O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Misz Masz

niedziela, 19 listopada 2017
sobota, 25 marca 2017

Nowe idzie, nowe, wszystko nowe idzie od jakiegoś czasu, tylko tego czasu mało jakoś. Nie wiem czy to tylko moje odczucie, że życie jakoś pędzi ostatnio w zastraszającym tempie, że - jak to mawiał znajomy dawno temu - nie ma kiedy taczki załadować. To ja tak mam właśnie, tyle, że dorobiłam się nowej taczki (czytaj: laptopa), więc na brak dobrych narzędzi nie mogę już narzekać, jeżeli o kwestię blogowiska chodzi. Właśnie rozdziewiczam swojego nowego Asuska, w nowym domu, z nowym członkiem rodziny wtulonym w mój bok i jestem bardzo zadowoloniona :) Jest szansa, że będę teraz częściej tu zaglądać. Szansa tylko, mówię. I nie mylić z Szantą / Szantilką / Szatanem :P

Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić, że ta królewna sypiała kiedyś na ziemi w schroniskowej celi gdzieś w Kerry. Ona zresztą też chyba już nie. A Wy możecie być pewni, że jak tylko ogarnę Asuska i wgram w niego wszystko z ajfona, to zobaczycie tę słodziaszkę jeszcze nie raz ;)

Tymczasem w Irlandii słońce świeci bezwstydnie. Wiosna, panie sierżancie!

sobota, 30 kwietnia 2016

Przypomniało mi się dziś, że mam bloga. Wiem, brzmi to okropnie ze wpisu na wpis (nie mylić z PiSem bleeeee :/ ) ale nic poradzić na to nie umiem. Zatrzymałam się na lutym i wpisie o Excentrykach, włączyłam więc tę płytę, żeby zachować wątek, choć tak naprawdę żeby poczuć się lepiej w tej swojej Blox-owej ignorancji. Luty się skończył, marzec minął, ba, kwietnia dziś dzień ostatni. Po 25-tym ani już widu ani słychu. Z ciekawości zajrzałam dziś na pierwszą stronę Ofczusi i rozrzewnieniem stwierdzam, że we wrześniu minie 10 lat, całe okrąglutkie 10! Koniec świata normalnie. Ofczuś jest już dawno Myszą i na dokładkę jeszcze żoną, trzydziesto-siedmio już letnią aaaaaa ;)

Urodziny miałam niezwykłe w tym roku. To znaczy takie zwykłe, że aż niezwykłe. Mąż mój bawił w Polsce w tym czasie, co było zaplanowane już dawno. Połowę tych baletów miał spędzić u swojej teściowej, ha!, czyli Maminy mojej jedynej ukochanej. Miał załatwiać swoje ważne sprawy, które akurat w Olsztynie trzeba było załatwić, a przy okazji pomóc przy remoncie szajerka/garażu w Bartążku, co też summa summarum uczynił. Ale zanim jeszcze wyleciał, wpadł na niecny pomysł. Niecny, nie niecny, koniec końców wspaniały. Mysza, ja mam urodziny w kwietniu (12-go, ukochany mój Baran!), Ty masz urodziny w kwietniu (ten sławetny już 25-ty ;) , ja muszę lecieć do Polski na dwa tygodnie, no bo wiesz, to może i Ty dolecisz chociaż na przedłużony wikend? Tak zagaił mój Mąż wieczorem kilka dni przed wylotem. Trochę mnie zamurowało, bo nawet mi do głowy to nie przyszło, a bardziej chyba zmierziło, no bo kto da mi urlop z dnia na dzień w nowej od miesiąca pracy?!? W każdym razie, nazajutrz miałam już zakupiony bilet i to w bardzo przyzwoitej jak na tygodniowe wyprzedzenie cenie, o czym dowiedzieli się wszyscy... oprócz mojej Maminki :) Chodziłąm jak na szpilkach przez ten tydzień i starałam się ze wszystkich sił co by jej nie wygadać, a blisko już było. Ostatni raż taką niespodziankę uczyniłam Maminie w 2005 roku, kiedy jako sołtys organizowała bal we wsi z okazji 670-lecia istnienia wsi tejże. Zacierałam łapki i czekałam z niecierpliwością. W końcu nadszedł wyczekiwany poranek kwietnia 22-go kiedy wylądowałam na Okęciu. Potem jeszcze 2,5 godziny w bardzo przyzwoitym pociągu i dotarłam do Olsztyna. Na koniec taksówka do Bartążka (Mąż zgodnie z planem siedział na dachu remontowanego szajerka; tylko nie pytajcie co to jest szajerek! :P ) Tadaaaam. Taksówkarz musiał poczekać na swoje 20 złotych, bo ja nie miałam już żadnych złotówek, a Mamina, zanim mi je dała,  przecierała oczy w oknie kilka dobrych minut. W końcu widziałyśmy się niecały miesiąc wcześniej, bo gościła u nas w Dublinie na Wielkanoc, i nie spodziewała się dziecka do jakichś letnich wakacji. Niespodzianka udała się wybornie, uściskom i radościom nie było końca, a wieczorem pojechaliśmy wszyscy na szantowe śpiewanie do olsztyńskiej Kotwicy. Dla takich chwil warto żyć, naprawdę, tak cholernie warto. Zagrali Żagle po raz drugi specjalnie dla mnie oraz IX Pieśń Gałczyńskiego, najpiękniejszą na świecie.

