O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Szkoda gadać

niedziela, 11 maja 2014

Oczywiście, że nie obejrzałam wczoraj Medicusa, ani nie obrobiłam zdjęć z Wielkanocy. Bo oczywiście przecież włączyłam transmisję z Eurowizji i udzielałam się na fejsie. OCZYWIŚCIE.

Śmiać mi się chce w głos. Polacy to jednak śmieszny naród, bo czy to wojna światowa, kwestia dżender, zawody w piłce nożnej, czy konkurs piosenki, Polacy cierpią. Cierpią jak mogą i żale wylewają, bo znów wróg się zjednoczył i chce nas wyrugować pod każdym względem. I tak naród zrobił postęp, bo nie tylko biernym Mesjaszem już nie jest, ale walecznym Winkelriedem. Nie będzie wróg pluł nam w twarz i dzieci nam niewolił! I dają czadu po internecie nie przebierając w słowach, jaka to Europa jest fe, wybrała 'to to nie wiadomo co, gówno i beztalencie z brodą', a takich jędrnych, krasnych, z absolutnym słuchem muzycznym Słowianek nie chciała. Ale hola hola, dziś się okazuje, że lud właśnie chciał, tylko jury nie. Hańba, na pohybel kłamliwej propagandzie (przecież NORMALNY Europejczyk nie wybrałby baby z brodą choćby nie wiadomo jakie talenta posiadała), przekręty jawne w tych krajach kapitalistyczną stonką wysadzanych, rodem z przedwyborczej Ukrainy manipulowanej przez Kijów. O tempora, o mores!

Wiecie co? I Bogu dziękować, że tak się stało. Polska na opiekę paliatywną i społeczną, domy dziecka, służbę zdrowia, schroniska dla zwierząt i walkę z biurokracją i korupcją niech pieniądze łoży, a najbardziej niech płacę minimalną podniesie i warunki życia normalne ludziom zapewni, to wtedy ci wszyscy głosujący z Irlandii, UK, Norwegii i Holandii do niej powrócą, a jury w tych krajach odetchnie i po 12 punktów jej przyzna w nagrodę. I żeby nie było, że do własnego gniazda sram, bo w końcu chcąc nie chcąc Polką jestem, ale mierzi mnie strasznie ta dulszczyzna i homofobia na dokładkę. A najlepiej skomentował ktoś na fejsie post jednego znajomego geja, który tak żarliwie tego Donatana i jego przaśne Słowianki promuje od kilku dni, dziś natomiast rozprawia nad oszustwem, którego Polska padła ofiarą: Człowieku, i Ty tego homofoba wspierasz?!? A mnie osobiście przeraża do tego słownictwo oraz język jakim się ludzie posługują w komentarzach, w których brak jest nie tylko składni, ale najczęściej logiki. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy jak bardzo to co napiszą o nich świadczy, o ich poziomie, obyciu i światopoglądzie. Nie chcę nikogo obrazić, ale mam wrażenie, że większość z tych oburzonych nie wyszła jeszcze mentalnie znad tej maselnicy pod słowiańską strzechą...

A z innej beczki. Wczorajszej nocy stwierdziłam też, że nic się nie różnię od typowej kobiety i żoną też będę bardzo typową. L poszedł wczoraj z kolegami do miasta, jak już wspominałam. Rzadko w sumie teraz z nimi wychodzi, bo przydarzyło nam się mieszkać na końcu świata, ale jak już wyjdzie, to też jest bardzo typowy - idzie po przysłowiowej bandzie i do samego rana. Zaufanie mam do niego ogromne, żadne lęki czy podejrzenia nie wchodzą w rachubę, tym bardziej, że jest naprawdę niezwykle mądrym i rozsądnym facetem (no a poza tym mnie kocha ;) a ja tak samo jak cenię sobie swoją wolność, staram się dawać ją partnerowi. Ale instynkt to jest instynkt. Jak stanął w drzwiach o 3:45 na chwiejnych nogach, zmrużył oczy i wybełkotał 'szzześć kochanie, a szzzemu ty jeszzzcze nie śpiszzz' to choć nie miałam przecież żadnego powodu (to przecież mój problem, że rzeczywiście nie mogłam zasnąć będąc sama w domu), miałam tak nieodpartą ochotę zdzielić go wałkiem po głowie że hej! :)

niedziela, 16 września 2012

P.S. Znów ktoś się dorwał do mojego bloga. Godzina 14-sta, a już 280 odsłon, 80% z tego samego adresu. Ciekawe, czy to na powrót te wstrętne jędze w wielkich rogowych okularach i z pypciem na nosie? Dzięki, mam się świetnie, nie rzygam i wciąż wiszę wam bajkę.

