O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Podróże

sobota, 31 października 2015

Postanowiłam nie męczyć Was już Wyspami Zielonego Przylądka, będzie więc krótko i na temat (właśnie zaczęłam obrabiać zdjęcia) ;)

Wylądowaliśmy więc w Prai na Santiago po tygodniu spędzonym w Mindelo i z wypadem do Santo Antão. I to było jak uderzenie obuchem, jako że Praia... w ogóle nam się nie spodobała! Zaczęto nas na dzień dobry molestować na ulicy - kup, daj, chodź, zobacz. Zesraj się miałam ochotę dodawać za każdym razem, a potem nauczyłam się mówić 'spierdalaj'. Przepraszam, ale to właśnie ma człowiek ochotę mówić kiedy jest aż tak napastowany. I przepraszam po raz kolejny, ale to właśnie DOSŁOWNIE mówi w Lizbonie, w której ilość wszelkiej maści hołoty oferującej na głównych ulicach hasz, marihuanę, kokę i Bóg wie co tam jeszcze, jest nie do ogarnięcia. O tym i o mojej dyskusji z lizbońską policjantką mogłabym napisać osobny post, ale nie będę Was przecież molestować ;)

Tak jak to w życiu zazwyczaj bywa, pierwsze wybory są zazwyczaj najlepsze (pomijając kandydatów na męża rzecz jasna ;) Tak i tym razem zaufaliśmy panu, który podszedł do nas jako pierwszy jeszcze na lotnisku i zaoferował taxi do hotelu. Wzięliśmy od niego wizytówkę i powiedzieliśmy, że się zgłosimy następnego dnia na wycieczkę po wyspie, jeżeli nie zdecydujemy się na wynajem auta i samotne zwiedzanie. Nie zdecydowaliśmy, jako że po pierwszym dniu w Prai mieliśmy tego miejsca dość (to jest naprawdę duże i chaotyczne miasto). Stwierdziliśmy więc, że pojedziemy na wycieczkę z przewodnikiem, który mówił bardzo dobrze po angielsku i w ogóle był bardzo serdeczny i komunikatywny (jak się okazało był z São Vicente!) oraz że wrócimy wcześniej do Lizbony. Bardzo chcieliśmy odwiedzić wyspę Maio, nazywaną 'zapomnianą', ale okazało się że aktualnie nie płynie tam żaden prom, a loty były tylko we wtorek i piątek. O Bravie i Fogo raczej nie marzyliśmy, bo mając jedynie kilka wolnych dni do dyspozycji, człowiek naprawdę niewiele może poskakać między wyspami Cabo Verde. O Fogo to można by zrobić kilka oddzielnych wpisów z tego co wyczytałam i obejrzałam w przewodniku. Fogo to znaczy ogień po portugalsku (i po kreolsku chyba też), a nazwa pochodzi od aktywnego wciąż tam wulkanu (ostatni raz obudził się w 1995 roku). Zdjęcia są fenomenalne. A kawa z Fogo podobno jedną z najlepszych na świecie!

Santiago też jest piękną wyspą i naprawdę bardzo warto wyjechać z Prai i ją zwiedzić, jeden dzień wystarczy. Wizytówkę João Afonso wkleiłam nawet do przewodnika i jestem w stanie go z czystym sercem polecić, jeżeli ktoś się do Santiago wybiera. Mówi on po kreolsku, portugalsku, francusku i angielsku, dużo też opowiada podczas jazdy. Zapłaciliśmy mu 10000 CVE (niecałe 100 euro) za cały dzień, ale byliśmy ponad 8 godzin. I jego też zamówiliśmy kolejnego dnia na kurs na lotnisko.

Nasz trasa podróży: Praia - Fortaleza Real de São Filipe (fort  zbudowany dla ochrony przed korsarzami) - Cidade Velha (oficjalnie Ribeira Grande de Santaigo, czyli dawna stolica, która jest na liście UNESCO) - Praia - São DomingosSão Lourenco dos Órgãos - São Salvador do Mundo - Assomada (drugie największe miasto na Santiago) - Picos - Boa Entrada - Achada Lem - Figueira das Naus - Ribeira da Parta - Chão Bom (były obóz koncentracyjny! Tak, tak, dobrze czytacie!) - Tarrafal - Porto Formoso - Mangue das Sete Ribeiras - Calheta de São Miguel - Pedra Badejo - Praia. Tak bowiem mniej więcej biegnie główna droga po Santiago, chociaż jest jeszcze kawałek innej szosy, ale był akurat zamknięty z jakiejś naturalnej chyba przyczyny (obsuw ziemi, czy powódź). Santiago jest najbardziej afrykańską wyspą, najbardziej czarną. To na niej z jednej strony rozpoczął się proces mieszania kultur i ras (métissage), ale z drugiej tak wyszło, że najbardziej jednak zdominowały afrykańskie geny. Miało to związek z tym, że ograniczone możliwości komunikacji na tak dużej wyspie sprawiły, że biali kolonizatorzy pozostawili czarnoskórych niewolników na tych plantacjach w interiorze nieco samopas. 80 km z północy na południe i 29 ze wschodu na zachód. Są na niej i piękne plaże (Tarrafal), i góry (najwyższy szczyt Pico d'Antonia 1392 m n.p.m.) i zielone doliny z wielkimi plantacjami warzyw i owoców też. Naprawdę podobała nam się ta wycieczka. Warto zatrzymać się na dłużej w dawnej stolicy, Cidade Velha, i pospacerować. Nas na sławnej i najstarszej w tropikach prawdziwej uliczce (wyznaczonej rzecz jasna przez Portugalczyków), Rua Banana, zaczepiła nas pewna pani artystka, Rita, i zaprosiła do domu. Pokazała nam swoje obrazy, opowiedziała o wenie twórczej (João Afonso dzielnie tłumaczył), a na koniec dała mały obrazek (namalowany na dżinsie), papaję i pomarańczę do zjedzenia oraz zrobiła sobie z nami zdjęcie :) W centrum Cidade Velha stoi pilori, czyli ta słynna (a raczej niesławna!) kolumna, podobno oryginalna z 1515 roku, do której przywiązywano schwytanych w Afryce niewolników i wystawiano na sprzedaż... Poszwendaliśmy się trochę po okolicy, kupiliśmy obrazki namalowane przez mamę sprzedającej je dziewczyny i stamtąd pojechaliśmy dopiero dookoła wyspy. João jest w ogóle bardzo komunikatywny i zna chyba wszystkich i wszędzie, bo co rusz się zatrzymywał i zagadywał do ludzi, trąbił, pozdrawiał, ale dzięki temu ludzie chętnie nam pozowali do zdjęć. Jak się ogarnę z ich obrabianiem to Wam pokażę :)

Żeby nie przynudzać więcej, krótko wspomnę jeszcze Chão Bom, czyli zbudowany przez Salazara obóz koncentracyjny dla więźniów politycznych - portugalskich, hiszpańskich (Generał Franco!), angolańskich, gwinejskich kabowerdyjskich. Małe klitki z betonu, tzw 'patelnie', bo wystawione na działanie tropikalnego słońca, zasieki, izba tortur, to wynalazki rodem ze stalinowskich i hitlerowskich czasów w Europie. Nazywany Campo de morte lenta - obóz powolnej śmierci, ze względu na to niemiłosierne słońce. Pani Sieradzińska pisze w przewodniku, że były tam ofiary śmiertelne, ale João nam powiedział, że choć bardzo torturowani, nikt jednak nie umarł. Pokazał nam nawet zdjęcie jednego z więźniów, którego zna i który podobno jest do tej pory kierowcą autobusu w Prai. Nie robiłam jednak dalszych dochodzeń, nie szukałam informacji, więc nie powiem Wam jak to było naprawdę. W każdym razie miejsce przywołuje okropne wspomnienia z naszej europejskiej historii, ale na pewno warto je odwiedzić. Wstęp to tylko jakieś 300 CVE.

Na tym zakończę swoje kabowerdyjskie opowieści i dam Wam odetchnąć ;) Ostatnie trzy dni naszych miodowych dwóch tygodni spędziliśmy w Lizbonie i było prze-cu-do-wnie! Jak już wiecie, kocham to miasto absolutnie i nigdy nie przestaje mnie ono nudzić. Szwendaliśmy się dużo i do oporu, byliśmy w końcu w oceanarium (świetne!), jedliśmy sushi i dużo pastéis de nata, a ostatniej nocy poszliśmy do Mesa de Frades, czyli tej sławetnej, aczkolwiek nieco ukrytej (trzeba po prostu wiedzieć w które drzwi zapukać) restauracji, w której śpiewają największe sławy lizbońskiego fado, do wczesnych godzin porannych dosłownie! Wróciliśmy do Dublina uszczęśliwieni absolutnie i zakończyliśmy podróż z przytupem, jako że Ryanair... zgubił naszą walizkę (wszystkie moje ubrania, ukochane sandały i cztery butelki egzotycznych alkoholi wysłał do Bergamo podobno). Pan który ją przywiózł do domu kolejnego dnia życzył nam na koniec wszystkiego dobrego na nowej drodze życia oraz samych hepi endów ;)

The End :)

wtorek, 27 października 2015

Opowiem Wam jeszcze trochę o Cabo Verde, bo nie będę przecież się denerwować i pisać o wynikach wyborów w Polsce. Też uważam, że potrzeba w polskiej polityce zmian i nowych twarzy, ale takiego obrotu sprawy nie zakładałam, ani tych samych gęb z lat 2005-2007. Śmiać mi się jedynie chce, kiedy czytam komentarze, że młodzi i wykształceni ludzie z dużych miast tak już byli niezadowoleni z rządów PO, że postanowili teraz zaufać PiS. Zapominają tylko ich autorzy dodawać, że są to ludzie sfrustrowani, którym po prostu w życiu nie wyszło, a popsuta pralka w ich domu jest winą Tuska. No i że licencjat na prywatnej uczelni to wcale nie jest porządne wykształcenie! Tym złośliwym akcentem zakończę temat wyborów i przejdę do Wysp Zielonego Przylądka ;)