A w poniedziałkowy poranek, w swoje piękne urodziny (jestem nauczona od dziecka, że 25 kwietnia to jest przepiękny dzień) obudziłam się rano i miałam w domu ich obydwoje - Mężulka i Maminkę oraz wielki bukiet tulipanów z bartążkowego ogródka. Najpiękniejszy kwiecień świata :)

czwartek, 04 lutego 2016

Tak sobie czasem rozmyślam o blogowaniu i tęsknię do czasów kiedy przychodziło mi ono lekko. Pojawiała się myśl, temat, podróż, a post sam się układał w głowie i ja go potem tylko wpisywałam w szablon. Teraz są i myśli i tematy i podróże, ale jakoś ich opisywanie nie przychodzi mi naturalnie. Nie wiem, może kiedyś znów coś 'kliknie'. A zanim to nastąpi i znów zacznę pisać elaboraty, pochwalę się Wam, że miniony wikend (przedłużony, bo od czwartku) spędziłam z moimi Zuzami w Krakowie. Było cudnie, po prostu cudnie. Stwierdziłyśmy jednogłośnie, że się starzejemy, bo jeszcze nie tak dawno każdy wspólny wyjazd stał pod znakiem 'od jednego bar do baru' z przerwami na zwiedzanie okolicy rzecz jasna. A tym razem kino, teatr, muzeum, kolacja i nawet na drogę do pociągu (jechałyśmy z Warszawy) nie wzięłyśmy żadnej flaszeczki! Koniec świata normalnie ;) Fakt, że temu kinu i teatrowi sprzyjały polskie okoliczności (trudno przecież iść do kina spędzając trzy dni na przykład w Rumunii), nie zmienia to jednak faktu, że zachowywałyśmy się bardzo statecznie i nad wyraz spokojnie jak na nasze możliwości.

Hitem okazali się Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, film Janusza Majewskiego, zrealizowany na podstawie pięknej (choć nieco przerażającej, patrząc na to, co aktualnie dzieje się w Polsce) historii, przepięknie opisanej przez... polonistę z mojego LO w Olsztynie, Pana Włodzimierza Kowalewskiego, ha! Film jest naprawdę wyjątkowy, jeden na milion w polskim kinie. Młody Stuhr, Dymna, Pszoniak, Zborowski, Ferency, nawet Sonia Bohosiewicz i nieznana mi wcześniej Natalia Rybicka, wszyscy, naprawdę wszyscy zagrali rewelacyjnie i razem stworzyli perełkę w polskiej kinematografii. Szykowałam się na ten film już od dłuższego czasu i skorzystałam z okazji, że byłam w Olsztynie na święta - kupiłam książkę Pana Kowalewskiego. Wstyd przyznać (chociaż w sumie czemu wstyd?) ale nie czytałam wcześniej żadnej książki naszego nauczyciela, ba, nie wiedziałam nawet, że on w ogóle książki pisze! Pamiętałam go z zastępstwa, kiedy nasza Rzepcia była chora przez kilka tygodni, ale do tej pory nie było to najcieplejsze wspomnienie. Pamiętam, że wszedł do klasy, zrobił rozeznanie na jakim etapie jesteśmy w realizacji programu, po czym... zaczął pytać z gramatyki aaaaaaa ;) Jako, że my w większości artyści i literaci z natury byliśmy w naszej klasie, a Rzepcia odkrywała przed nami świat Marqueza, Cortazara, Conrada i Tokarczuk, nie w głowie nam były lektury obowiązkowe, tym bardziej gramatyka. W każdym razie nie rozbiór gramatyczny zdania i wszystkie inne związane z nim regułki. A tu nagle trzeba te zdania rozbierać na części, huh! Było to jednak już bez mała dwadzieścia lat temu, a Pan Kowalewski zakończył swoją nauczycielską przygodę w LO II w 2007 roku, mnie natomiast urzekł jego styl, język oraz powieść Excentrycy, także wspomnienia mam już li tylko najmilsze; oczywiście zamierzam też kupić i inne jego powieści. W ogóle Pan Kowalewski współtworzył scenariusz razem z Januszem Majewskim, także film i książka są naprawdę podobne i równie wspaniałe. Nie będę Wam opowiadać, obejrzyjcie zwiastun, a potem KONIECZNIE przeczytajcie książkę oraz obejrzyjcie cały film. Nie pożałujecie tego powrotu do Polski z czasów głębokiej komuny i przekonacie się, o zgrozo!, że podobny scenariusz próbuje w XXI wieku, w tej samej Polsce, realizować jedna, jedynie słuszna partia... Tfu! No i ten jazz, swing, jazz i swing! Polecam.