czwartek, 13 września 2012

Już miałam wyłączyć komputer, ale mnie podkusiło (czasem mnie kusi, otwarcie przyznaję) i kliknęłam w Plotka.pl. A tam huczny nagłówek - Jakie ona ma STRASZNE pięty! Co z tego, że założyła modne buty za 500 złotych... Tak, Edyta Pazura wróciła na salony.

Wiecie co, pomijając już moje osobiste zboczenie (każda kąpiel kobiety powinna się zaczynać od pięt!) i niesmak na widok niezadbanych stóp (wiwat panie latem w sandałkach!), ale kuźwa, umarłabym w tych butach za 500 złotych, gdybym siebie znalazła na takim śmietniku w takich okolicznościach. Jedno jest pewne - celebrytą to ja nigdy nie zostanę!

Dobranoc.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Smutno mi się wczoraj zrobiło, bo się dowiedziałam, że nasz Bard młodego pokolenia, polski Tom Waits, Marcin Różycki rocznik 1976, umarł. Tak po prostu wziął i sobie umarł. Właśnie ostatniej nocy Trójka powtórzyła w jednej z moich ulubionych audycji, Gitarą i Piórem, wywiad z Marcinem i jego żoną Wiolą nagrany kilka miesięcy temu, kiedy był on już poważnie chory. Właściwie wtedy ona była jeszcze narzeczoną, bo ślub odbył się dopiero w czerwcu...

Historia jest niesamowita, choć dostarczyła mi mieszanych uczuć, kiedy sobie jeszcze 'pogooglowałam' więcej o Marcinie. Poznali się w sanatorium jako dzieci, on z Lublina, ona z Opola; nie pamiętam gdzie było to sanatorium. I spotykali tak co roku, kiedy w końcu jako 15-latkowie wyznali sobie dozgonną miłość. Wszyscy jednak wiemy jak to jest z wakacyjną miłością. Na początku są łzy rozstania, obietnice codziennych listów (tu skojarzył mi się wiersz Ks Twardowskiego Jest jeszcze taka miłość, o skakaniu jak osioł do skrzynki), a potem przychodzi proza życia, i to zwyczajowo z jego strony. One są z natury bardziej wytrwałe. I pamiętajmy, że internetu i komórek wtedy w Polsce nie było! Marcin był nietuzinkowy, poeta, muzyk, łajdak, piekielnie do tego przystojny. Myślę, że i w moim sercu mógłby spokojnie zostawić swój ślad, gdyby było nam dane się spotkać, gdyby on żył. A żył bardzo intensywnie, rock'n'roll'owo, doświadczając życie do granic możliwości i przyznając, że sam się dziwi iż śpiewa poezję. Mówił, że nigdy nie zapomniał o Wioli, że odpisywał na jej listy, tyle że przestał je w pewnym momencie wysyłać. Wiola z sercem na temblaku postanowiła w końcu o nim zapomnieć. Coś się jednak Marcinowi odwidziało kilka lat później i jako młody mężczyzna pojechał do Opola wyznać Wioli miłość. Drzwi otworzyła babcia i oznajmiła, że Wiola wyszła za mąż, urodziła dziecko i wyjechała do innego miasta. I w ten oto prozaiczny sposób Marcin musiał schować wspomnienie o Wioli do głębszej szuflady swojej pamięci na kolejnych 18 lat. W ciągu tych lat ona urodziła jeszcze dwoje dzieci, tkwiła w toksycznym związku, nieszczęśliwa, wciąż marząc o Marcinie, a on... pisał, śpiewał, grał, pił, łamał serca kolejnym kobietom, znów pił, ożenił się, otwierał następną butelkę, rozwiódł i dalej pisał żeby wyśpiewać. Mówił, że nigdy nie zapomniał o Wioli. 18 lat później syn Wioli podniósł rwetes w pokoju telewizyjnym któregoś wieczora  - mamo, mamo, to chyba Marcin śpiewa z Markiem Grechutą. Internet, komórka, a za nimi spakowana walizka, Wiola, dzieci i kot. Kto wierzy w happy end'y? Bo ja tak. Chwilę później wprowadza się do ich domu kolejny lokator - rak. Dalszą część historii już znacie. A czemu o tym piszę? Po to abyście poznali twórczość Marcina (podła okazja, wiem), ale też żeby podzielić się swoją refleksją na temat... kobiet.