Przypomniało mi się ostatnio po wpisie o Mindelo, że nie powiedziałam Wam o... pogrzebach. Widzieliśmy ich bowiem trzy podczas tam pobytu i byliśmy urzeczeni, o ile to adekwatne słowo. Za pierwszym razem dopiero po chwili się zorientowaliśmy, że to w ogóle był pogrzeb. Najpierw usłyszeliśmy piękną muzykę, a potem wyłaniający się zza rogu tłum podążający za autem z trumną. Naprawdę niesamowity to był widok. Za autem najpierw idą muzycy (gitary, saksofon, klarnet, nie pamiętam dokładnie ilu, ale było ich naprawdę sporo) i grają przecudne morny, za nimi dopiero rodzina i najbliżsi, dalej reszta ludzi. I myliliśmy się w naszych domniemaniach, że pierwszy pogrzeb to był pewnie jakiejś ważnej osobistości, bo tłum był ogromny. Takie same tłumy były jednak podczas kolejnych dwóch pogrzebów; no chyba że trzy dni z rzędu grzebali jakichś prominentów, ale nie sądzę. Tam po prostu jest taki zwyczaj - znałeś bliżej, czy nie znałeś, uczestniczysz w jego/jej ostatniej drodze jeśli tylko możesz. Ma to zapewne związek z tym, że jest to mała społeczność i ze sobą zżyta. Widzieliśmy potem w muzeum nagranie z pogrzebu Cize. Boszzzz, to był dopiero potężny tłum! No ale Ona to była przecież zupełnie inna bajka. W ogóle relacje międzyludzkie zdają się być tam bliskie i rodzinne, taki chyba naród. Skoro napomknęłam już o relacjach społecznych, to dodam że z racji tego iż kobiet jest na Wyspach o wiele więcej niż mężczyzn, relacje damsko-męskie są tam dość luźne. Oczywiście ze strony mężczyzn bardziej luźniejsze ;) Normalnym jest tam zupełnie, że facet ma dzieci z kilkoma kobietami i wcale się z tym nie kryje, niestety również dość częstym jest (szczególnie wśród starszych pokoleń), że się tymi dziećmi w ogóle nie interesuje. Trochę inaczej jednak zaczyna te sprawy postrzegać młode pokolenie i stawia, a przynajmniej się stara, na trwałość rodziny. Tak przynajmniej mówił wspomniany we wcześniejszym wpisie Didi, z którym byliśmy na kolacji. Powiedział nam że jego ojciec ma piętnaścioro o ile dobrze pamiętam dzieci, z pięcioma chyba kobietami. On sam jednak ma już żonę i z nią bliźniaki, a innych kobiet nie planuje ;) W ogóle dużo tam jest dzieci, każda niemalże dziewczyna ma jedno na ręku, a i za rękę kilkoro czasem (a na głowie tobołek, czy miskę z rybami do tego!). I podobno aż 70% kobiet to matki samotnie wychowujące te dzieci! Płodny naród, nad czym też się zastanawialiśmy, jak to możliwe w takim nieznośnym upale i w większości przecież bez klimatyzacji ;) Pasuje mi tu też zacytować za Panią Sieradzińską to, co mówiła Cesária o Kabowerdyjkach: W moim kraju kobieta musi być silna. Mężczyźni są bardzo niestali w uczuciach, niemal normą jest, że porzucają swoje partnerki, nawet jeśli kochają, wyjeżdżają na emigrację w poszukiwaniu pracy. Rozstania są wpisane w nasze życie. Kobieta zostaje sama. Przez całe życie musi walczyć, żeby utrzymać i wychować dzieci. Może polegać wyłącznie na sobie. Tak więc my trzymamy kciuki za wierność i wytrwałość Didi :)

Teraz w końcu przejdę do meritum tego, o czym chciałam dzisiaj napisać - Santo Antão!! Dostać się na tę wyspę można tylko promem, jako że lotnisko zostało zamknięte w 2003 roku. Okazało się bowiem w trakcie jego użytkowania, że jest tam po prostu niebezpiecznie - wiatry zbyt silne do startów i lądowań. Nie wiem jak to możliwe, najpierw położyć pas startowy wzdłuż linii brzegowej i wybudować terminal, a potem sprawdzić bezpieczeństwo, ale tak właśnie było. Nie wiem również dokładnie jak to jest z promami z innych wysp, bo informacja w internecie jest marna (na Wyspach wciąż najlepiej wszystko jest załatwiać w okienku), ale na Santo Antão najprościej jest się dostać właśnie z São Vicente. Prom kursuje kilka razy dziennie (jest kilku przewoźników), cena za osobę w jedną stronę to 800 CVE (my płynęliśmy ARMAS Ferry), a czas podróży to 60 minut. Ciężko nam było zaplanować wcześniej czy zostaniemy na wyspie na noc, czy raczej wrócimy ostatnim promem do Mindelo, postanowiliśmy więc zdać się na los i własne wrażenia - jak nam się spodoba, to zostaniemy, a jak nie to nie. Na miejscu też mieliśmy zdecydować, czy wypożyczymy samochód i będziemy zwiedzać na własną rękę, czy raczej skorzystamy z usług jakiegoś przewodnika (auluger - prywatny środek transportu). Los szybko podjął za nas decyzję, a ja miałam ukraińskie déjà vu. Ilość bowiem przewoźników jaka się na nas rzuciła zaraz po wyjściu z portowego terminala nie ustępowała ilości chętnych oferujących swoje noclegi na dworcach autobusowych na Krymie (sprzed Putina, bo teraz to nie wiem jak tam jest). Mąż natomiast pomyślał, że jakaś znana osobistość z nami przypłynęła, choć też przeszło mu przez głowę, że to na naszą cześć takie zbiegowisko ;) Wygrał pan, który podszedł do nas jako pierwszy i zwyczajnie nie molestował, tylko spokojnie wytłumaczył co oferuje, za ile itd. Koniec końców, całodniowa wycieczka kosztowała 7000 CVE, czyli jakieś 64 euro plus obiad dla pana, na który sami go zaprosiliśmy. Generalnie na Cabo Verde nie ma zwyczaju targowania się (z wyjątkiem Senegalczyków wciskających na straganach afrykańskie gadżety), ale w tym przypadku, prywatnych wycieczek i przewodników, jest. Tam też na Santo Antão, w Porto Novo, z samego rana tego pamiętnego dnia, popełniłam ogromny błąd, którego konsekwencje wpłynęły znacznie na jakość mojej dalszej podróży - poprosiłam o lód do (butelkowanej!) wody. Ale dowiedziałam się o tym błędzie dopiero na sam koniec podróży, kiedy dojeżdżając późnym popołudniem z powrotem do Porto Novo, zaczęłam mieć dziwne skurcze jelit, zrobiło mi się słabo i potrzebowałam bardzo szybko iść do toalety... Nie wiem na 100%, ale domyślam się że to był ten lód, chociaż długo też mnie skręcało na myśl o catchupie, czyli narodowym kabowerdyjskim daniu (dwa rodzaje kukurydzy, fasola, wieprzowina, jajko), skądinąd bardzo pysznym. Nie będę się rozpisywać o szczegółach, ale trzymało mnie dość mocno przez kilka dobrych dni, dlatego upewnijcie się przed wyjazdem, że zabierzecie ze sobą stosowne leki. Mi te lokalne pomogły tylko na tyle, że nie musiałam cały czas siedzieć w hotelu i mogłam dalej zwiedzać (choć oczywiście w mniejszym komforcie), ale tak całkowicie wyleczyłam się dopiero w Lizbonie i to dosłownie na drugi dzień. Po raz pierwszy w mojej podróżniczej karierze nie zadziałały wypijane procenty, ba, nie mogłam też przez dłużej na nie patrzeć ;)

Santo Antão jest drugą co do wielkości wyspą archipelagu (zaraz po Santiago) i najbardziej zróżnicowaną pod względem krajobrazu - najbardziej górzystą i jednocześnie rolniczą; przez wielu nazywana najpiękniejszą. Byliśmy naprawdę w wielkim szoku, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się aż takich kontrastów. Muszę nadmienić, że my zwiedziliśmy tylko północną i wschodnią część wyspy, bo na całość jeden dzień zdecydowanie nie wystarczy. Część zachodnia jest bardziej dziewicza i rajem dla tych, którzy lubią piesze wycieczki, a nawet wspinaczkę (najwyższy szczyt Pico de Coroa ma prawie 2 tysiące metrów). Wyprawa taka wymaga więc dłuższego czasu oraz większego przygotowania i sprzętu (chociażby kryte buty i długi rękaw), a my jak już wspominałam, nie jesteśmy aż takimi fanami trekkingu ;) Początek trasy nie zapowiadał wielu wrażeń, bo krajobraz w Porto Novo niewiele różni się od tego na São Vicente - też taki pustynny, trochę księżycowy. Ale im wyżej wjeżdżaliśmy tą krętą drogą, tym większe robiliśmy oczy. Najpierw zaczęło się powoli robić zielono, drzewko tu, drzewko tam, jakaś trawka, a potem znienacka dosłownie wybucha tropikalna roślinność. Soczysta zielona trawa, kolorowe kwiaty, plantacje trzciny cukrowej, bananów, papai, mango, gujawy, cytryn, czego tam jeszcze. Nie mogliśmy się napatrzeć na pola uprawne w dawnym kraterze wulkanu, wszechobecne ribeiras, czyli cieki wodne, tereny między zboczami gór, takie wilgotne doliny sprzyjające właśnie rolnictwu oraz małe wioseczki jakby poprzyklejane do tych zboczy. Na najwyższym punkcie tej drogi natomiast tak jakbyśmy znaleźli się... w Polsce! Iglasty las, szyszki na drzewach i pod nimi, temperatura spadła do jakichś 18 - 20 stopni (mówię na tzw. czuja), mgła, kropiący deszcz i TEN zapach! Kazaliśmy zatrzymać auto, wyszliśmy na zewnątrz i napawaliśmy się nim kilka dobrych minut. Potem droga zaczęła prowadzić w dół i naszym oczom znów ukazały się rolnicze poletka pełne egzotycznych upraw, aby dochodząc do samej linii brzegowej oceanu dać nam wrażenie bycia w jakimś kolejnym z rzędu miejscu na świecie - francuskiej riwierze, czy innej Costa Brava. Oczywiście wille nie są tam takie ekskluzywne... Tam właśnie, w tych górach Santo Antão przyszło mi do głowy, aby wysyłać na tę wyspę każdego polskiego malkontenta psioczącego jak to Polska jest w ruinie, żeby zobaczył jak NAPRAWDĘ wygląda bieda. Domy niczym chlewiki - surowy beton, bez żadnych wygód, dzieci idące po kilka kilometrów do szkoły. Ale jakoś wszyscy są uśmiechnięci, przyjaźnie machają i wydają się być szczęśliwi. To ten właśnie nasz pan przewodnik rozdawał dzieciom po drodze kredki, długopisy i inne gadżety, a jedyne czym my mogliśmy je wspomóc to były monety. Nie byliśmy po prostu na takie okoliczności przygotowani :(