Ale o czym ci ja Mości Panie... Aaa, Kraków! Poszłyśmy też do Teatru Bagatela na sztukę Sex dla opornych. Nie wiem, może rzeczywiście trzeba mieć ten problem, żeby się z nim identyfikować i potem bić brawo i rechotać na przedstawieniu, może. Ja go nie mam, nie urządzam też sobie z mężem dzikich awantur, nie roszczę o nic pretensji, ciężko mi więc się identyfikować. Poczekam 25 lat, wtedy pewnie będę miała więcej do powiedzenia w temacie ;)

No i muszę jeszcze wspomnieć o Szufladzie Szymborskiej, czyli zaplanowanej na 4 lata (do 31.01.2017) wystawie w Muzeum Narodowym w Krakowie, poświęconej rzecz jasna Poetce. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. Chciałam Wam wkleić link, bo strona zaprojektowana jest rewelacyjnie, ale nie działa mi formuła wklejania, której nauczyłam się 10 lat temu. Pewnie blog, w przeciwieństwie do mnie, poszedł z postępem... Nie ukrywam, że tak naprawdę odkryłam Poetkę dopiero po Jej śmierci, kiedy zewsząd otoczeni byliśmy Jej poezją i wspominkami o Niej, mimo że wspomniana wyżej moja polonistka Rzepcia była Jej wielką miłośniczką (tak samo namiętnie paliły papierosy ;) i próbowała w nas tę miłość zaszczepić już dwie dekady temu. Przeczytałam jakiś czas temu Pamiątkowe rupiecie Pań Szczęsnej i Bikont, biografię, czytałam wiersze Poetki rzecz jasna oraz Błysk rewolwru, obejrzałam kilka wykładów Bronisława Maja i Teresy Walas poświęconych Poetce, a wizyta w Szufladzie była naturalnym dopełnieniem mojej z nią przygody. Raptem dwie salki pełne bibelotów, książek i pamiątek, ale jakich! Przeszło mi tam przez myśl, co pozostanie po mnie kiedyś... Siedziałyśmy sobie z Zuzami na kanapie i czytałyśmy wiersze z tomików udostępnionych zwiedzającym. Cudowność. Na zakończenie zakupiłam w muzealnym sklepiku świeżutko wydaną, napisaną przez Pana Michała Rusinka, byłego sekretarza Szymborskiej, książkę Jej poświęconą - Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej. A żeby było jeszcze śmieszniej, kilka godzin po powrocie z Krakowa włączyłam Trójkę, w której Pani Baszka Marcinik akurat rozmawiała z Panem Rusinkiem o tej książce właśnie i już w trakcie audycji... wygrałam egzemplarz z autografem. Powinnam chyba wspomnieć przy okazji, że dużo rzeczy ostatnio wygrałam. Płyta z muzyką z Excentryków od Wydawnictwa Marginesy dopiero 'idzie' pocztą. Ale w domu już mam kilka książek z Trójki, Dużego Formatu, płyty z jazzem z Polityki i nawet klocki z loterii podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie wspominając już o diamentowych kolczykach z International Charity Baazar. W horoskopie piszą, że mam zagrać w totka ;)

Widzicie więc, że Kraków był magiczny, to znaczy jest. I że czas z moimi Zuzami jest wyjątkowy. Szwendałyśmy się po Wawelu, Kazimierzu, jadłyśmy żydowskie potrawy, piłyśmy grzańca i oczywiście gadałyśmy bez wytchnienia. Świat bez Zuz byłby potwornie ubogim światem!

A dziś nasmażyłam faworków. Mówcie co chcecie, ale moje faworki są NAJLEPSZE na świecie! Dobranoc :)

czwartek, 07 stycznia 2016

Halo halo, dzień dobry w 2016 :)

Nie wiem czy ktoś tu w ogóle jeszcze zagląda, ale jak tak, to niech przyjmie ode mnie serdeczne życzenia noworoczne. Żeby kolejne 12 miesięcy obfitowały w same tylko miłe niespodzianki. Zdrowia i miłości, tyle nam do życia potrzeba (i podróży, i wina, i kilku jeszcze innych rzeczy pewnie ;)

Przed chwilą dopiero się zorientowałam, że nigdy nie upubliczniłam zdjęć z naszych wojaży po Cabo Verde. Tak więc jeżeli ktoś ma jeszcze ochotę na wspominki oraz pogrzać się trochę w kabowerdyjskim słońcu, to zapraszam do zakładki po lewej.

Ja chwilowo nie mam czasu, bo nawiozłam książek z Polski.

Do zobaczenia :)

niedziela, 22 lutego 2015

A dzisiaj z innej beczki. Szukam mądrych głów od tygodnia, nie mogłam więc pominąć tych, które tutaj jeszcze zaglądają ;) Mamy bowiem z Przyrzeczonym nie lada zagwozdkę odnośnie zbliżającego się naszego wesela (taaaaa daaaaam, a ja głupia myślałam, że jak ma się już salę, księdza, orkiestrę, fotografa, listę gości i sukienkę u krawcowej, to więcej problemów już nie ma!). Chodzi mianowicie o dzieci!! Rzecz jasna, że nie o nasze, ale te z rodziny i od znajomych. Zapytam więc wprost - zaprasza się owe na wesele, czy nie? Bo nie ukrywam, że zgłupiałam już do reszty guglując ten temat. Nie ukrywam również, że do zeszłego tygodnia mi osobiście do głowy by nawet nie przyszło żeby jakiekolwiek dzieci na liście gości umieszczać.

Ale po kolei.

Po pierwsze, nie jest odkryciem na miarę Kolumba to, że w naszym wieku wiele ludzi już ma potomstwo, niektórzy nawet bardziej liczne.

