nogami, powietrze pałało rześkością, a pani w czerwonym dresie lekkim truchtem znów mnie mijała na wysokości kościoła. Potem stałam kilka chwil z rozdziawioną buzią przy lotnisku, witając lądujące w podziurawionej światłami mgle, ptaszysko z Nowego Jorku. 6.45, jak co dzień punktualnie spóźnione. Około południa się zarumieniłam i spuściłam powieki nieśmiale w dół na ułamek sekundy, by zaraz podnieść je wysoko ku górze - Boxall przyszedł podziękować za kolejny miły pobyt w hotelu. Lubię jego akcent, bo choć z Londynu, wcale nie jest brytyjski.

A jak wracałam o 16-stej to pachniało skoszoną trawą. Dziwne to uczucie, iść pomiędzy żółtymi drzewami i czuć zieleń wpływającą do nozdrzy. Skwer na rogu z Ballygall ostrzyżony został nienagannie. I było mi tak smutno cholernie, samotnie i zimno. Próbowałam wyobrazić sobie, że leżę w trumnie i nic nie czuję. Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno. Wciąż tak mam, że nie widzę przyszłości, nie mam planów, marzeń, potrzeb. Ludzie wokoło kupują kolejne domy i bilety do nich na święta z rok. A ja wciąż nie wiem...

I wyskoczyła nagle w prawym dolnym rogu żółta koperta. "Zrób coś tylko dla siebie. Naucz się w końcu!". K. mówi, że pisanie i książki to mój naturalny żywioł. Dlaczego nie gazety, wydawnictwa, wielkie miasta? A wieczorami laptop i jeszcze więcej książek, moich książek? "Weź długi urlop, przyjedź tu, pomyśl, poukładaj, walcz", pojawiało się dalej.

Czasem myślę, że K. mnie kiedyś sobie wyidealizował, dawno temu, gdy rzeczywiście książki, obok piwa (boszzzz, ja kiedyś piwo piłam!), stanowiły moje naturalne środowisko. Przecież on nie uwierzy jak mu powiem, że przez ostatni rok trzy książki przeczytałam (i ze trzech nie dokończyłam)! I że od miesięcy nie gram pierwszych skrzypiec w żadnym towarzystwie, nie załatwiam wszystkiego wszędzie i dla wszystkich, nie schodzę ostatnia z parkietu bladym świtem, nie polewam do ostatniej kropli w takt rozmów o Bogu, nie zdaję egzaminów z wyróżnieniem na kacu, a do autobusu wsiadam ostatnia z tłumu. Albo w ogóle.

skrzghzgrhszzzzzshrzzzz

"W baśniach śpią prawdziwe dzieje, woda życia nie istnieje, ale zawsze warto po nią iść" (J. Kaczmarski)

Obiecałam Ci optymistycznie i prawdziwie? Widzisz K., ja dotrzymuję słowa! :-P

wtorek, 31 października 2006

Czy też tak macie, że rodzą się myśli w Waszych głowach, wielkie, ogromne, jeszcze bardziej potężne, niczym śmiercionośne kule sunące w dół ze stoków K2 i targają emocje niczym nie ustępujące siłą Conradowskiemu tajfunowi? I rozpiera energia wymieszana jak ciasto na naleśniki ze złością wyładowaną na szufladzie pełnej listów, zdjęć i wyciągów bankowych, gromkim śmiechem w czasie wirtualnej rozmowy o cyckach, ironią wystrzeloną w kierunku przypadkowego przechodnia, godzinnym pedantycznym sprzątaniem stęchłej nory, bezradnością wobec braku śrubokrętu, wszechogarniającym spokojem moczącego się w wannie ciała i przeczytanej po raz trzeci z rzędu tej samej książki oraz całej masy dalszych sprzeczności, jak malowanie ust konturówką w kolorze żalu? Jak tak, to co wtedy robicie?