Cidade Porto Novo - Morro - Fajã de Cima - Corda - Ponta do Sol - Ribera Grande - Xoxo - Sinagoga - Paúl - Pombas - Janela - Aguada - Porto Novo. Tak biegła trasa jaką objechaliśmy w ponad 5 godzin. Na mapie wygląda na krótszą niż ta, którą przejechaliśmy quadem na São Vicente, ale tyle właśnie zajmuje przebijanie się przez góry. Plus zatrzymywanie na trochę w urokliwych miejscach i czas na obiad. To tam właśnie (w Ponta do Sol dokładnie) jedliśmy tę tradycyjną catchupę i to tam też pod koniec dnia zaczęłam się czuć nieswojo, mimo wypitej szklaneczki grogu (lokalny rum z trzciny cukrowej), który miał mnie uleczyć od ręki. Powrót promem do Mindelo był dla mnie koszmarny (zaznaczę, że ja nie mam choroby morskiej), noc też była koszmarna. Później już było w miarę okej :) Trzy dni później polecieliśmy do Prai na wyspie Santiago. Przeszło nam przez myśl przez chwilę, aby popłynąć na wyspę São Nicolau (4 godziny promem z Mindelo), ale dowiedzieliśmy się w porcie, że promy pływają tylko we wtorki, a my nie mieliśmy dodatkowego tygodnia wakacji. Tak jak pisałam na samym początku, przemieszczanie się między wyspami nie należy na Cabo Verde do najprostszych i trzeba mieć przede wszystkim dużo czasu w zapasie. Można bowiem popłynąć w jedną stronę, ale już nie mieć jak wrócić przez kolejne kilka dni. São Nicolau jest jednak jedną z piękniejszych wysp z tego co wyczytałam, tak więc na pewno warto ją odwiedzić. Kto posłał Cię w tę daleką drogę, drogę do São Tomé, sodade, sodade, sodade, za moją ziemią, za São Nicolau, jak śpiewała wspaniała Cesária (przekład Pani Sieradzińskiej oczywiście).

To co Moi Mili, do zobaczenia na Santiago. A potem dam już Wam odetchnąć od Wysp Zielonego Przylądka. Oczywiście dopóki nie skończę ogarniać 1,5 tysiąca zdjęć! ;)

piątek, 23 października 2015

Czy widzieliście /słyszeliście ten paryski koncert Cize z 2004 roku? Bo ja się nie mogę od niego uwolnić od wielu dni. Majstersztyk pod każdym względem!



Obudziliśmy się pamiętnego wtorkowego poranka w Prai i ruszyliśmy na lotnisko (jak już wspominałam wcześniej, wszystko było opłacone przez TACV) aby po niecałej godzinie lotu znaleźć się w Mindelo. Znów powitał nas niemiłosierny upał. Lotnisko w Mindelo jest międzynarodowe i nazwane - bo jakże mogłoby być inaczej! - imieniem Cesárii Évory. W hali przylotów wisi Jej olbrzymie zdjęcie, a na zewnątrz stoi pomnik. Jako, że mieliśmy już w paszportach wizy z dnia poprzedniego, odebrawszy bagaże (zaginął nasz KOT, czyli w kształcie kota plakietka z imieniem i nazwiskiem), ruszyliśmy prosto do wyjścia. Taksówka za 1000 CVE (bo każdy jeden przejazd w obrębie któregokolwiek miasta jest za 10 euro) i znaleźliśmy się w Casa Solarino przy Rua Franz Fanon, kilka domów dalej od ulicy 3F (Fernando Ferreira Fortes), przy której mieszkała Cesára.

Casa Solarino to otwarty dopiero we wrześniu tego roku mini pensjonacik (trzy pokoje tylko), prowadzony przez bardzo sympatyczną włoską parę Barbarę i Mauro oraz ich Bardzo Bardzo Czarnego Kota :) Dom jest urządzony po prostu przepięknie, ze smakiem i od wejścia wiadomo, że właściciele to muszą być artyści, a przynajmniej mieć artystyczne zajawki. Pokazali nam też trochę swoich zdjęć z podróży (pierwszy raz od lat widziałam, żeby ktoś jeszcze drukował zdjęcia, a do tego w postaci albumu) i są naprawdę artystyczne. Nie mówili oni niestety zbyt dobrze po angielsku, nie wywiedzieliśmy się więc o nich dużo, ale wiemy, że postanowili uciec z Włoch i zaszyć się na jakiejś małej wysepce. Objeździli tych najpierw sporo po całym świecie i koniec końców zdecydowali na Mindelo na São Vicente. Widać i czuć, że są jeszcze świeżakami w prowadzeniu tego biznesu, bo jeszcze zbyt nadgorliwi i nadopiekuńczy w stosunku do gości. Oczywiście przyjemnym jest świeży ręcznik co drugi dzień, ale żeby zaraz przestawiać wszystko w pokoju, ustawiać prosto buty, albo podczas śniadania stać nad głową i dopytywać co chwila czy wszystko w porządku, to trochę za dużo. Tym bardziej dla nas, hostelowych bardziej i samodzielnych turystów. To jednak było nic w porównaniu z jednym podstawowym mankamentem, który to miejsce ma - brakiem klimatyzacji! Nie wiem jak to możliwe - centralna lokalizacja, przepiękne i nowoczesne wykończenie, dobre śniadania, świetne obiady, prześliczny widok z tarasu na Porto Grande, fajni właściciele, ale bez klimatyzacji w tej części świata!! Wystawiliśmy im co prawda najwyższe referencje na Booking.com i FB, ale napisałam potem do nich prywatną wiadomość doradzając zamontowanie klimatyzacji w trybie natychmiastowym. Bo jak wszyscy goście będą na okrągło i przez całą noc mieć włączony wentylator oraz brać kilka zimnych pryszniców dziennie, tak jak my to robiliśmy przez cały pobyt, to wysokość rachunków za prąd i wodę (woda to towar deficytowy na São Vicente, ale na Santo Antão już na przykład nie) zdecydowanie przewyższy koszty klimatyzacji. No i ludzie nie będą chcieli do nich wracać. Ktoś może pomyśleć, że się uwzięłam, ale zaufajcie - na Wyspach Zielonego Przylądka jest NAPRAWDĘ niemiłosiernie gorąco.

Ale się rozpisałam o Casa Solarino, tak jakby innych atrakcji w Midelo nie było! Już się poprawiam. Spędziliśmy w Mindelo dokładnie tydzień i potem trochę żałowaliśmy, że nie dłużej. Praia bowiem na Santiago w ogóle nam się nie podobała i koniec końców skróciliśmy cały nasz pobyt na Wyspach o trzy dni. Wróciliśmy po prostu szybciej do Lizbony i tam dokończyliśmy nasz hanimun ;) Ale po kolei, bo to też ważne, jeżeli ktoś chciałby pójść w nasze ślady i odwiedzić Cabo Verde, a nie wie jak się do tego logistycznie przygotować - gdzie lecieć, na ile itd. Jak już wspominałam w poprzednich wpisach, Mindelo jest kulturalną stolicą Wysp, miastem z duszą i wszechobecną muzyką. Zatoka Porto Grande jest uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie i ja się pod tym absolutnie podpisuję. Ze wszystkich plaż na jakich tez tam byliśmy, mindlowska Laginha podobała nam się najbardziej i to na niej spędziliśmy najwięcej czasu (spędzanie przez nas czasu na plaży jest to jednak sprawa względna, bo my plażowi nie jesteśmy za grosz ;) Jesteśmy bardziej statecznym typem turystów, nastawionych na jedzenie, picie, muzykowanie i kulturalną oprawę, rozkoszujących się po prostu wolnym i wspólnym czasem w pięknych okolicznościach. Nie nurkujemy, nie uprawiamy trekkingu, nie skaczemy ze spadochronem, tak więc o takich atrakcjach się od nas nie dowiecie. Ale jest w przewodniku u Pani Sieradzińskiej zakładka 'aktywnie', więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ja najbardziej chciałam poczuć klimat z piosenek boskiej Cize i przeżyć te sławetne 'mindelowskie noce' i to się nam udało. Co prawda we wtorek i środę nie było nigdzie muzyki na żywo, ale już w czwartek pewien zapoznany na ulicy Kabowerdyjczyk (z nimi w ogóle bardzo łatwo i przyjemnie jest nawiązywać kontakty), o dźwięcznym imieniu Didi, zaprowadził nas do Casa da Morna, klubu założonego przez samego Tito Paris (do lizbońskiej Casa da Morna niestety nie dotarliśmy tym razem, ale to oznacza tylko tyle, że mamy kolejny powód do powrotu nad Tag ;) Tam poucztowaliśmy sobie trochę w towarzystwie nie tylko Didi, ale i Belgijki o polskich korzeniach oraz Francuza, który dzielił nasz los na lotnisku w Prai kilka dni wcześniej. W sobotę natomiast przeżyliśmy prawdziwą 'mindelowską noc'. To jest niesamowite jak ci ludzie potrafią się bawić i celebrować chwilę. Zamknięta główna ulica, naprędce sklecona scena, na niej muzycy, a przed nimi kołyszący się rytmicznie tłum - starzy, młodzi, dzieci, wszyscy. I tyle. Tyle potrzeba człowiekowi do szczęścia w sobotę w Mindelo. I wcale nie potrzeba do tego pieniędzy, ani... alkoholu. Byliśmy trochę w szoku, bo tamtejsze imprezy na świeżym powietrzu niczym nie przypominają tych z Polski czy Irlandii. Nawet Mąż zapytał, czy dobrze widzi, że nie ma nikogo kto by trzymał w ręku butelkę, albo jakiś kubek. Oni po prostu nie chleją na umór, nie zataczają się, nie awanturują. Był co prawda jeden pan, który trochę się chwiał oraz próbował zaczepiać innego, ale zaraz podeszli do niego znajomi i go spacyfikowali. Położył się więc delikwent na asfalcie i...zasnął! Kabowerdyjczycy piją naprawdę mało i palą z resztą też, a potwierdzeniem tej reguły jest wyjątek w postaci samej Cesárii, która kopciła bardzo dużo, wszędzie i namiętnie :)