Po drugie, dzieci z obu rodzin (sześcioro do kupy, wszystkie poniżej lat 7) zostały już przedyskutowane i musiałam ulec, czyli je uwzględnić. No fair enough, w końcu one też są naszą rodziną. Różnica jest tylko taka, że dzieci z mojej rodziny są mniej więcej na miejscu i po 20-stej zostaną oddelegowane do babć/nianiek/znajomych, co z resztą zasugerowali sami rodzice chcący się po prostu wybawić. Dzieci z drugiej rodziny niestety ale nie będą miały możliwości być nigdzie oddelegowane, będą więc zdane tylko na swoich rodzicieli, którzy zakładam są tego świadomi podejmując decyzję, aby te dzieci w ogóle ze sobą zabierać w podróż na drugi koniec Polski (konia z rzędem temu kto mnie przekona, że dwu czy trzy latek pójdzie grzecznie sam spać w hotelowym pokoju pozwoliwszy tym samym rodzicom popić wódkę).

Po trzecie, na ilu weselach byłam u nas na Warmii, o ilu słyszałam, nigdzie nie spotkałam się z sytuacją, żeby ludzie zabierali swoje dzieci na wesele do znajomych. Ba, do głowy by mi nawet nie przyszło, że znajomy mógłby w ogóle oczekiwać, że zaproszenie go z żoną/mężem/partnerem obejmuje też dzieci (wyobraźcie sobie, że wszyscy przyjeżdżają całymi rodzinami; potrzebna by była druga sala; no chyba że gdzieś w Polsce sadza się dzieci do stołu z dorosłymi?!? Powiedzcie mi!)

Po czwarte, słyszałam o sytuacjach, kiedy ludzie postanowili zabrać na wesele do znajomych nie tylko swoje dzieci, ale także... swoich rodziców, w sensie że do opieki nad tymi dziećmi. Nie wiem z której strony ugryźć tego grzyba, ale jakby ktoś zdecydował tak do nas, do zamkniętego ośrodka (my zapewniamy gościom wikt, opierunek i zabawę nad jeziorem przez dwa dni) to nie bardzo bym wiedziała jak się zachować (i nie chodzi wcale o pieniądze, choć płacimy za głowę niezależnie kogo do tego ośrodka zaprosimy w ten wikend), mając świadomość, że my tu jemy, pijemy i hulamy, a tam czyiś rodzice co, o czipsach i herbacie siedzą z tymi dziećmi? Czy spacerują po zagrodzie i się przyglądają? Nie umiem sobie tego wyobrazić. Dobra, nie ukrywam, uważam że to gruba przesada coś takiego w ogóle proponować!

Po piąte, na weselu leje się wódka i toczą rozmowy dorosłych. Wesela u nas zaczynają późnym popołudniem i trwają do 6 rano, dosłownie. A o 10 rozpoczynają całodniowe poprawiny, też z wódką. Taka impreza nie jest według mnie miejscem dla dzieci.

Po szóste, doszły mnie słuchy, że są tacy, którzy organizują na swoich weselach jakieś pokoje zabaw, animatorów kultury, nianie i inne atrakcje itd. Sorry, ale mam nadzieje, że nikt z moich gości czegoś takiego ode mnie nie oczekuje.

Po siódme, na weselu będą w większości nasi bardzo bliscy znajomi i przyjaciele (mówię o tych, których kwestia małych dzieci aktualnie dotyczy), czy naprawdę nie mogą więc rozstać się ze swoimi dziećmi na jeden wikend i spędzić go ze nami? No chyba, że naprawdę nie ma z kim zaufanym tych dzieci zostawić, to wtedy jak najbardziej, coś zorganizujemy.

Po ósme, liczbę miejsc mamy naprawdę ograniczoną, co jest związane li tylko z kubaturą sali i ilością miejsc noclegowych. Nie jesteśmy po prostu w stanie zaprosić więcej niż 130 osób wszystkich razem. A mamy sporo takich znajomych, których też byśmy chcieli zaprosić, ale jeszcze nie wiemy czy się uda (podkreślam, li tylko logistyczna kwestia!), mamy więc też rezerwową listę, jakkolwiek to okropnie brzmi. Czy jest więc faux pas z mojej strony, że wolałabym takiego znajomego ugościć na swoim weselu (z partnerem, czyli razy dwa) niż dziecko innego znajomego?

Po dziewiąte, rękę dam sobie uciąć, że jak małżeństwo się jednak zdecyduje zabrać ze sobą potomstwo, to wcześniej czy później dojdzie do awantury. Bo dziecko samo nie będzie chciało zasnąć na górze w obcym miejscu, a mąż zapewne nie będzie skory, aby to swoje dziecko całą noc usypiać, kiedy wódka się leje na dole i orkiestra przygrywa. Czyli na drugi dzień będziemy mieli naburmuszone żony i wcale nie poczuwających się do winy mężów.

Po dziesiąte, ja naprawdę bardzo lubię dzieci, tyle że dalej uważam, że wesele to nie jest miejsce dla nich.

Mylę się? SOS, doradźcie proszę!