Marcin leży gdzieś teraz samotnie w kostnicy, jutro pogrzeb. Ja nie mam prawa rozliczać go z jego ziemskiego życia, ale jak mnie zapytacie, czy myślę iż on naprawdę tak bardzo kochał Wiolę, westchnę i nic nie odpowiem. Myślę bowiem, że TACY mężczyźni najbardziej kochają siebie, w drugiej kolejności te kobiety, które zacisnąwszy z miłości zęby... same od nich odeszły, zamykając drzwi na cztery spusty. A jaka poezja potem powstaje! Dalej zaś kochają kobiety, co do których są absolutnie pewni, że one będą ich kochać zawsze i bezwarunkowo. U boku też tych zazwyczaj dożywają ostatnich dni (kurwa, jak to przewrotnie tu brzmi!). Smutna może się wydawać ta moja myśl, ale przecież koniec końców, to też jest miłość, też piękna, poza tym pierwsza i ostatnia, a te podobno najważniejsze. Do sedna, do sedna, kobiety. Znalazłam kilka stron w internecie, na których pisano o Marcinie przez ostatnie lata i przeczytałam włącznie z komentarzami, które pozostawili ludzie, głównie kobiety. Boże, jakim trzeba być człowiekiem, jaką kobietą, żeby nawet będąc odrzuconą przez mężczyznę, nie wiem jak potwornie mając połamane serce, posuwać się do publicznego wylewania pomyj i plucia żółcią. I to nie tylko na niego, ale i jego nową partnerkę? Gdzie honor, duma, kultura? Są pewne zachowania, których ja nigdy nie zrozumiem. Nie wiem, być może dlatego, że nigdy nikt mnie nie zostawił dla innej kobiety (albo przynajmniej mi o tym nie wiadomo), ale raczej dlatego, że oprócz wielu wad, mam kilka świetnych zalet, po Mamince. A jak mi się samej zdarzyło  kiedyś w pewnych okolicznosciach puścić kilka ciężkich słów pod adresem mężczyzny, to ochłonąwszy, za nie przeprosiłam. Ciekawostką też dla mnie na zawsze już pozostanie, dlaczego te rozsierdzone, niespełnione panie szukają rewanżu u innych kobiet, a nie u samego faceta, który jak uważają je skrzywdził? Dziwię się z perspektywy tej innej kobiety.