Żeby jednak nie było, iż jesteśmy aż nadto stateczni, a cały tydzień spędziliśmy tylko w mieście od jednego bar do baru. W środę wypożyczyliśmy więc quada (70 euro za dzień) i objeździliśmy wyspę dookoła (25 km ze wschodu na zachód i 17 km z północy na południe). Wjechaliśmy na najwyższą górę wyspy, Monte Verde (oczywiście nie na sam szczyt ;) , pojechaliśmy do Baia das Gatas (Zatokę Rekinów, której jedynym odwiedzającym jest zupełnie nieszkodliwy rekin koci, a na początku września tłumy ludzi na popularnym festiwalu muzycznym), do urokliwych rybackich wiosek São Pedro i Calhau. Tu winna jestem Wam BARDZO istotną informację - na São Vicente jest JEDNA droga asfaltowa (plus jej trzy krótkie odnogi na plaże) oraz JEDEN JEDYNY znak - w Mindelo, na lotnisko! Dlatego upewnijcie się, że jak będziecie chcieli pojechać na plażę do Palha Carga, to najpierw znajdźcie kogoś, kto Wam wskaże do niej drogę, bo na mapę nie macie co liczyć (to nawet nie jest żużlówka, ale ubita wąska ścieżyna!) oraz że nie jest zbyt późno. Bo możecie się potem zdziwić, że noc na Cabo Verde zapada tak szybko i bez zapowiedzi, a Wam quad się zagotował na jakimś pustkowiu w górach po horyzont, a jedynymi istotami żywymi są kozy na zboczach i to wcale niezbyt chętne do rozmowy ;)  Drugą istotną i BARDZO ważną informacją jest ta, że Wyspa Św. Wincentego jest bardzo księżycowa, to znaczy księżyc przypomina. Najbardziej sucha, skalista i jałowa ze wszystkich wysp archipelagu, a jej kolor jest rudo - brązowo - czerwony. Tak więc upewnijcie się, że na całodniową po niej wycieczkę quadem nie zakładacie białej koszulki, ani białego kapelutka ;) Frajdy jednak jest co niemiara na takiej wycieczce. Aha, i spokojnie z pływaniem w São Pedro! Co prawda napisała Pani Sieradzińska w przewodniku, że tam fale i prądy są największe, ale kto by tam się przejmował. Nie przejmowałam i ja, do momentu, gdy fala mnie zabrała na chwilę, zdecydowała potem jednak oddać Mężowi. Tyle, że... bez majtek! :)

Samo Mindelo jest w ogóle dość dużym i klimatycznym miastem i jest tam co robić i zwiedzać. Wspomniana powyżej przecudna zatoka Porto Grande i piękna, nowoczesna przy niej marina; plaża LaginhaMercado de Peixe, czyli Targ Rybny (Boszzzzz, jak tam śmierdzi!); Mercado Municipal  (targ miejski) - tam to jest klimat i jakie pyszne domowe nalewki można kupić za 5 euro!; Praça Estrela ze straganami oferującymi mydło i powidło (ci którzy napastują wręcz i molestują do zakupów to nie są wcale Kabowerdyjczycy, a przybysze z kontynentalnej Afryki, głównie z Senegalu!); Torre de Belém (wieża na wzór tej lizbońskiej; można na nią wejść i podziwiać widok na zatokę oraz rybaków patroszących na brzegu swoje zdobycze); Centro Cultural Mindelo (Centrum Kultury Mindelo); Praça Nova (plac Amilcara Cabrala), historyczne centrum i serce Mindelo, gdzie za czasów kolonialnych mieszkańcy pokroju Cize mieli zakaz wstępu z racji nieposiadania butów... Rua de Lisboa (oficjalna nazwa brzmi Libertadores de Africa), czyli główna, choć tylko 200 metrowa, ulica miasta przy której są kultowe już knajpy Cafe Lisboa i ta ulubiona Cize, Cafe RoyalCasa - czyli też już kultowy dom Cesárii Évory przy ulicy 3F (Fernando Ferreira Fortes); otwarte dopiero w maju tego roku muzeum poświęcone tej Bosonogiej Diwie, dzięki której świat w ogóle usłyszał o Wyspach Zielonego Przylądka (Rua Guerra Mendes). Można też posiedzieć przy Cruz Alegria do Cruzeiro, przy którym Cize siadywała i kontemplowała w trudnych chwilach swojego życia, albo odwiedzić ją na Jej grobie na lokalnym cmentarzu. Dużo naprawdę rzeczy można robić w Mindelo i jest to wszystko bardzo przyjemne.

Można też udać się stamtąd promem na sąsiednią wyspę Santo Antão, ale o tym opowiem Wam następnym razem :)

czwartek, 22 października 2015

Powinnam chyba zacząć od przedstawienia Wam Wysp Zielonego Przylądka nieco bliżej, bo nie wiem jak Wy, ale ja do niedawna nie miałam o nich sama większego pojęcia, oprócz tego że to z nich pochodziła Cesária Évora (Nancy Veira i Tito Paris też) oraz założenia że są zielone. A ku naszemu zdziwieniu się okazało, że z tym drugim stwierdzeniem to wcale tak nie do końca jest prawda. Trochę faktów zatem. Wysp jest dziesięć (jest jeszcze osiem mniejszych drobinek na mapie, ale o nich nigdzie nie piszą, muszą więc to być li tylko niewielkie skałki wynurzone z oceanu) i dzielą się na północne, czyli Zawietrzne (Ilhas de Barlavento) - Santo Antão, São Vicente, Santa Luzia (niezamieszkana), São Nicolau, Sal i Boavista oraz południowe, Podwietrzne (Ilhas de Sotavento) - Brava, Fogo, Santiago i Maio. Zagubione na 'wielkim błękicie' oceanu, jak pisze Pani Elżbieta Sieradzińska w przewodniku, w odległości 600 km od Matki Afryki [od Senegalu dokładnie] i 1750 km od Gran Canaria. Autorka przytacza też legendę, że kiedy Pan Bóg dokończył dzieło stworzenia, otrząsnął dłonie z gliny, z której ulepił człowieka. Jej drobinki spadły z boskich palców wprost na wody zwane dziś Atlantykiem - i tak powstały Wyspy Zielonego Przylądka. Niektórzy mówią o nich 'ostatni raj na ziemi'. Wszystkie są pochodzenia wulkanicznego, jedne wynurzone z oceanu już 26 milionów lat temu, a inne zaledwie 100 tysięcy lat; każda jednak jest zupełnie inna. Stolicą jest Praia na wyspie Santiago, ale tym miastem z duszą, kulturalną i muzyczną kolebką jest Mindelo na São Vicente.

To właśnie tam, w rodzinnym mieście Cize postanowiliśmy spędzić większość czasu, aby wszystkimi zmysłami poczuć esencję kreolskiego morabeza - gościnność mieszkańców, ich otwartość na świat, łagodność, pogodę ducha, radość życia, pokój i spokój. Morabeza to po prostu bycie Kabowerdyjczykiem, styl, filozofia, mentalność, z tym trzeba się urodzić. Tak samo jak tylko Hawajczyk ma we krwi istotę aloha. Czy uwierzycie, że na Cabo Verde nigdy nie było żadnej wojny, rewolucji i innych zamieszek i że jest to jeden z bezpieczniejszych krajów świata, a w Afryce najbezpieczniejszy? Oczywiście nie podobało się mieszkańcom wielokrotnie, że przez długi czas, bo do Rewolucji Goździków w 1975, byli portugalską kolonią i reżim Salazara dawał im we znaki, walk jako takich jednak nie było. Jedyną ofiarą był założyciel Afrykańskiej Partii Niepodległości Gwinei i Wysp Zielonego Przylądka i bohater narodowy, Amilcar Cabral, ale z tego co wyczytałam został on zastrzelony w 1973 roku przez własnych towarzyszy, najprawdopodobniej współpracujących z portugalską tajną policją. Nie to żeby jednak czarnych kart historii na Wyspach nie było. Najokropniejszą były tzw 'statki hańby', czyli zapoczątkowane w połowie XV wieku portugalskie wyprawy na afrykański kontynent po bardzo poszukiwany i chodliwy wtedy towar... ludzi! Wywożono ich do Brazylii, Portugalii, Hiszpanii, na Kubę, Antyle, Wyspy Kanaryjskie i Cabo Verde też, jako darmową siłę roboczą. Większość niewolników na Cabo Verde pochodziła z Gwinei Bissau, stąd teraz takie bliskie relacje między tymi państwami. Oficjalnie niewolnictwo zostało zniesione na Wyspach w 1878 roku, ale tylko oficjalnie, bo aż do lat 70-tych XX wieku ludzie byli zmuszani (suszą, głodem i biedą też) do wyjazdów do pracy na plantacjach w innych portugalskich koloniach - Gwinei, Angoli, na Wyspie Św. Tomasza i Książęcej. Ten jednak, kto najbardziej powinien się tego wszystkiego wstydzić i samemu mieć zapisane we własnej historii jako najczarniejszą kartę, to nie Wyspy Zielonego Przylądka, ale Portugalia właśnie!

Z tego też ciężkiego i niewolniczego żywota zrodziło się sodade - klucz do kabowerdyjskiej i luzofońskiej w ogółe (portugalskie saudade przecież!) duszy. Tęsknota, smutek, żal, nostalgia, wszystko w jednym, bez odpowiednika w żadnym innym języku świata. Zacytuję znów Panią Elżbietę: Wielka Cesárii Évora, zapytana o znaczenie tego magicznego słowa, odpowiadała 'Nie umiem tego wytłumaczyć, to nieprzetłumaczalne. Sodade jest wtedy, gdy nam czegoś ogromnie brak, to wielka pustka w naszym sercu. Tęsknota za krajem, za kimś bliskim.' I o tym właśnie między innymi (bo o miłości przecież też! :) wyśpiewywała tak cudnie Cize.

Jedynym pozytywnym aspektem tej portugalskiej ekspansji było to, że w przeciwieństwie do innych kolonizatorów, Portugalczycy chętnie i masowo mieszali się z kabowerdyjską ludnością. Poza tym do portów przybywały też statki angielskie, holenderskie, hiszpańskie, włoskie, także Chińczycy, Hindusi, Żydzi nawet, no i przede wszystkim niewolnicy z dzisiejszego Senegalu, Gambii i Gwinei. Stąd teraz Kreole są tacy różnorodni i piękni! Takiej ilości prześlicznych kobiet, mężczyzn i dzieci na jednym obszarze, to nie widzieliśmy chyba nigdy, i byliśmy co do tego z Mężem bardzo zgodni. Ja nie miałam nic przeciwko temu, kiedy łypał okiem na jakąś piękną mulatkę, a on kiedy moje oczy robiły się maślane na widok lokalnego mulata ;) Połączenie europejskich rysów z ciemną skórą jest naprawdę wyjątkowe. I te włosy - kruczoczarne sprężynkowe afro, ach!