P.S. Przyrzeczony wymyślił w pewnym momencie, że napiszemy w nawiasie na zaproszeniu 'bez dzieci' hahaha, żeby tylko jak stwierdził zasugerować grzecznie. Oczywiście go skarciłam, bo taka dyskryminacja za żadne skarby nie wchodzi w rachubę, a zasugerujemy właśnie nie pisząc nic. Poza tym, na zupełnie poważnie, ja bardzo kocham i szanuję swoich przyjaciół oraz znajomych i nie wybaczyłabym sobie gdyby ktoś z nich miał do mnie żal albo co gorsza się obraził. Ja tylko po prostu nie rozumiem jak ktoś może w ogóle uważać, że zabieranie dzieci na imprezy dla dorosłych jest okej, tym bardziej na wesela do znajomych. Albo słyszałam rozczarowanie w głosie, że będzie trzeba w takim razie dziecko oszukać i nie zdradzać dokąd się jedzie, bo inaczej ono nie zgodzi się zostać w domu z babcią... Kurcze, chyba na serio czasy się zmieniły, bo mi Mama po prostu mówiła, że jedzie tu czy tam ze swoim towarzystwem, a ja zostaję na dwa dni z babcią, czy ciocią. Ja po prostu rozumiałam.

niedziela, 21 grudnia 2014

Dzień dobry, czy ktoś tu jeszcze zagląda?

Zapominam, że mam bloga. A jak mi się przypomni, to stwierdzam, że wyszłam już z wprawy zgrabnego składania słów, wtedy znów zapominam. Ot i tak to wygląda, żeby z błędu wyprowadzić tych, którzy myślą, że nieszczęścia się u mnie dzieją, czy inne niewiadomocosie. U mnie to chyba na odwrót jest, piszę jak czuję się samotna, albo że nikt mnie nie rozumie. Taki o ze mnie literat haha.

Zatrzymałam się chyba gdzieś na etapie Malty, czyli października. Sympatyczny kraj ta Malta, ale Gozo jest według mnie o wiele bardziej sympatyczne i tam w sumie najbardziej nam się podobało. Cisza, przestrzeń, spokój, widoki. Wynajęliśmy skuter i szusowaliśmy sobie po tych bezdrożach (no prawie bezdrożach), a jednego dnia popłynęliśmy na całodniowy rejs wokół Gozo i Comino. Dzięki Bogu wykupiliśmy ten rejs z Gozo właśnie (łódź niewielka, towarzystwo jakichś 15 osób do obiadu i dosłownie 6 po obiedzie), bo kiedy zobaczyliśmy ilość i jakość łodzi (a raczej ich zawartości!) przypływających z Malty i cumujących na The Blue Lagoon o 10 rano, to Bogu dziękowaliśmy, że nie ulegliśmy żadnemu naciągaczowi w Sliemie, gdzie spędziliśmy dwie noce zanim udaliśmy się na Gozo. Koniec końców w Sliemie nocowaliśmy także ostatnie dwa dni, bo mieliśmy przygodę z naszym romantycznym wypadem do winnic i pałacu, z których uciekaliśmy pod osłoną nocy, jako że nie były za grosz romantyczne, a wręcz nawet trochę przerażające haha. Frycowe jednak zapłaciliśmy, ale też utwierdziliśmy w przekonaniu, że tandem tworzymy wspaniały. Wracając do Malty, większość wybrzeża jest wybetonowana, stoją wielometrowe hotele, przy nich ogromne baseny, a w basenach ludzie z którymi nam w podróżowaniu nie po drodze. Restauracje serwują głównie hamburgery, pizzę  i makaron (ogromne wpływy włoskie są na Wyspach Maltańskich faktem niezaprzeczalnym), ale takie typowe pod turystę, czyli à la UK czy Irlandia. Dlatego wyobrażacie sobie jacy byliśmy szczęśliwi, że wypłynęliśmy w rejs z Gozo tak wcześnie rano, że opuszczaliśmy Comino w momencie kiedy te spalone słońcem hordy masy turystycznej wysiadały z łodzi, na których dudniło umca umca aaaaaaa. Na Malcie podobała mi się za to bardzo Valetta, Mdina zresztą też, ale generalnie brakowało mi głębszych refleksji, których szukam podczas moich podróży i które są głównym ich celem. W każdym razie byłam, zobaczyłam i mało prawdopodobne, że tam powrócę. Tymczasem wciąż szukam inspiracji na podróże AD 2015 i coraz bliżej jestem tego, aby urządzić sobie prawdziwą zimę na kilka dni w styczniu lub w lutym, w miejscu najmniej popularnym wśród miłośników zimy. Aktualnie pracuję nad Ł bo jego ciągnie do Szkocji eeee ;)

Ah, zaraz po powrocie z Malty polecieliśmy na kilka dni na Dolny Śląsk. Mieliśmy naprawdę tylko kilka dni, więc po górach za bardzo sobie nie pospacerowaliśmy, ale zobaczyliśmy się za to z Maminką, spędziliśmy cudowną noc u Cioci Marianki w Świdnicy, zwiedziliśmy Zamek Książ pod Wałbrzychem, no i zjedliśmy obiad w Odessie, sławetnej żydowskiej knajpie w Karpaczu, ha!

