O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Muzycznie

niedziela, 19 maja 2013

Zalegam teraz na kanapie, popijam białe chilijskie i zastanawiam. Dziś (wczoraj) zmarł Marek Jackowski, a ja jemu zdania nawet nie poświęciłam w ostatnim wpisie, tylko jakimś tam duńskim barbie! Maanam był obok Niemena, Lombardu i Martyny Jakubowicz, moim najwcześniejszym życiowym doznaniem muzycznym. Do dziś uważam, że sama mogła bym być jak Kora, bo mam w sobie wszystko co potrzebne artyście oprócz... talentu, sic!

Szukaj dalej pięknych głosów w niebie Marek.



poniedziałek, 11 lutego 2013

Czy Wy widzieliście ten film? Bo ja z samego rana i cały dzień miałam na tę nutę. Chlipałam z przerwami do wieczora, dosładzając Penny & The Quarters, Asafem Avidanem, Marcinem Różyckim i oczywiście samym Ryanem Goslingiem. Boszzz, dziś się powinnam nazywać Wzruszenie. Albo Beksa. A ja przecież w ogóle nie jestem z półki chick flick! A Cóż Że Ze Szwecji patrzyło, słuchało i nadziwić się nie mogło, że jakiś Kanadyjczyk może tak anonimowo i bezkarnie poruszać za moje sznureczki. Aaaaaaaaaa :)



niedziela, 04 listopada 2012

No i od czego zacząć? To może, za Rzepcią, polonistką moją, od początku. Pewnie zasnę po drodze, więc mnie obudźcie w razie co; najwyżej dokończę jutro. Albo za rok.

No i zasnęłam, witam więc w sobotę. 3 listopada, za dublińskim oknem zima, za chwilę koncert Muse. Zaraz będę pełna innych wrażeń, a przecież nie opowiedziałam Wam o Guinness Cork Jazz Festival... Jajjjj, trzymało mnie właściwie do wczoraj, adrenalina połączona z ekscytacją, trochę też nostalgii, że tak szybko się skończyło. Tytułem wstępu powiem tylko, że uwielbiam Cork i mogłabym zdecydowanie tam zamieszkać. A drugi punkt wstępu będzie przestrogą - nigdy, ale to nigdy niech Wam do głowy nie przyjdzie wsiąść w Dublinie w autobus Bus Éireann, choćby cena biletu była kusząca. Takiej wycieczki krajoznawczej to ja nie planowałam tym razem, a ów autobus nie jedzie godzin trzy i pół jak głosi strona internetowa, ale pięć bez kilu minut! Aga była jedynym pasażerem na cały pełen autobus, który podszedł na koniec do kierowcy z zapytaniem o co kaman. Wiecie co jej odpowiedział? Welcome to Ireland! Wrrr. Ale nie o tym przecież będę. Zaczęłyśmy ten szalony wikend lampeczką wina w barowym ogródku, w rytm jazzowej kapeli ulicznej rzecz jasna i chińczykiem na obiad, a jak (zawsze na wyjazdach robię sobie dyspensę i idę na tłustego chińczyka :) aby potem, po dokonaniu oblucji i reszty przygotowań charakteryzatorskich, oddalić się do The Half Moon Theatre na prohibicyjny balet w stylu lat 20-stych. Honor muszę oddać koleżance, a właściwie większości przybyłych tam pań, bo wyglądały jak rodem z tamtych czasów, mnie fryzura jednak trochę dyskwalifikuje. Kilka zdjęć w zakładkach po lewej.