Z faktów jeszcze. Populacja Wysp to niecałe pół miliona, ale ponad 700 tysięcy żyje na emigracji. To zza granicy też głównie płynie na Wyspy gotówka (każdy jeden ma kogoś za granicą), bo na miejscu większych perspektyw nie ma. Rybołówstwo, turystyka, rolnictwo, tym głównie parają się mieszkańcy. Większość też to katolicy, choć jest też niewielki odsetek protestantów. Muzułmanów nie ma prawie w ogóle, tak jak i wyznawców mojżeszowych, ale wyczytałam w przewodniku u Pani Sieradzińskiej, że podobno wyspy Boavista i Santo Antão były niegdyś schronieniem dla wielu Żydów prześladowanych w Europie, ciekawe. To co my zauważyliśmy podczas naszej podróży to spora ilość... Chińczyków! Ja wiem, że ich jest najwięcej na świecie, ale że aż tyle na Cabo Verde to nie miałam pojęcia. Co trzeci sklep w Mindelo i w Prai to Loja China ;)

Językiem oficjalnym na Wyspach Zielonego Przylądka jest portugalski, ale i tak wszyscy mówią po kreolsku (crioulo), czyli jak pisze Pani Sieradzińska, lingwistyczną mieszanką języka białych panów i ich czarnych niewolników. Semantycznie kreolski z Cabo Verde przypomina zatem portugalski, natomiast fonetyka, gramatyka i składnia dowodzą ścisłych związków z afrykańskimi narzeczami, szczególnie z językiem mandinka. W efekcie powstał język prosty, funkcjonalny i łatwy w komunikacji.

Walutą jest kabowerdyjskie escudo (CVE) i jego kurs jest od dłuższego czasu stały, czyli 1 euro to 110,265 CVE. I wbrew pozorom, wcale nie jest tam tak tanio! Co prawda za 10 euro można się najeść i coś wypić, ale w porównaniu na przykład z Kubą, czy innymi krajami Ameryki Południowej, a nawet z Krymem sprzed Putina, to wcale nie wychodzą tanie wakacje. Chociażby sam fakt, że wypija się kilka litrów wody dziennie, a tę trzeba kupić w butelce. Bo jak się nie kupi, albo z własnej głupoty poprosi o lód do drinka w barze, to może się to skończyć baaaardzo źle. Coś na ten temat wiem ;)

Cdn.

Posłuchajcie jaka to perełka! Pani Sieradzińska właśnie podesłała mi tłumaczenie, bo jedyne co rozumiałam to 'balansa' i 'prokolansa' ;)

Umilam sobie poranek i zbieram myśli na kolejny odcinek kabowerdyjskiej opowieści :)



...czyli miłość po kreolsku na Wyspach Zielonego Przylądka :)

Dziś mija tydzień od naszego powrotu z pięknej, miodowej podróży, a ja wciąż się unoszę kilka centymetrów nad Ziemią. W tle pobrzmiewa paryski koncert Cize z 2004, biodra same się kołyszą, co ja gadam... cała ja się kołyszę! A i Mąż nie ustępuje, krząta się po domu i też podskakuje w rytm tych chwytających za serce morn i colader. Bo chcę Wam powiedzieć Mili Nasi, że wróciliśmy chwilę temu z magicznej wyprawy śladami Królowej Morn, Bosonogiej Diwy, niezapomnianej Cize, tak tak, TEJ właśnie Cesárii Évory ! Wróciliśmy z Jej ukochanych Wysp Zielonego Przylądka, których piękno Ona tak cudnie wyśpiewywała przez tyle lat.

Wariacki to trochę był wyjazd, spontaniczny zupełnie. Nie to, że nie chciałam tam nigdy pojechać, bo oczywiście, że chciałam i to bardzo, ale ciągle wypadało coś innego, gdzieś indziej i z kimś innym. Teraz już wiem, że ten maleńki afrykański kraj czekał po prostu kiedy wyjdę za mąż i odwiedzę go wraz z Mężem :) A zaczęło się tak naprawdę od miesiąca, który spędziłam w Polsce (przed, w trakcie i chwilę po naszym weselu), a dokładnie od wizyty w księgarni w Olsztynie, w której na dzień dobry wpadła mi do rąk przepięknie wydana biografia Cize autorstwa Pani Elżbiety Sieradzińskiej, śmiało mogę już teraz napisać, że przybranej córki Cesárii. Muzykę Diwy oczywiście że znałam niemalże od zawsze, a na pewno od czasu kiedy została Ona odkryta u nas w Polsce, gdzieś w połowie lat 90-tych, o Jej życiu jednak i o tym, że jedną z osób najbliższych Jej sercu była właśnie Polka, dowiedziałam się dopiero wtedy w Olsztynie. Coś mnie jeszcze tknęło w tej księgarni, bo zapytałam z głupia frant, czy mają też może przewodnik po Wyspach w sprzedaży. Pamiętam pani pokręciła przecząco głową, ale też jakby coś przeczuwała, bo poprosiła o sekundę aby się w stu procentach upewnić. I jakie było nasze obopólne zdziwienie, kiedy przyniosła z zaplecza tę malutką książeczkę autorstwa... Pani Elżbiety Sieradzińskiej! Voile, już wiedziałam gdzie polecimy w podróż! Mąż oczywiście zgodził się natychmiast :)

Trochę nie wiedziałam jak się zabrać za organizację tej wyprawy pod względem logistycznym. Wysp jest bowiem dziesięć, z czego jedna nie zamieszkana, a doczytanie tego wcale nie ułatwiło mi organizacji. No bo jak zwiedzić dziewięć wysp w dwa tygodnie, tym bardziej, że samoloty nie na każdą latają, a przemieszczanie się statkiem zależy od fanaberii pogody? I kiedy każda z tych wysp jest ZUPEŁNIE inna? Spędziłam więc jeden CAŁY dosłownie dzień przed komputerem - przeanalizowałam wszystkie możliwe opcje, wymieniłam kilka maili ze 'znalezioną' na Cabo Verde inną Polką, porównałam ceny i plan jakoś sam się ułożył; resztę, stwierdziliśmy, ogarniemy na miejscu. Założyliśmy jednak od razu, że ani na Sal, ani na Boavistę nie polecimy, jako że turystyczne resorty pełne Europejczyków popijających pina coladę na plaży są nam zupełnie nie po drodze. Poza tym te dwie akurat wyspy są zupełnie płaskie i obok doskonałych warunków do sportów wodnych oraz wypasionych hoteli, nie mają zupełnie nic innego do zaoferowania. Z resztą być na Cabo Verde i nie być w Mindelo na wyspie São Vicente to tak jak z Rzymem i papieżem... A nasza podróż miała być z założenia do szpiku luzofońska. Pięć dni później wylecieliśmy w podróż życia! :)

Z Dublina bezpośrednio nie da się dolecieć na Cabo Verde, trzeba przez Lizbonę, Paryż albo Amsterdam. Jasnym więc od razu było, że będzie to nasza ukochana Lisboa! A do niej wystarczy Ryanair'em ;) Z Lizbony są dwie opcje, portugalski TAP oraz kabowerdyjskie TACV. TAP lata jednak tylko do stolicy, miasta Praia na wyspie Santiago, albo do rodzinnego Mindelo Cesárii, na São Vicente. Pomijając fakt, choć też ważny, że TAP'em jest ciut drożej, liniami TACV można się przemieszczać między wyspami i można kupić bilet łączony, z dowolną ilością lotów. Na ten więc postawiliśmy. Niecałe 500 euro od osoby w dwie strony, cztery loty w sumie - Lizbona - Praia - Mindelo - Praia - Lizbona; nie wyszło źle jak na taki spontaniczny wyjazd. W cenę biletu wliczony jest już 23-kilogramowy bagaż oraz posiłek i napoje na tej długiej trasie. Nie ukrywam, ze miałam trochę duszę na ramieniu, bo nie dość, że w ogóle nie lubię latać przez ocean i za każdym razem się upijam (po czym mam kaca przy lądowaniu), to jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam o tych liniach, a na dokładkę przeczytałam kilka opinii w internecie o panującej tam w ogóle samowolce (lata kiedy chce, albo i nie lata, zawraca, opóźnia się, o czym pasażerowie często gęsto nie są w ogóle informowani, samoloty są małe itp itd). Słowo się jednak rzekło, potwierdzenie zakupu przyszło na maila, lecimy! Dzień i noc przed wylotem spędziliśmy w Lizbonie popijając ginjinhę i jedząc ryby. To miasto nigdy mi się nie znudzi, nigdy! Po wylądowaniu nad Tagiem, poszliśmy też od razu się upewnić, że jutrzejszy lot w ogóle istnieje, nasza rezerwacja jest w porządku i że wszystko będzie na czas. Bardzo uprzejmy pan wszystkiemu przytaknął i z szerokim uśmiechem zaśpiewał 'do jutra'. No to ahoj przygodo, do jutra!