W międzyczasie napisałam dwa kolejne egzaminy do swojego dyplomu z Advanced Legal Studies, ale czy zdałam, to jeszcze nie wiem. Zakładam jednak, że jestem już w 3/4 wykwalifikowana w temacie. Jeszcze tylko dwa moduły i znów wrócę do swojego normalnego życia, bo póki co żyję trochę z zamkniętymi oczami i walczę ze zmęczeniem materiału. Z drugiej strony, odnalazłam się za to trochę w kuchni...jest nowy folder w folderze w zakładkach po lewej :)

Tymczasem uciekam do lepienia pierogów z kapustą i grzybami. Paaaaa

sobota, 13 września 2014

Podobno mam w sobie złość. Nie smutek, żal, tęsknotę, czy inne nieszczęścia jakie mogą u człowieka z znienacka zagościć, ale złość, zwykły wkurw. Tak mi powiedział chiński doktór, do którego się udałam jako ostatniej deski ratunku po tym, kiedy 3 tygodnie od powrotu z polskich upałów, po wizycie u internisty, zestawie antybiotyków i wizycie u laryngologa dalej bolało mnie gardło, a do tego powróciły dolegliwości gastryczne i zjadłam na tę okazję kolejne opakowanie chemii. Dziś już mogę powiedzieć, że Pan Chińczyk uratował mi życie (akupunktura, bański, masaże i zioła), ale i tak będę do niego wracać raz w tygodniu oraz pić zioła przez kolejnych kilka bo są zbawienne. No i wkurw zelżał podobno.

A pierwszy wieczór po pierwszej wizycie wyglądał tak... Dzwonię do L od razu po wyjściu od doktora i pytam, czy mamy w domu garnek żeliwny albo emaliowany, żeby tylko nie aluminiowy (ziół nie wolno gotować w aluminiowym!). On mówi, że nie mamy, ale jak wezmę autobus do Blanchardstown Shopping Centre to on tam podjedzie i pójdziemy do TKMaxx'a. Dawno już myślał o żeliwnym garze do pieczenia mięs, więc teraz jest okazja. Obeszliśmy cały sklep, ale oprócz jednego wielkiego żeliwnego i czerwonego gara nie było akurat nic co by spełniało wymagane przez zioła kryteria, a na dokładkę ja sobie wymyśliłam, ze jak już mamy inwestować w garnek, to wolę kolor zielony bo zbyt dużo czerwieni u nas w kuchni ostatnio. Od słowa do słowa, doszliśmy do wspólnego wniosku, że L rozejrzy się za garnkiem jutro w innych sklepach, a ja dziś ugotuję zioła w...naczyniu żaroodpornym! No w końcu lepsze szkło niż aluminium! Poza tym naczynie to mam jeszcze z początków emigracji i gotowałam w nim na gazie wielokrotnie, pomysł więc wydał mi się podwójnie świetny. Po powrocie do domu stwierdziłam natomiast, że zapomniałam jak te zioła mam przyrządzić, bo akurat to tłumaczył mi doktorowy asystent, którego angielski jest bardziej chiński niż angielski, ale przecież pokazał mi też ichnią stronę w internecie, a tam są obrazki, ha! Generalna zasada jest taka, że zioła najpierw się moczy, a potem gotuje w zależności ile zaleci doktor (jakie zioła i dla kogo to indywidualna sprawa rzecz jasna), a że ja nie pamiętałam ile mi zalecił, postanowiłam wyciągnąć średnią z informacji podanych na stronie, a na drugi dzień iść dopytać doktora. Namoczyłam, wstawiłam i poczęłam czytać o medycynie chińskiej, a L poszedł spać ugotowawszy wcześniej wielki gar rosołu z jakiegoś staropolskiego przepisu, na bogato (cała kura, żołądki, czy woła kawałek, już nawet nie wiem, w każdym razie czas i serce włożył do tego gara też). I nagle czuję smród, taki potworny smród, zrywam się więc i pędzę do kuchni i na moje szczęście, że tak późno się zerwałam. Naczynie żaroodporne eksplodowało bowiem zanim dobiegłam. Dym i smród opanowały nagle całe mieszkanie, a zwęglone zioła i szkło frywolnie i poetycko rozpierzchły się po całej kuchni, nie omijając oczywiście gara z rosołem staropolskim...

L nie odzywał się do mnie do południa dnia kolejnego, po czym zakomunikował, że dziś ja gotuję (kupiłam więc kolejną kurę, sic!), a Mama moja się za głowę złapała kiedy jej to wszystko opowiedziałam: Dzieciaku, z 20 lat aluminiowych garnków już nie widziałam, mogłaś każdy jeden użyć jaki masz w domu.

A ja? Wierzcie albo nie, czułam spokój (a ten sam czerwony garnek oczywiście kupiliśmy dnia następnego) :D