Dzień dobry w niedzielę. To nie żart, trzeci dzień próbuję zmaterializować ten wpis! Proszę nie zadawać zbędnych pytań - dopiero wstałam, trochę kręci mi się w głowie, ale bardziej w nogach; nie codziennie tańcuję do 3 rano. Muse wczoraj było fajne, ale nie powaliło mnie na kolana, wrócę więc ze stoickim spokojem do zeszłego tygodnia. Równy tydzień temu siedziałam o tej porze w Everyman Palace Theatre na Shandon w Cork, wsłuchując się i wpatrując w armeńskiego wirtuoza pianistę, Tigrana Hamasyan'a. Piękny chłopak duszą i ciałem (miałam okazję potem popatrzeć mu w oczy w hotelowym foyer - najbardziej czarne oczy tego świata!) tylko może rzeczywiście, nie byłam przygotowana psychicznie na jego godzinne eksperymenty jazzowe, jako że czekałam z niecierpliwością na naszą Jo oraz jej chłopaków z Polanna band. Poza tym zabrakło mi trochę beatu, było rzewnie jednym słowem. Proszę jednak nie zapędzajcie się na manowce, ja jestem odbiorcą - mistrzem rzewnej muzyki, ale jednak koncert (wszelaki) musi być zróżnicowany, a im więcej zwrotów akcji i różnic tonalnych, tym lepiej. Dlatego chyba Muse nie specjalnie mnie urzekł wczoraj, bo też było monotonnie, tym razem na bardzo elektroniczną nutę. W każdym razie znalazłam Tigrana u wujka Google po powrocie do domu i oznajmiam, że jestem urzeczona.



No dobrze, teraz clue programu, AMJ! Zaczęło się dzień wcześniej, tuż przed Prohibicyjną Nocą, kiedy napisałam do zaprzyjaźnionego szefa zespołu, czy już są na miejscu, a jak tak, to do zobaczenia w The Half Moon. Po czym dostałam odpowiedź - Pozdrówki z... Warszawy, być może w ogóle nie dolecimy. Fcuk, śniegi, mgły, cokolwiek tam było wtedy nad Wisłą - smsa dostałam w sobotę o 20-stej, a koncert o 14-stej dnia następnego. Gdzie Warszawa, gdzie Dublin (tam lądowali), gdzie Cork? Zadzwoniłam nawet do ciężarnej koleżanki, która specjalnie na koncert miała jechać rano z Dublina, żeby póki co nigdzie się nie wybierała. Dziękować losowi, dostałam sms o 5 rano - Z przygodami, ale wylądowaliśmy! Tym sposobem Ania i chłopaki po dojechaniu do Cork mieli jakieś dwie godziny, żeby się wyspać, wykąpać, ubrać i nastroić. Tak to chyba jednak już w życiu jest, że jak idzie pod górę długo, to potem nie ma rady, można tylko fruwać. Rozmawiałam z wieloma ludźmi po koncercie i pytałam o wrażenia, bo bardzo mi zależało wiedzieć jak bardzo ja jestem teraz obiektywna. Dubliński koncert rok temu przeżyłam bardzo subiektywnie, wydawał mi się najpiękniejszy pod słońcem, zwyczajnie dlatego, że go po prostu organizowałam. Byłam jak na haju przez tamte parę dni, stresując się niemiłosiernie, a poza tym strasznie dumna, i dlatego pewnie miałam poczucie, że był najlepszy z całej trasy Polanny. No to teraz Wam powiem - zeszłotygodniowy koncert w Cork był tak ze trzy razy lepszy! Wow, nie wiem, czy to dlatego, że tym razem dojechał Pedro Nazaruk, który nie dość, że wygrywa na takich instrumentach, których ja nazw nawet nie znam, to jeszcze śpiewa z Anią, a może po prostu dlatego, że siedziałam absolutnie zrelaksowana jako widz tylko. Naprawdę miałam poczucie, że to jest zupełnie inna trasa koncertowa. Niby te same piosenki, ale aranżacje fuzyjne i wykonanie dostarczające zintensyfikowanych bodźców psychosomatycznych. Ania bawi się głosem, moduluje go przewrotnie, z lekkością wchodzi w całą gamę tonacji, zmienia je filuternie. Poza tym gra z najlepszymi jazzowymi muzykami w Polsce, co tu dużo gadać: Marek Napiórkowski (gitara), Robert Kubiszyn (bass), Paweł Dobrowolski (perkusja), Krzysztof Herdzin i Pedro Nazaruk (ci dwaj ostatni to multiinstrumentaliści; fortepian, obój, jakieś inne egzotyczne, no i śpiew!). Ja już wiedziałam z jakimi przebojami dotarli do Cork i wyobrażałam jak bardzo byli zmęczeni, ale o jakości muzyki jaką zagrali niech świadczy tylko jeden fakt. Złapała Agę za rękę w pewnym momencie starsza, niedowidząca pani, Irlandka i szepnęła na ucho, że to jeden z najpiękniejszych głosów, jakie w życiu słyszała. Amen.