W ogóle mi się wydaje, że jest bardzo dużo kobiet, które traktują inne kobiety jako potencjalne rywalki. Nawet nie mówię o 'zawodach', w których nagrodą jest jakiś konkretny facet, bo to już w ogóle bonanza, ale generalnie mają problem z zaakceptowaniem ( a już żeby głośno to powiedzieć!), że inne kobiety też są fajne i często w niektórych aspektach nawet lepsze od nas. Nie wiem, lepszy ma gust, fajniejsze nogi, bardziej zna się na astronomii, lepiej jej wychodzi składanie zdań, może nawet czasem ma więcej do powiedzenia, cokolwiek. Kobietom jakoś trudniej przechodzą przez skórę pozytywne emocje względem innych kobiet, ale do tego trzeba być raczej pewnym swoich własnych mocnych stron. Mało tego, są też takie, które są w stanie zagrać poniżej pasa, żeby tylko innej dołożyć. Podam przykład z jednego bloga którego podczytuję, oczywiście pozostaje on anonimowym. Jego autorka posługuje się instrumentem jakim jest moderowanie komentarzy. Zasadności moderacji nie podważam, bo dlaczego miałby ktoś na mnie pluć na moich włościach, ale z drugiej strony też nie rozumiem dlaczego właśnie ten ktoś miałby pluć, kiedy ja nikogo nie opluwam? Poza tym jakby się kiedyś zdarzył jakiś przypadkowy oszołom, to przecież zawsze można skasować. No chyba że się to zdarza często, więc rzeczywiście musi być powód. Powód nie powód, każdy ma swój, a takich blogów podczytuję kilka i nigdy nie było dyskusji, wcześniej czy później komentarz się pojawiał, czyli dyskusja była. Ale ta jedna autorka posługuje się moderacją w bardzo wyrafinowany sposób, a mianowicie nie publikuje komentarzy, kiedy nie podoba jej się opinia, którą czytelnik chce się podzielić, chodzi oczywiście o te, które są w opozycji do jej własnych. Ba, ona idzie jeszcze o krok dalej, nie publikuje samego komentarza, ale ustosunkowuje się do niego publicznie. Robi to na dokładkę w białych rękawiczkach, czyli tak formułuje odpowiedź, tak ją koloruje, taki wynajduje powód nie akceptowania odpowiedzi, że przypadkowy czytający to ktoś z zewnątrz jest w stanie mieć tylko jedną myśl - ale ten jej interlokutor to cham i prostak! Pierwszy raz mnie to zirytowało, drugi zdziwiło (powinno być na odwrót?), a trzeciego po prostu nie będzie. Myślę, że mężczyzna podjął by dyskusję i potrafił ustosunkować do każdej wypowiedzi, nawet będąc świadomym, że język ma mniej giętki, a kobietom jakoś trudniej to przychodzi (ale sobie pojechałam z generalizacją teraz widzę, sorry fajne kobitki ;) A może rzeczywiście lepiej tak, aniżeli żółcią pluć. Jakkolwiek, i tak uważam, że gdybyśmy się wszystkie kobiety świata skrzyknęły w jedną drużynę, mogłybyśmy razem góry przenosić i żaden facet bym nam nie podskoczył. Ciekawe o czym by wtedy pisał Marcin...

Powodzenia jutro Marcin, a potem to już tylko pisz.



piątek, 08 czerwca 2012

Zrobiło mi się smutno, bo uświadomiłam sobie, że ten blogowy świat zmienił się nieodwracalnie. Nie wiem czy zszedł na psy, na pewno jednak wyobcował. Tak, wyobcował, to świetne słowo. Kto nigdy nie blogował, a tylko zjawiał się jako widz w bardziej lub mniej określonym celu, nigdy tego nie zrozumie - że to jest, to znaczy był, szczelnie zamknięty świat ludzi, których łączy pisanie. Którzy mogą sobie nawsadzać w komentarzach mając sprzeczne poglądy, ale i tak zawsze będą do siebie wracać, podczytywać, wirtualnie przyjaźnić. Z jednymi mniej, z innymi bardziej, bo z każdym kogo ma się w zakładkach jest inna relacja, poziom spoufalenia, wspólne tematy. Niektórzy są w tych zakładkach przez wiele lat, inni tylko przez kilka miesięcy, bo albo w naturalny sposób wymarła w nich ta chwilowa pisarska zachcianka, albo nie wnoszą nic nowego do blogowego świata, tudzież tak mędzą, że czytać się nie da (pamiętam takie jedno miejsce, w którym notorycznie była deprecha, a do tego trzeba było sprzątać, bo syf, trzy wpisy dziennie na tę modłę wrrrr). Trzeba dodać, że większość tych ludzi - którzy jakoś znaleźli się nawzajem wśród  milionów istniejących stron, a potem postanowili do siebie wracać - najczęściej w ogóle się nie zna w tak zwanym realu. Ja osobiście uważam, że lepiej jest właśnie zostawić takie status quo, ale wiem też, że są i tacy, którym wyszło również zaprzyjaźnienie się na żywo. Pomijam tutaj czytelników, którzy są autorowi najbliżsi w życiu, bo oni są na specjalnych licencjach, a link do bloga został im podarowany. To o kim ja chciałabym napisać ktoś zapyta? A o tych, którzy mnie znają osobiście, ale nic nie rozumieją z blogowania. Trafili tutaj w mniej lub bardziej znany mi sposób (nie wiem właściwie po co, bo nie proszeni), czytają, a potem zdają relację na zewnątrz, z taką ekscytacją jakbym co najmniej gołe cycki tu pokazywała, nawet tym, którzy wcale nie chcą słuchać. Rzygać się chce. I owiec żal.