Ja próbuję pisać. Kiepska jestem w wymyślaniu historii więc każda ma bliznę autentyczności. A właściwie to wciąż ta sama bajka. I to wcale nie o niespełnionej miłości, a dojrzewaniu. Dojrzewam sobie jak kasztan w kolczastej łupince, który spadł na chodnik jesiennego popołudnia. Czuję to, fizycznie czuję ból wykluwania się ze skorupy.
Przeglądałam dziś zdjęcia, te sprzed półtora roku i te sprzed kilku tygodni. Może to zbyt zuchwałe, ale on też dojrzał. Fizycznie. Przy mnie.
Ja dojrzewam duchem. Po nim.
Początek, rozwinięcie, koniec. Czasem jednak kolejność bywa odwrotna. W literaturze i w życiu.

Kupiłam sobie internet. Takie małe pudełeczko, tylko moje. Już nie muszę się z nikim dzielić. Znów jestem niezależna - plecak na plecy, komputer pod pachę, pudełeczko pod drugą. Gniazdka użyczą dobrzy ludzie. Mogę iść.
Torby, torebki, torebusie powędrowały do ogromnego wora razem z ubraniami w rozmiarze 42. Buty odświeżone, biżuteria z rzeźbionej szkatułki znów przeniosła się w kieszonkę kosmetyczki, zakładki w książkach powkładane w ważne miejsca.
Nożyczki, cukierniczka, śrubokręt, ubijaczka do śmietany, kapelusz, aniołkowa koszula, wiklinowe koszyki, miski, miseczki, egzotyczne przyprawy - na pewno są już w dobrych rękach, a pedał gazu pod bardziej harmonijnie sprężynującą stopą.
Jeszcze tylko serce zdejmę z temblaka, żal wrzucę do pojemnika na odpadki razem ze wspomnieniem ostatniego karmienia ptaków.
Popłaczę resztką łez małej dziewczynki.

Pękaj łupinko!

poniedziałek, 30 października 2006

Jestem.
Dzięki za listy, maile, smsy, gadu-gadowe ciepłe słowa. Kolekcjonuję je w szufladzie, zakładkach i pamięci. Wszystkie, bez wyjątku, choć jak student III roku na kierunku humanistycznym uczę się już weryfikować i wybierać te ważne. Dla mnie.
"A teraz idź i zrób coś tylko dla siebie, coś co sparwi Ci przyjemność", usłyszałam na koniec wizyty u psychologa. Poszłam na chińszczyznę.
Zapyziała speluna, poganiany Chińczyk brudnym fartuchem ociera pot z czoła nad wokiem, za finezyjnie zdobionym odciskami tłustych palców oknem zgarbiona w pałąk babcia pcha wózek wypchany szmatami, konwersując niestrudzenie z siostrą schizofrenią. Tak, tak, konwersując. Tamta ochoczo odpowiadała! A pewien kolega prawie nie połknął dziś papierosa z wrażenia, gdy w trakcie kurtuazyjnej rozmowy na temat spędzania świąt Bożego Narodzenia nagle wypaliłam z grubego kalibru, że moim marzeniem w młodości było spędzić samotnie wigilijną noc, czytać Hłaskę pod kolorową choinką, a o północy podciąc sobie żyły. Najpierw jednak najeść się pasztecików z kapustą i grzybami. Domowej roboty koniecznie! Niektórzy ludzie czasem zapominają, że życie jest tylko przywilejem.

W tym roku wymyśliłam sobie podróż w nieznane. Ja, Asus i obcy widok z hotelowego balkonu. Przewertowałam wszystkie loty z Dublina 24 grudnia. Rzym za drogi, do Faro już nie ma miejsc, Francję znam na pamięć. Jutro mam otrzymać ulotkę z ofertami all inclusive z Dublin Airport Staff Travel Agent. W dzisiejszych czasach wszystko można dostać prosto pod nos, wybór stacji docelowej też.

Nie wiem czy kiedykolwiek skończę tę książkę. Najpiękniejsze myśli rodzą się w mojej głowie, gdy jesienną Griffith Avenue idę do pracy, a wieczorem brzydną wraz z uderzeniami palców o klawiaturę. Tymczasowość? Pewnie tak, jak tymczasowy jest cukier w woreczku śniadaniowym, którym słodzę kawę. Kiedyś się w końcu skończy i... kupię cukierniczkę.

Dobranoc.

 
1 , 2