Po koncercie poszłam się przywitać z Anią i chłopakami oraz pogratulować muzycznej uczty jaką nam zaserwowali. Sympatyczne spotkanie nam się trochę przedłużyło; uczta skończyła o 3:30 poranka następnego :) Żeby jednak nie było, że li tylko piwsko żłopaliśmy, albowiem dzięki kilku wtykom i mojemu niewinnemu kłamstewku, wróciliśmy po kolacji do teatru i rozsiedliśmy gdzie kto mógł na tzw. skrzydłach za sceną i z przerwami na wyjście po piwo obejrzeliśmy kolejne dwa koncerty amerykańskich top jazzmanów - Chris Dave & The Drumhedz (Pino Paladino, Kebbi Williams, Tim Stewart, Pooky, Chris Dave) oraz Miles Smiles All Stars (Wallace Roney, Rick Margitza, Joey DeFrancesco, Larry Coryell, Daryl re Jones, Omar Hakim). Tststs, jazzowa rozpusta. A poprawiliśmy nauką tzw rolady (taniec!!) w teatralnym barze... W poniedziałek natomiast musiałam wypić kielicha Sambuki na śniadanie, bo inaczej bym chyba nie dojechała do Dublina. W busie trzęsło przez trzy godziny (nie pięć!), a my mieliśmy siłę na chichranie tylko przez chwilę. Po czym każdy włożył w uszy swoje słuchawki i zasnął. Obudził nas kierowca, żeby wysiadać, bo już lotnisko, po czym zespół wyleciał do Warszawy, a ja na Phibsboro. Nie wiem co było u nich dalej po wylądowaniu, ale założę się, że tak jak ja, poszli spać. To tak w telegraficznym skrócie.

Potem jakoś cały tydzień miałam przebojowy, ale opowiem Wam kiedy indziej. W kwestii muzycznej tylko dopowiem, zestawiając właściwie dwa tak różne światy i absolutnie subiektywnie, że tak jak Muse wolę z płyty, niż wczorajszego koncertu (tak, przyznaję, nie widziałam na żywo trasy Resistance w 2009), to AMJ tylko live! (dlatego linka do Youtube w tym miejscu nie będzie).

poniedziałek, 24 września 2012

Pamiętacie TO ? Jest coś na rzeczy u mnie z tym chorowaniem.



wtorek, 11 września 2012

Ale jestem płodna ostatnio, blogowo. Takiej aktywności na tej fermie nie było od lat. Niech mnie gęś kopnie! Teatrzyk Zielona Gęś zaprasza :)