Jakie więc było nasze zdziwienie na drugi dzień, kiedy się dowiedzieliśmy na miejscu że nasz lot jest opóźniony o... 6 godzin!! Wrrrr. Dostaliśmy co prawda jeść i pić, no ale ileż to można szwendać się po lotnisku w tę i we w tę?!? Poza tym to jednoznacznie oznaczało, że spóźnimy się na lot z Prai do Mindelo! Koniec końców lot był spóźniony o ponad 8 godzin i jak wchodziliśmy na pokład dobrze po północy, to było mi już wszystko jedno. Że mały jakiś ten Boeing, więc trząść będzie równo, że nad oceanem, po nocy, w nieznane. Osłupiałam więc niemalże, kiedy 4,5 godziny później Mąż zaczął mnie szturchać i krzyczeć (wiecie jak to jest jak śpicie i ktoś Wam gada wprost do ucha!)... że już wysiadamy! No to wysiadamy! To co wita każdego po wylądowaniu na Wyspach, to potężne uderzenie gorącego powietrza. Byłam na Kubie, w Boliwii, w Izraelu latem, ale gorąc jaki jest na Cabo Verde nawet w październiku, jest nie do opisania. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wcześniej było mi aż tak gorąco przez tak długi czas i żebym czerpała tak dziką radość z lodowatych pryszniców kilka razy dziennie. Ajfon niby pokazywał jedynie 31 - 33 Celsjusze, ale oni mają tam zdecydowanie jakąś inną skalę, uff. Wylądowaliśmy w Prai dobrze po drugiej w nocy (czyli po czwartej nad ranem czasu GMT), odstaliśmy swoje w kolejce po wizę (25 euro od łebka), po czym usłyszeliśmy od przedstawiciela TACV, że... mamy wrócić o siódmej, bo lot do Mindelo jest o dziewiątej. Com licença, por favor ?? Bardzo wrzaskliwa pani zdawała się nie żartować w okienku, ale my (jakieś dwadzieścia osób, z małymi dziećmi na rękach też) szybko jej wyperswadowaliśmy ten 'żarcik' i że nie ruszymy się stąd, jeżeli nam nie zapewni chociażby wody, a tak w ogóle to domagamy się noclegu! Pan, który jej towarzyszył przejął się o wiele bardziej i przynajmniej próbował mówić po angielsku. Koniec końców, chwilę później jechaliśmy wszyscy taksówkami do hotelu, wszystko na koszt TACV, rzecz jasna! I tak oto, pierwszą noc na Wyspach Zielonego Przylądka spędziliśmy nie w Mindelo, ale w Prai i choć nie planowanie, było baaardzo przyjemnie. Doceniłam smak zimnego piwa, na balkonie bardzo porządnego hotelu (z klimatyzacją!), wśród cichej kabowerdyjskiej nocy, z pianiem kogutów w tle, powoli budzących się ze snu pod tym balkonem :)

Cdn.

sobota, 18 lipca 2015

Jeżeli mogłabym tak beztrosko wybierać oraz zmieniać miejsca zamieszkania, to Bukareszt byłby w pierwszej trójce, zaraz po Lizbonie i Bartążku. Absolutnie uwielbiam to miasto, podziwiam i czuję. Spacerując jego przepastnymi ulicami wielokrotnie na myśl przychodzi mi Alicja w Krainie Czarów oraz Márquez'owskie Macondo; ogarnia tęsknota à la magiczny realizm. Żeby jednak nie było, babski wyjazd rzewny nie był za grosz, a wręcz przeciwnie. Wstyd się przyznawać jakie ilości alkoholu wciąż mogą pomieścić nasze dobrze już po 30-tce żołądki, więc się nie przyznam. Nie opowiem też jak się lata z walizką ponad stromymi schodami do metra, a bo i po co. Pochwalę się tylko, że PanciSquad jest najlepszy na świecie i jak czegoś chcecie mi zazdrościć, to polecam Kuliżanki właśnie. Urządziły mi prawdziwy wieczór panieński, tylko nie mylić proszę ze skąpo i różowo odzianymi potworkami z króliczymi uszami, welonami i innymi takimi na głowach, wyczołgującymi się z limuzyn sobotnimi nocami w większości europejskich stolic. My jesteśmy Pańcie wyższych lotów (nawet na schodach do metra, ha!) i jedną z atrakcji był zamówiony przeze mnie tym razem - w ramach niespodzianki dla Kuliżanek - Andrei, student medycyny i przewodnik po mieście w jednym. Bo w życiu to nie tylko ciało karmić warto, serce, duszę i umysł też.

PanciSquad i Cesarz Trajan :)

 A tydzień temu było kapitańskie wesele w Jażdżówkach pod Iławą i chyba nikogo nie zdziwi kto przejął honory po północy ;)

Aby do magicznego września :)

poniedziałek, 27 października 2014

czyli wspomnienia z Malty, Gozo i Comino w zakładkach po lewej.

czwartek, 19 czerwca 2014

Gdzie to ja skończyłam? ;)

Gubię się strasznie w wątkach, które chciałabym poruszyć, skaczę trochę z kwiatka na kwiatek mam wrażenie, ale jakoś nie mogę ogarnąć sensownie. Za dużo odnóg od wątków. Najważniejsze jednak, chciałabym podkreślić raz jeszcze, że prawdziwa Rumunia (Bukareszt) nie ma nic wspólnego z tym, z czym nam się na ogół kojarzy - żebrzącymi na polskich ulicach w latach dziewięćdziesiątych dziećmi . Nie chcę wciąż dyskredytować Cyganów, bo od kiedy poznałam historię Papuszy, to i do nich też mam niejaki sentyment, ale fakty są faktami. A kto wciąż nie dowierza niech obejrzy Czas Cyganów Kusturicy.

Jak już pisałam, pierwszej nocy zabalowałyśmy z kuliżanką Joanną. Więc niech też nikogo nie zdziwi, że kolejnego ranka wstałyśmy już dobrze po południu. Siłą rzeczy nie zdążyłyśmy na tę darmową wycieczkę, nie miałyśmy też żadnego planu, li tylko kilka karteluszek wydrukowanych z netu z ogólnymi informacjami o głównych atrakcjach miasta. Poszłyśmy więc na przysłowiowego czuja i rozpoczęłyśmy dzień od poszukiwania jadłodajni, w której można by się napić porządnej kawy i zjeść jakieś jajka. Kawa i jajka są bowiem najlepsze na kaca! :) I uwierzcie albo nie, że śniadanie (około już drugiej chyba) zjadłyśmy w knajpie francuskiej! Nie pamiętam nazwy, ale Aśka mówiła, że jadła w takowej w Belgii chyba i jajka na pewno mają. Oczywiście zeszłyśmy pół miasta najpierw w poszukiwaniu kuchni rumuńskiej, ale po pierwsze była już pora obiadowa i jajek raczej nigdzie nie serwowano, a kiedy  znalazłyśmy super miejsce (Stefano nam to potwierdził dzień później) to się okazało, że wszyscy w środku palą pety. Muszę teraz dodać, że unijne zakazy w tej kwestii w Rumunii jeszcze nie obowiązują i palą wszyscy i namiętnie w każdym miejscu, ale nawet mnie, która lubi sobie zajarać w miłych okolicznościach, zapach peta nad jajecznicą po prostu zmierził. Nie byłyśmy w stanie w tej knajpie nawet wystać przez chwilę, co dopiero mówić o skonsumowaniu śniadania, na kacu!? Tym sposobem zjadłyśmy posiłek w sieciówce chyba Paul, o ile dobrze mi się teraz przypomina. Potem trafiłyśmy do tego kościoła, który wspomniałam w najpierwszej notce i wpatrywałyśmy się półtorej godziny na klęczkach w tych piękniusich ministrantów ;) Na kolację natomiast trafiłyśmy na wesele, też chyba już pisałam. Wesele było w jednej sali restauracji, a my się stołowałyśmy w drugiej i do tej pory mam przypuszczenie, ze było to cygańskie wesele, tudzież bardzo zbliżone. Tam też skosztowałyśmy w końcu sarmale, czyli rumuńskie danie narodowe - takie nasze mini gołąbki serwowane z polentą (zdjątka są już w zakładkach po lewej, więc proszę sobie obejrzeć). Na ostatniego przed snem drinusia poszłyśmy natomiast do arabskiego zakątka. Jest to bardzo fajna miejscówka, gdzie pod pięknie zdobionymi arkadami, w półkolu, znajdują się same przybytki arabskie, a zapach sziszy czuć już z ulicy. Tam też przydarzyła nam się fajna historia. Nie bardzo chciałyśmy już konsumować alkohol, bo ile to można, ale o pustym pysku spędzać noc w Bukareszcie też nie pasowało. Zobaczywszy więc na pierwszym z brzegu stoliku sangrię, postanowiłyśmy nią właśnie zakończyć noc. Im dalej szłyśmy pod te arkady, tym więcej różnokolorowych dzbanów z tym trunkiem widziałyśmy na stołach, przy których ludzie biesiadowali. Co stolik to inna knajpa jak się okazało i do każdej z nich obsługa chciała nas zaciągnąć. A my jak te trzpiotki, że może tu, a może tam usiądziemy, tu chuchają sziszą w twarz, tam nie ma kocyków na oparciach krzeseł itepe i tede, jak te rozpuszczone paniusie, wczorajsze na dodatek. W końcu pytam jednej kelnerki - sangria? A ona, że jej przykro, ale nie serwują. To idziemy dalej. I to samo - sangria? I kolejna pani, że yyy yyy (tu proszę sobie wyobrazić zaprzeczające kręcenie głową). Więc ja już oburzona, pytam podniesionym głosem: co yyy yyy sangria? Tu piją, tam piją, te cytrusy aż wychodzą z dzbanków, a pani mi tu że sangria yyy yyy?!?!? Na co odwrócił się jakiś pan z najbliższego nam stolika i oznajmił: proszę pani, my wszyscy przychodzimy tu na arabską herbatę i...lemoniadę! Naprawdę pyszną tu serwują, wszystkie możliwe smaki, proszę spróbować. No i opadły nam ręce i biusty z resztą też. Mnie w tym momencie zamurowało, ale Aśka zachowała trzeźwy umysł i szybko poprosiła o aperol spritz w takim razie. Pierwszy raz piłam ów wynalazek i tak naprawdę smakował jak oranżada, ale do końca wieczora wstydziłam się już cokolwiek powiedzieć ;) Oczywiście, ze przesadzam, no ale muszę podkolorować, w końcu mam nadzieję, że ktoś to doczyta do końca :P

Kolejny dzień był za to bardzo intensywny. Rozpoczęłyśmy wcześniej już wspomnianą darmową wycieczką z przewodnikiem i było suuupppeeeeerrr! Tu muszę dodać, że oczywiście (sorry, za niepoprawność polityczną, ale tak właśnie było) wkurzyli nas Anglicy. Nie dość, ze waliło od nich nie przetrawioną jeszcze wódą,  to na dodatek zaprezentowali ten najgorszy typ wyspiarza, czyli że jemu to się wszystko należy i to ZA DARMO, bo on jest z Królestwa, sic! Tak kuźwa piali z zachwytu nad przewodnikiem, tak się udzielali w dyskusji i tacy byli rozentuzjazmowani, że na koniec zostawili przewodnikowi za trzy godziny jego świetnej pracy, uwaga... 10 lejów (lei?), czyli całe 2,5 euro!!! Ja momentu wręczania pieniędzy sama nie widziałam, ale Aśka nie mogła przeboleć tego widoku. No cóż, studiuję obecnie prawo europejskie, więc na własne oczy i uszy się przekonuję jakie to zdanie mają niektórzy o całej reszcie zjednoczonej Europy - to z serii, że są równi i równiejsi i on nic na to nie poradzi, że przynależy do tych drugich; poza tym skoro jest w Rumunii tak tanio, to i czemu nie za darmo, sic! Świnią pojechałam teraz, ale do miłości do Anglii to raczej nikt mnie już nie przekona. A na koniec ten wielkolud angielski z potwornym zniewieściałym akcentem podszedł do mnie i zapytał skąd ja tak naprawdę jestem, bo wcześniej mówiłam, że z Polski (każdy się przedstawiał przed wycieczką, w końcu było nas niewielu) a teraz brzmię jak z Irlandii. No to mu odpowiadam, że mieszkam w Dublinie od dziesięciu lat. I on na to tym z tym swoim pip akcentem: Dublin? (wyobraźcie sobie to Daaaaapppplyyyyn?) Why would you live in Dublin? Bo kuźwa, nie London psia mać! Oczywiście byłam miła i udzieliłam jakiejś kurtuazyjnej odpowiedzi, ale wiecie o so chozi ;)