niedziela, 17 sierpnia 2014

Wzruszyłam się niezmiernie przed chwilą wyjrzawszy przez okno - chmara dzieciarni wymieszanej narodowościowo bawi się w Babę Jagę. I oczywiście język polski dominuje. Myślałam, że czasy te minęły już bezpowrotnie i dzieci nie interesuje obecnie nic co nie związane z tabletem,  ajfonem, czy komputerem, ale jak widać nie do końca. Wcześniej grały w bingo, piłkę nożną i jeździły na rowerach omijając ustawione przeszkody, a wtórował im rozochocony pies jednego z nich. Widok ten przypomniał  mi moje zwariowane dzieciństwo z Bartągu, czyli czas który se ne vrati. W ogóle robię się bardziej sentymentalna z wiekiem, choć o wiele bardziej umiem być w tym powściągliwa, co też wydaje mi się zupełnie normalne. Tak samo jak mawiają, że kto za młodu socjalistą nie był, na starość świnią będzie. I chwała Panu za to, bo już się bałam, że będę miała niewyparzoną gębę do końca życia, albo jeno nostalgią emanować. Weź jednak się człowieku nie wzrusz, kiedy mężczyzna, z którym życie dzielisz opowiada ci, że spotkał dawno niewidzianą sąsiadkę, wiekową już panią (w ojczyźnie aktualnie pan bawi), a ta mu opowiadać zaczyna, że pamięta kiedy dawno temu do niej przez drzwi zaglądał, a ona cukierkami go raczyła, on zanim podziękował i uciekł, skrzętnie je liczył. I jak trzy były na przykład, to mówił, że jeszcze jeden potrzeba, bo ich czwórka rodzeństwa jest w domu... Teraz oczywiście twierdzi, że nic nie pamięta, ale ja tam tej pani wierzę na słowo. Nic mnie tak nie wzrusza i nie ciągnie do ludzi jak ich szczerość, dobroć i prostolinijność, i przyznać muszę, że te ciągoty są mi szczodrze wynagradzane - dzielę to swoje życie z mężczyzną o pięknym sercu (żeby jednak jasnym też było, nikt też tak pięknie jak on nie potrafi doprowadzić mnie do białej gorączki; Baba Jaga patrzy whaaaaaa  ;)

Bawiliśmy w Polsce przed dwoma tygodniami, na pięknej Warmii i zachodnich Mazurach, w okolicznościach niecodziennych i pewnie mało znanych przeciętnemu zjadaczowi chleba, dlatego odsyłam do zdjątek w zakładkach po lewej, co by poznał. Po raz 30 zjechaliśmy się tłumnie na wyspę Czaplakiem zwaną (wschodni kraniec Jeziora Jeziorak) i choć i tragedię przeżyliśmy, bo śmierć jednego z naszej czaplakowej rodziny, piękny to był czas i niezapomniany. Tylko cenę za te nienormalne upały płacę do dziś - od tygodnia leżę w łóżku i szprycuję penicyliną, sic! Czytam za to przecudowną książkę, którą ze sobą z kraju przywiozłam (sześć przywiozłam wszystkich), jedną z tych, które żal skończyć, dlatego się odkłada co kilka rozdziałów żeby przetrawić, żeby treść dotarła do każdej jednej szarej komórki. Mowa tu o Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931 - 1936, czyli zapiskach Kazimierza Nowaka z jego wyprawy po Afryce. Jestem absolutnie urzeczona - mądrością i czystością duchową autora, jego barwną polszczyzną i przepięknymi opisami oraz fenomenalnymi zdjęciami, jakich się od lat wielu już nie robi. Jak skończę całość to opiszę na pewno.

Tymczasem wyłączyłam telefon i wiadomości. Staram się nie myśleć co się dzieje na świecie i o tym jaki człowiek potrafi być zły i zepsuty do szpiku kości, a czasem zwyczajnie śmieszny w swojej głupocie. Staram się więc myśleć i otaczać tymi o pięknych sercach i umysłach jedynie oraz im swoją energię posyłać. Niedopuszczalnym jest bowiem żeby zły pieniądz wyparł ten dobry, prawda Apiat? A Baby Jagi niech się gapią i żal im ściska cztery litery. Po czym niech idą do pieca! :)