czwartek, 15 grudnia 2011

Mili Moi, jak sami wiecie, wszystko co dobre szybko się kończy. Cudowny było to wikend, absolutnie; wciąż nie mogę odespać z wrażenia. Koncert był rewelacyjny, a motywem przewodnim była Polanna, czyli jedna z trzech ostatnich płyt wokalistki, oczywiście z przepięknymi improwizacjami, co razem brzmiało zupełnie inaczej niż na płycie, jakoś bardziej żywo. Anna potrafi nawiązać niesamowity kontakt z publicznością, wciągnąć ją w opowiadaną muzycznie historię. Zaśpiewała też kilka piosenek z wcześniejszych płyt (wybaczcie, ja pamiętam koncert jak przez mgłę, nie mogłam po prostu uwierzyć, że to się wszystko działo na skutek mojego jednego maila dwa miesiące temu) oraz Śnieg J. Przybory & J. Wasowskiego, z genialnym chórkiem jaki stworzyli chłopcy instrumentaliści. Jedyne czego żałuję, to to, że nie zorganizowałyśmy koncertu w co najmniej dwa razy większej sali. Jeszcze przed samym koncertem kolejka stała pod drzwiami i fani z nadzieją, że się uda wejść. A tu dopisali wszyscy, cały korpus dyplomatyczny potwierdził, więc nawet nie było szansy, że się zwolni jakieś miejsce. A trochę na to liczyłyśmy ;) Bo to był koncert podsumowujący polskie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej, stąd priorytet. I nawet nie komentuję niektórych wpisów na FB, że "smietanka dublińskiej Polonii" tam się zgromadziła. Przyszli ci, którzy po prostu w porę pomyśleli o kupnie biletu, czyli jakieś 330 osób miało taką okazję oprócz zaproszonych oficjeli. Ale co ja się będę stresować, kiedy wciąż buzia i serce mi się śmieją. Anna dała czadu wokalnie, a chłopcy instrumentalnie (Marek Napiórkowski, gitara; Robert Kubiszyn, bass; Paweł Dobrowolski, perkusja oraz Krzysztof Herdzin, klawisze, harmonijka i cała reszta na czym da się zagrać ;) I żeby nie było, nie tylko jestem bardzo subiektywna, ale powtarzam recenzje od ludzi. Dotego mogę całkowicie uczciwie dodać, że prywatnie (plus managerka Joanna, dźwiękowiec Andrzej i szef sceny Piotrek) również są fantastyczni i bardzo otwarci na współpracę :) A na zakończenie dodam, że już powstał mi w głowie cdn :) Aha, jak już puszczą tutaj w radio to, co Anna dla nich nagrała podczas tego pobytu, to i Wam podeślę linka. Przepiękne!

A pod spodem kilka fotograficznych perełek z Miśkowego obiektywu.

Serdecznie, nocnie, pamiętając, że marzenia się spełniają.

niedziela, 16 października 2011

Czy ja kiedyś mówiłam, że nie uznaję cover'ów? To tylko oznacza, iż mam rację, w myśl zasady, że wyjątek potwierdza regułę.

piątek, 10 grudnia 2010

Dzisiejszej nocy byłam świadkiem historycznego wydarzenia, upadku Shane'a MacGowan'a. The Pogues są już historią, Shane poszedł do lamusa. Tego się nie da opisać co widziałam na własne oczy, za 60 euro! Będzie krótko, bo idę spać. Mieli zacząć o 21.00, zaczęli o 22.00, tym, że Shane MacGowan został wprowadzony na scenę przez swoich dwóch zespołowych kolegów. Przepraszam za słownictwo, ale był najebany jak meserszmit, nie mógł ustać na własnych nogach. Zataczał się, przewracał, pluł, pet zwisał mu z gęby. Naprawdę, równie dobrze mogli wprowadzić jakiegoś menela z O'Connell Street, nie byłoby widać żadnej różnicy. Posadzili go na jakimś pudle, a jeden koleś go podtrzymywał. W którymś momencie nie dał rady ujarzmić  "gwiazdora" w pijackim bełkocie, więc ten runął z tego pudła na ziemię jak długi. Sala zamarła. Wstał, otrzepał się i dalej coś bełkotał, ale co, nikt nie wie. Widać bylo jak pozostałych dziesięciu chłopa spala się ze wstydu, wiedząc, że muszą zagrać cokolwiek. Byli piękni, pięknie też się postarali zagrać kilka sławnych kawałków. Wokalista zaniemógł kilkakrotnie i trzeba go było wyprowadzać. Potem było widać jak awanturuje się za sceną, że chce iść z powrotem, a że nie był w stanie, to zmuszał kolegów by go wprowadzali. Żenada, porażka, brak mi słów żeby opisać. Nie wiem kim był ten, który śpiewał zamiast legendy the Pogues, ale się starał i wyglądał do tego superancko elegancko. Tylko, że ten gwiazdor mu tylko przeszkadzał swoim niekontrolowanym skowytem. Widać było, że panował w zespole chaos, że sie wstydzili, i stawali na głowie, bo potężna publiczność nie odpuszczała. No bo przecież wystarczy usłyszeć pierwsze nuty jakiejkolwiek piosenki The Pogues, bo resztę i tak się samemu dośpiewa... Ta szopka trwała godzinę (a ponoć wczorajszy koncert 2,5 i był świetny!), Fairytale of New York nie doczekałam się w ogóle. A po ostatnim takcie ostatniej piosenki akordeonista nie wytrzymał, i jak - znów przepraszam za słownictwo - pierdolnął akordeonem to huk tylko poszedł po sali. Potem chłopcy grzecznie przeprosili i wyszli. Bisów nie było. Wracając do domu ostatnim autobusem powtarzałam sobie w głowie jedno zdanie - Never ever meet your heroes!