Po południu przedostatniego dnia zwiedziłyśmy niżej wspomniany Pałac Parlamentu. Fajne miejsce, ale jak to mawia jedna z moich ulubionych kuliżanek - dupy nie urywa. Przewodnik był nudny, mówił jakby czytał z kartki, a my i tak wiedziałyśmy już swoje. Wczoraj zdradziłam Wam już główną ciekawostkę, a dziś tylko dodam, że najnowsza legenda jest taka, że dwóch żołnierzy, którzy pełnili kiedyś służbę w tym budynku zgubiło się w podziemiach i odnaleźli dopiero po dwóch dniach, pod lotniskiem! Takie krążą historie o tym molochu i to podobno prawda, że nawet pracownicy nie znają w nim wszystkich zakamarków. Ja jedyne co wiem to to, że na czas wejścia zabierają paszporty (co mi się bardzo nie spodobało, ale w końcu to rządowy przybytek) a na koniec dwu godzinnego chodzenia jest człowiek poinformowany, że właśnie zwiedził... 8% całego budynku! Nudne niestety się staje po jakimś czasie zwiedzanie po raz kolejny ogromnej i podobnej do poprzedniej, ale z rzekomo unikatowym żyrandolem czy dywanem sali, pójść jednak tak czy inaczej warto. Chociaż by po to, aby stanąć na balkonie, z którego Michael Jackson pozdrawiał Budapeszt :)

Obiad tego dnia jadłyśmy wcześniej, pomiędzy 'darmową' wycieczką a tą płatną i to w jednym z tych miejsc, które... odradzała Magda Gessler. Wyczytałyśmy bowiem wcześniej, żeby broń Boże nie jeść w restauracjach, w których stoły są przykryte białym obrusem, bo to oznacza, że personel pali w środku papierosy i nie myje rąk przed przyrządzaniem posiłków. Chyba się Magdzie wszystko pokiełbasiło, bo pamiętam jeden z jej programów, kiedy mówiła, że Polacy boją się restauracji z białymi obrusami (że niby drogo) i nigdy tam nie wchodzą, a szkoda. W każdym razie, ja w takiej restauracji w Bukareszcie jadłam jedną z lepiej przyrządzonych karkówek i prawdziwe domowe frytki! I następnym razem na pewno zapuszczę się w gąszcz uliczek poza centrum, żeby właśnie w takim miejscu z białym obrusem zjeść. Bo sławny Hanul Manuc w samym centrum jest bardzo przereklamowany jeżeli chodzi o jedzenie (jadłyśmy tam pierwszej nocy), ale rumuńskiego wina tam popić, posłuchać muzyki na żywo i zachwycić się jego architekturą jest naprawdę warto.

To chyba na tyle z tej mojej bukaresztańskiej podróży Moi Mili. Na pewno nie opowiedziałam Wam wszystkiego do końca, bo tak się nigdy nie da. Zapomniałam choćby o tych świeżo pieczonych na każdym rogu ulicy bułeczkach z serem albo czekoladą! Ale tak to już jest - trzeba samemu pojechać, skosztować, przeżyć i porozmawiać z lokalnymi ludźmi, co nam się wielokrotnie udało. O jedno Was tylko proszę, nie sugerujcie się stereotypami na temat Rumunii, bo ona jest doskonałym przykładem na to, jak można się potem zawstydzić. Tak jak zawstydziłam się ja sama, wypakowując z walizki w domu z powrotem żel antybakteryjny do rąk i kilka paczek mokrych chusteczek...

Na dobranoc Wam powiem, że pod koniec lipca lecimy z L. na warmińsko - mazurskie jeziora, a we wrześniu na Maltę. Będę więc miała o czym opowiadać :)

Pokój Wam.

wtorek, 17 czerwca 2014

Stolica Rumunii to turystyczna bomba z odpalonym zapłonem… metropolia kontrastów, która na każdym kroku zaskakuje i absorbuje. Miasto seksowne, asertywne, nieskrępowane. Miasto, które poszukuje dziś nowego scenariusza dla siebie. Tak napisał Tomek Ogiński na swoim blogu Niesamowity Bukareszt. Też miałam trochę takie wrażenie, że jak ta bomba naprawdę wybuchnie, to będzie po przysłowiowych ptakach i miasto będzie podobnie jak Kraków dziesięć lat temu - długo leczyć rany po angielskich i irlandzkich wieczorach kawalersko - panieńsko - kurewskich. Pierwsze co zobaczyłam na bukaresztańskiej starówce, to stado podchmielonych Anglików właśnie, przy czym jeden (domyśliłam się, że przyszły małżonek) paradował w stroju misia, tygryska, czy innego zwierzaczka i akurat coś pokazywał kolegom turlając się po deptaku, ku rzeźnickiej uciesze całej reszty rzecz jasna. Miałam jednak podskórne przeczucie żeby się tym widokiem nie sugerować i broń Boże nie zdeterminować nim całego pobytu. Po pierwszym wrażeniu z lotniska, autobusu w drodze do centrum i potem hostelu czułam, że Rumuni łatwo nie kupią tego zachlanego motłochu. A raczej, że łatwo się jemu nie sprzedadzą. Nie myliłam się. Jest to naród, który w przeciwieństwie do wyspiarzy biesiaduje do rana i wraca do domu o własnych siłach, a do tego dumny i wysoko się ceniący. Sama byłam świadkiem jak skąpo ubrana i stylizowana na lata dwudzieste przepiękna kelnerka w rewelacyjnym naprawdę klubie Bordello, złapała sztywno za rękę jednego absztyfikanta próbującego ją miziać po cycku kiedy ta szła z tacą, po czym szepnęła mu coś do ucha tak, że biedak tylko spuścił oczy, podkulił ogon i się odwrócił na pięcie. Przypuszczam, że za drugim razem dała by mu po prostu w ryja bez jednego słowa. Urzekła mnie naprawdę w Bukareszcie kultura życia nocnego, eleganckie i piękne dziewczyny z klasa oraz pachnący i świetnie tańczący panowie, nie wiem nawet czy nie piękniejsi niż te panie ;) Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, pierwszej nocy zabalowałyśmy do czwartej rano, zupełnie niezamierzenie. Z racji tego, ze różnica czasu miedzy Dublinem a Bukaresztem jest dwie godziny, ze lot trwa ponad trzy i pol, dojazd z lotniska zajmuje kolejne półtorej, dotarłyśmy do hostelu późnym popołudniem. Ogarnąwszy się tylko z grubsza postanowiłyśmy zrobić rekonesans na starówce, po czym wrócić, wykapać się, wystroić i iść na kolację. Żadna z nas nie miała porządnego przewodnika o Rumunii ani nawet Bukareszcie, jedynie trochę informacji z internetu, nie miałyśmy więc wyjścia jak zdać się na żywioł, przypadek i własne szczęście. Tak więc w momencie kiedy tylko skręciłyśmy z głównego (i ogromnego!) skweru Piata Unirii w uliczkę wiodąca do Starego Miasta, już wiedziałyśmy że do hostelu przed wschodem słońca nie wrócimy i przebalujemy tę noc w dżinsach i trampkach (i pomijając zupełnie fakt, że jednym z pierwszych widoków był wyżej wspomniany Anglik). Olać go. Ulice, uliczeczki, zakątki, zaułki, cały gąszcz, a wzdłuż nich puby, restauracje, bary, kafejki, kebaby, pip showy, sklepiczki i czego tylko jeszcze dusza zapadnie, wszystko na przemian w secesyjnych kamienicach oraz czynszówkach odziedziczonych z poprzedniego ustroju. Nie mogłam się napatrzeć na ornamentykę budynków i komunistyczny beton na jednej szachownicy.