sobota, 10 maja 2014

Nie wiem co się dzieje, ale od kilku już dobrych miesięcy nie piłuję w soboty do południa, jak zwykłam przez ostatnie 30 lat z hakiem. Około 8:30 jestem już jak nowo narodzona, robię kawusię i czytam. L jest rano w pracy, a ja delektuję się własnym towarzystwem. Aktualnie jestem na etapie Murakamiego, trzeciego tomu 1Q84. Wszystkie trzy tomy dostałam parę lat temu, ale dopiero teraz zatęskniłam za Murakamim. Mam chyba jego wszystkie pozycje w swojej biblioteczce i uwierzycie albo nie, ale do tej pory nie przeczytałam tej najpierwszej, w twardym wydaniu, która przyleciała do mnie do Dublina w 2006, na otarcie łez, Kroniki ptaka nakręcacza. Czeka na następny czas kiedy zatęsknię za Japonią. W tygodniu to tylko tyle mogę poczytać co w autobusie, czasem przed snem chwilę, ale sobota jest cała moja. Tę i następną (jak i zresztą ostatnią też)  muszę jednak dzielić na zmianę z prawem własności i kryminalnym, bo zachciało mi się do szkoły wracać. 1Q84 to pierwsza tak surrealistyczna powieść Murakamiego, dziejąca się w dwóch światach - tym prawdziwym 1984 i równoległym 1Q84. Opowiada o dwojgu młodych ludzi, Aomame i Tengo, którzy dopiero po latach stwierdzają jak wiele ich łączy i jak bardzo za sobą tęsknią, więc zupełnie niezależnie postanawiają jeden drugiego odnaleźć, ale mieszają im się oba światy, ten rzeczywisty z równoległym. Do tego zostają zupełnie nieoczekiwanie wplątani w różne dziwne okoliczności, włącznie z oszustwem w wydawnictwie literackim, spod skrzydeł którego wyszła powieść zaczynająca nagle żyć swoim życiem oraz morderstwem przywódcy sekty religijnej. Ciekawa koncepcja narracji, czytelnik jest zmuszony poluzować trochę wodze fantazji. Wydaje mi się jednak, że trochę już wyrosłam z Murakamiego, jak wyrasta się z Janusza Leona Wiśniewskiego. A może to to, że znam jego styl już tak dobrze, tok myślenia, wrażliwość, czucie i upodobania (Murakami kocha muzykę klasyczną, jazz, softball i whisky oraz często nawiązuje do klasycznej literatury; do tego lubi się powtarzać) dlatego uśmiecham się sama do siebie co któryś akapit bo już wiem co będzie w następnym. Niemniej czytanie jego sprawia mi ogromną przyjemność. I tak sobie umilam czas przy sobocie. W międzyczasie ugotowałam, uwaga... kapuśniak! i kupiłam bilet do Bukaresztu na koniec maja. Jadę na babski długi wikend z dawno nie widzianą, acz lubianą kuliżanką i bardzo się na tę okazję cieszę. Jeszcze nic nie wiem o Rumunii i jej stolicy (no może trochę o Ceaușescu; kiedyś też widziałam super film rumuński, ale nie pamiętam tytułu), ale ze wstępnych oględzin internetowych stwierdzam, że Bukareszt to piękne secesyjne miasto. Potem przyszedł L, przyniósł mi pachnący bez i pobyliśmy razem, a teraz poszedł na piwo z kolegami. Ja natomiast otworzyłam Sangre de torro, zapaliłam kadzidełko, włączyłam Listę Osobistą, obłożyłam się notatkami z prawa kryminalnego i postanowiłam Wam szybko napisać jak bardzo jest mi fajnie w tym moim świecie. Najbardziej prawdopodobnym jest jednak, że posiedzę dziś wieczorem nad zdjęciami z wielkanocnej Maminkowej wizyty w Dublinie i naszej północnoirlandzkiej wyprawie, a potem obejrzę Medicusa :)

czwartek, 05 grudnia 2013

Zmiany, zmiany, zmiany. Od piątku jestem bezrobotna i póki co czuję się jak na urlopie, którego pierwszy tydzień spędzam w domu. Rzeczywiście nienaturalne to w moim wydaniu. W drugim tygodniu natomiast wybieram się za morze, do ojczyzny, na cały miesiąc! A po nowym roku na Maltę. Nie licząc krótkiego epizodu w UK w 2006 roku (o którym z resztą nie chcę pamiętać) oraz kilku tygodni w Polsce zaraz po studiach, jest to pierwszy właściwie od dziesięciu lat raz, kiedy jestem bez pracy. Różnica jest tylko taka, że tu i teraz mi za to płacą. Nie wiem jeszcze jak się żyje za 188 euro na tydzień, ale niebawem się przekonam... ;)

Do odejścia z Banku przygotowywałam się od niemała roku, a od kilku tygodni intensywnie. Najpierw schudłam 5,5 kilogramów, potem zmieniłam fryzurę na jeszcze bardziej odważną, a ostatniego dnia umalowałam paznokcie na czerwono, ubrałam skórzane spodnie, srebrną bluzkę z efektownym dekoltem na plecach, obcasy i o dziesiątej weszłam do pracy niczym Lucky Luke do baru, głośno i wyraźnie mówiąc dzień dobry. Miny ludzi bezcenne. Nie muszę chyba dodawać, że ostatniego dnia praca moja polegała li tylko na ogarnięciu maila i pożegnaniach. O drugiej miałyśmy zarezerwowany stolik w pięciogwiazdkowej restauracji The Marker Hotel, a potem w ich barze na dachu, z pięknym widokiem na rozświetlony Grand Canal Square. Po osiemnastej przeniosłyśmy się natomiast do centrum, gdzie w jednym z barów Bank zarezerwował salę dla reszty towarzystwa (tego dnia z mojego budynku odeszło... dziewiętnaście osób). Bal był huczny, ale wcale nie do rana, bo sił zabrakło mi już przed północą. Uratował mnie jednak książę na białym rumaku i zabrał do swojego królestwa. I odtąd żyli długo i szczęśliwie :D

Poza tym, poranki spędzam od kilku dni nadrabiając zaległości czytelnicze i filmowe, południa krzątając w kuchni (upiekłam nawet ciasto!), a po południu idę na zakupy albo festiwal filmu izraelskiego, który aktualnie trwa w Dublinie. Ciekawe ile tak wytrzymam.

No dobra, tu w kuchni krzątał się kucharz w Market Bar, ale kto by w wikend stał przy garach za darmo ;)

środa, 06 listopada 2013

Czekałam, czekałam i się dzisiaj doczekałam. Przez następne 10 lat mogę sobie latać do tej Ameryki w tę i z powrotem, kiedy tylko dusza mi zapragnie. Ciekawe czy bardzo się zmieniła koleżanka od czasu naszego ostatniego spotkania, gdy jeszcze byłam piękną i młodą studentką? Pora chyba sprawdzić.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14