Przed koncertem gdzieś przeczytałam, żeby zachować bilet, bo posiadanie owego z The Pogues może być niebawem nielada intratne. Ale nawet gdyby kiedyś było, nie oddam za nic biletu, który zaserwował mi bycie świadkiem upadku The Pogues. Wciąż nie mogę uwierzyć. Idę spać.

You're a bum
You're a punk
You're an old slut on junk
Lying there almost dead on a drip in that bed
You scumbag, you maggot
You cheap lousy faggot
Happy Christmas your arse
I pray God it's our last

niedziela, 09 maja 2010

Ale po sąsiedzku, zza wschodniej portugalskiej granicy (Hiszpania), wyemigrowanej nieco na północ (Francja). Odkrywam Manu Chao z każdym dniem na nowo, jeszcze bardziej intensywnie. To chyba szaleją emocje... i miłość do chłopców grających na gitarze ;) Dalsze zdjęcia z Portugalii też będą, ale nie dzisiaj. Dzisiaj Desaparecido i kawałek Buenos Aires. Tam też jest bosko!

Ajjjj...

sobota, 09 stycznia 2010

Wszystko cacy, że Bad, że Handsome, ale dlaczego odrazu Big? Ja jakoś mam sentyment do tych mniejszych. A na zupełnie poważnie sobotniego poranka w pięknie zaśnieżonym Dublinie, rozkochałam się w Imeldzie May na dobre. A niektórzy coś wiedzą na temat czym to grozi, kiedy OFFca się rozkocha, i to na dobre ;-)

Tak więc zamiast oddawać się wersetom z zapijaczonego Świetlickiego, mając również w pamięci nierozdziewiczony jeszcze Night Train To Lisbon, siędzę od rana na youtube i oglądam/słucham wszystko co związane z Imeldą. Czuję się jednak trochę jak wyrodna kochanka, bo kilka dni temu zakochana byłam w Amalii Rodrigues, Miraldinie Do Cormo i generalnie w fado, nie wspominając, że ciut przed nimi kochałam (electro)tango, Mercedes Sosa i pewnie kogoś tam jeszcze przy okazji. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że jak raz się zakocham, to kocham już po grób, choć na codzień spokojnie mogę żyć z kimś innym. Ah, i kocham zbiorowo, i Bad i Handsome, może tylko trochę rzadziej...  ;-)

piątek, 12 czerwca 2009

W całą minutę i 31 sekund, podobno styka. Słonecznego wikendowania kto może.


poniedziałek, 18 maja 2009

A nic, tak tylko chciałam komuś pokazać, że kiczowata i komercyjna z natury Eurowizja też może czasem odwalić kawał dobrej roboty, czyli  na przykład umożliwić o takim perełkom ujrzenie światła dziennego:

 
1 , 2