Nie wiem tylko czy mogę zgodzić się z Tomkiem, że Bukareszt poszukuje dziś dla siebie nowego scenariusza, a właściwie to się w ogóle z nim nie zgadzam. Według mnie bowiem Bukareszt jako jedna z nielicznych stolic Europy ma na siebie właśnie nietuzinkowy bardzo pomysł. Trochę jest to pewnie nie zamierzone, bo olbrzymy architektoniczne po prostu zostały odziedziczone w spadku, a i charakter narodowy Rumunów już dawno jest ukształtowany. Da się jednak wyczuć, że duży jest w mieście potencjał kreatywności, wyobraźni, ciekawych pomysłów kulturalno - biznesowych na to by wykorzystać to co już mają do tworzenia nowego. Trzeciego dnia wybrałyśmy się na pieszą wycieczkę po mieście w ramach projektu zorganizowanego przez kilku młodych chłopców, którym znudziła się praca w korporacji, pod hasłem Guided Bucharest - Free City Tours, czyli darmowy przewodnik po Bukareszcie. Ulotkę wręczyła nam dziewczyna w hostelu. Strasznie fajna sprawa, naprawdę polecam. Stefano (chyba dobrze pamiętam imię, ups) okazał się nie tylko świetnym kompanem do spaceru, ale przede wszystkim świetnym przewodnikiem. Opowiadał, opowiadał, opowiadał, tak ciekawie i kolorowo, że następnego dnia kiedy poszłyśmy zwiedzać ten potężny Pałac Parlamentu, to my wyręczałyśmy tamtejszego przewodnika i raczyłyśmy współzwiedzających (jest takie słowo? Bo mi podkreśla na czerwono ;) ciekawostkami. Jedną z nich muszę Wam opowiedzieć, choć pewnie post jest już przydługi, ale co tam. Nie wiem czy wiecie (ja do tej pory nie wiedziałam) że bukaresztański Pałac Parlamentu jest drugą największą pod względem kubatury budowlą na świecie, zaraz po amerykańskim Pentagonie. Na serio jest tak potężny, że spacer wokół zajmuje ponad pół godziny żwawym marszem. W ogóle Ceaușescu miał manię wielkości jak przystało na rasowego dyktatora i w związku z tym wszystko w Bukareszcie miało być najlepsze i największe. Postawił więc sobie ten moloch (właściwie ten dokończony został już po jego śmierci - dyktator jako jedyny z komunistycznych przywódców został wraz z żoną rozstrzelany po upadku systemu w grudniu 1989, co z resztą pokazano w telewizji, ale to na pewno już wiedzieliście) a od niego poprowadził sobie z rozmachem Pola Elizejskie. Podobno zapytał wówczas swoją nadworną architektkę, Ancę Petrescu, jaka jest najszersza ulica w Europie i ta mu zgodnie z prawdą odpowiedziała, że paryskie Les Champs-Élysées. Usłyszawszy tę odpowiedź Mikołaj zarządził, że jego Bulevardul Unirii... będą o półtora metra szersze! I uwierzcie na słowo, że rzeczywiście są! Bo Mikołaj miał ambicję przemawiać z balkonu swojego pałacu do ludu zebranego na tychże ulicach i wiwatującego na jego cześć rzecz jasna. Chwili takiej Ceaușescu nie dożył, doczekał jej za to... Michael Jackson! Po koncercie w Bukareszcie w 1992 roku muzyk został zaproszony do zwiedzenia budynku. Nie była to zaplanowana oficjalna część wizyty w kraju, ale atrakcja w ramach spędzenia czasu wolnego. Ludzie jednak dowiedzieli się o tym drogą pantoflową i poczęli tłumnie ściągać na Bulevardul Unirii wiwatując. Zobaczywszy to Jackson postanowił się z fanami przywitać. Zaprowadzono go więc na ten potężny balkon, podłączono mikrofon i głośniki, a tłum zamarł w oczekiwaniu na głos idola. A co zrobił idol? Wziął mikrofon do ręki, drugą pomachał, po czym krzyknął ile sił: HELLO BUDAPEST!!! To był podobno jedyny raz kiedy na widok Michaela Jacksona masy nie piszczały z zachwytu tylko buczały, choć też się ludzie śmiali jak mówił Stefano, bo oni są przyzwyczajeni do tego, że świat ich myli z Budapesztem. I ja jemu wierzę, bo sama odniosłam wrażenie, że ludzie w Bukareszcie mają do siebie dystans i umieją się śmiać. Czy inny naród zorganizowałby ad hoc lot hiszpańskim kibicom piłkarskim, których ponad setka kupiła rok temu bilety na finał Ligi Europy właśnie do Bukaresztu zamiast do Budapesztu... Myślę, że Rumuni nie tylko są piękni i z poczuciem humoru, ale także z wielką klasą.

Ojej chyba wychodzi na to, że będzie jeszcze kolejna notka o Bukareszcie... Mogłabym opowiadać i opowiadać. Ale że jest już dobrze po północy, a przede mną jutro długi dzień, bo wtorek i prawo europejskie w szkole po pracy. Aaaaaaa, nie zdążyłam się jeszcze pochwalić. Pierwsze koty za płoty w tej mojej szkole - prawo własności zdałam na 79%, a kryminalne na 68%, sweet Jaysus! :D

Dobrej nocy. A niektórym spóźnione Happy Bloomsday. Widziałam dziś w kinie The Dead (Zmarłych) na tę okazję. Nieśmiertelny James Joyce, nieśmiertelny John Huston i piękna Anjelica.

niedziela, 08 czerwca 2014

A tak naprawdę tylko o Bukareszcie. Jestem bowiem z tych uczciwych ludzi, którzy opowiadają tylko o miejscach w których naprawdę byli.

Z Włoch byłam tylko w Rzymie i szczerze powiem (choć zdaję sobie sprawę, że to nie fair) że w ogóle mnie tam nie ciągnie, z wyjątkiem Sycylii, na którą to mam kiedyś chrapkę, nie ukrywam, choć podobno jest bardzo brudna. Nie śmiałabym jednak wypowiadać się o całych Włoszech po kilku jeno dniach w stolicy.  I chciałabym tak samo powiedzieć o Rumunii, ale strasznie mnie korci odwrotnie - powiedzieć jak to cudowny jest CAŁY kraj. Wróciłam absolutnie zakochana i tylko jedno wspomnienie podróżnicze do tej pory może uderzyć w konkury. Oczywiście, że Lizbona!

Moje pierwsze wrażenie tuż po wylądowaniu w Bukareszcie było dokładnie takie samo jak to kiedy wylądowałam w Dublinie dziesięć lat temu, czyli 'ojej, jak mi dobrze'. Nie miałam zielonego pojęcia o kraju, ludziach, smakach i zapachach, z niewielką tylko znajomością historii. I dziś, tydzień później Wam mogę powiedzieć z ręką na sercu - nie było w Bukareszcie ani jednej rzeczy, która by mnie rozczarowała, tudzież wprawiła w jakiekolwiek zakłopotanie. Bukareszt jest przepiękny! Architektonicznie jest perłą w Europie. Chodząc jego przepastnymi ulicami ma się wrażenie na przemian spaceru po Paryżu, Madrycie, Warszawie, czasem zeuropeizowanego Buenos Aires, ale za każdym razem odnajdzie się element nie pasujący do wyobrażonego miejsca, nietuzinkowy. Nie bez kozery nazywany Małym Paryżem, po prostu wyjątkowy Bukareszt! Ogromne neoklasyczne budowle (nie tylko sakralne) sąsiadują tam z post komunistycznymi straszydłami i czasem trzeba się naprawdę nachodzić żeby znaleźć zabytek opisany w przewodniku. Ale bardzo warto. Takim sposobem trafiłyśmy bowiem (poleciałam do Bukaresztu na przedłużony wikend z kuliżanką, obie w ramach zachowania balansu w związkach ;) do przepięknego kościoła Wszystkich Świętych, ulokowanego gdzieś między blokowiskami, w którym przeżyłyśmy duchowo dwugodzinną niemalże mszę. Tak, w kościołach prawosławnych wiarę i obrządki się po prostu przeżywa, bez względu na to kto jak jest ubrany i ile dał na tacę! Stałyśmy wytrwale, na przemian klęcząc to na jedno to na drugie kolano (w cerkwiach nie ma ławek jak w kościołach) zmęczywszy się przy tym niemiłosiernie, ale za to przysłuchując się i przypatrując oczywiście śpiewającym chłopcom (nie wiem jak to dokładnie działa w tym obrządku, ale oprócz popa prowadzącego mszę, po prawej stronie stało kilku chłopców, którzy na przemian śpiewali, czytali z ksiąg i się zamaszyście żegnali) wyszłyśmy lekkie i uszczęśliwione absolutnie. A było to po poprzedniej nocy, której zabalowałyśmy do czwartej rano. Bo imprezy w Bukareszcie też są wyjątkowe! Wiecie już, że ja tak zwane najt kluby do omijam szerokim łukiem, bo od czasów olsztyńskiej Galerii nie chcę sobie psuć smaku, a Dublin to już w ogóle zaścianek, ale przyznam Wam szczerze że w Bukarszcie pobalowałam sowicie. Jedyne czego żałowałam, to że miałam dżinsy i trampki, bo jakbym przypuszczała że trafię do klubu w stylu lat 20-stych i będę swingować do wschodu słońca, to zdecydowanie włożyłbym koronki! ;)

Takie trochę topsey turvey to moje pisanie wiem, ale jak zaczęłam, to nie wiem na czym się skupić. Przyznam się, ze trochę w ciemno tam pojechałam, ot tak chciałam sobie zrobić relaks po egzaminach i nawet nie miałam porządnego przewodnika (w księgarniach dublińskich takowych po prostu nie sprzedają, sic!). Trochę na czuja, trochę psim swędem był z założenia ten wyjazd. Oczywiście jak wróciłam to zaczęłam od zamówienia z Polski przewodnika National Geographic o Rumunii oraz doczytania rozdziału o Ceaușescu w książce Kobiety dyktatorów i byłam zła sama na siebie że jak mogłam być takim rumuńskim ignorantem?!? Bo powiem Wam, że się teraz wstydzę tych wszystkich razów, kiedy jechałam stereotypami i Bóg jeden wie skąd pochodzącymi stwierdzeniami, że na przykład ktoś (albo ja sama) wyglądam jak Rumun, albo że kojarzyłam ten naród li tylko z żebrzącymi Cyganami. Fakt, mieliśmy my prawo tak twierdzić przez chwilę, kiedy Cyganie z rumuńskimi paszportami oblegli wolną od komuny Europę, ale równie szybko powinniśmy się byli zreflektować. Tylko my zapatrzeni byliśmy na Zachód... Bukaresztański Rumun nie ma nic wspólnego z zapyziałym złodziejaszkiem Cyganem (jak już napisałam, wypowiadam się tylko o stolicy, bo poza nią nie wyjechałam; wyjeżdżam w przyszłym roku :)) i sami oni ubolewają mając świadomość jak są kojarzeni w Europie. Tak jak zapytał nas chłopak przewodnik pieszej wycieczki po mieście 'a wy nie macie Cyganów w Polsce?' Oczywiście, że mamy, ale to Ci z rumuńskimi paszportami jako pierwsi oblegli kontynent i tak już niestety zaczęli się reszcie kojarzyć.

Bukaresztańscy Rumuni są piękni, czyści, schludni, eleganccy, mili, rozmowni, uśmiechnięci, dumni, wykształceni, mówią po angielsku (włącznie z paniami sprzedającymi bułki na ulicy, kierowcami autobusów i policjantami) i NAPRAWDĘ nie mają ciemnej skóry, jak to niektórzy próbowali mi wmówić przed wyjazdem... Z resztą jakby odcień skóry miał znaczenie!?! Oni są zupełnie tacy jak my Polacy, przeszli taki sam ciężki kawał historii i jedli ten sam czarny chleb. Ba, oni są nawet lepsi niż my śmiem twierdzić, bo umieją się z siebie samych śmiać.

Już późno. Następnym razem opowiem Wam więcej. Tymczasem zdjątka w zakładce po lewej. Ściskam.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Jakoś tak rocznicowo i w fotograficznym skrócie u mnie ostatnio.

Pozdrawiam z Irlandii :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6