wtorek, 08 maja 2012

Chodzą za mną od dłuższego czasu, ale jakoś się powstrzymywałam, tfu! Dziś jednak nie mogę. Muszę - przepraszam - wyrzygać - NIENAWIDZĘ CHARCZĄCYCH FACETÓW! Od kiedy pamiętam, charczenie wywoływało u mnie agresję i nie ma, że zmiłuj. Nie wyobrażam sobie, że żyję z kimś, kto wydaje takie obrzydliwe odgłosy z rana, wieczorem i po przyjściu  z pracy. I proszę mi nie wciskać, że to domena palaczy, bo paliłam przez lata (i niestety znów zaczęłam popalać :/ ) oraz dzieliłam żywot z palaczami. To jakiś bliżej niezidentyfikowany typ samczy, który wydaje takie odgłosy, tak jak mój sąsiad na przykład, rodem z Indii! Wrrrrr. Ile razy mam ochotę napierniczać w te cienkie irlandzkie ściany, to tylko ja wiem. A w ogóle, to mam od kilku miesięcy (od kiedy chodzę do pracy i z powrotem na pieszo), że cały Dublin jest zarzygany i zacharchany. Gdzie nie spojrzę tam rzyg, albo jakiś element spluwający. Czy uwierzycie, że ostatnio prawie że zabiłam wzrokiem jakąś babę, która oddawała się tej czynności na chodniku? Bo trzeba wiedzieć, że ja żywo komentuję takie wydarzenia publicznie. Czekam kiedy w mordę za to dostanę. Dziś natomiast posłałam spojrzenie chłopcu (lat 10?), który sobie, że tak powiem, na ulicy w gaciach miętolił. Bo jakby ktoś nie wiedział, to w Dublinie normalka, dorastający chłopcy, odziani w dresy, gmyrają sobie w klejnotach nagminnie na ulicach. Boże, ja chyba naprawdę potrzebuję zmienić otoczenie!

SPROSTOWANIE: Ja naprawdę uwielbiam Dublin i Irlandię i nie jestem tu za karę. Po prostu wczoraj skumulowały się te wszystkie obrzydliwości w zasięgu mojego wzroku/słuchu w krótkim odcinku czasu. Miałam przysłowiowego pecha, który mógłby się zdarzyć pod każdą szerokością geograficzną. Póki co zachowuję status quo.

wtorek, 07 lutego 2012

Spotkałam się z dziś po pracy z koleżanką na przysłowiową kawę. Normalnie pijam wino, ale właśnie dziś lekarz zaserwował mi antybiotyk. Bez znaczenia to teraz zupełnie. Rozmawiałyśmy o wszystkim, głównie o facetach haha, ale w pewnym momencie zeszło na duchy. Ja powiedziałam, że nie ukrywam, że się boję, że jestem przesądna, a w ogóle ktoś mi ostatnio zasugerował, że mam (podobno!) jakieś extra zdolności, czy predyspozycje. Nie wiem, nie zgłębiam, bo nie dość, że mam jaskrawo kolorową wyobraźnię i mieszkam sama w mieszkaniu, to jeszcze się okazało, że ostatnio nawet sama w całym domu, bo sąsiedzi z obu stron się wynieśli. W każdym razie idziemy spacerkiem na przystanek autobusowy, w samym centrum Dublina, chwilę po 20-stej. I nagle Baśka mówi: patrz, może powinnyśmy zapytać czy wszystko ok?. Odwracam głowę i nie wierzę. To jednak dobrze mi się wydawało, że od kilkunastu sekund próbuję omijać plamy krwi na chodniku. Chłopak, mężczyzna gdzieś po 30-tce, w garniturze, stoi pod ścianą i resztkami jakiejś chusteczki próbuje wycierać twarz i tamować krew. Nie wiem skąd ona dokładnie mu leciała, ale naprawdę było czerwono naokoło. Stał tak sam na ulicy w tej krwi pewnie od kilku dobrych minut, i nikt się nim nie zainteresował. W środku miasta wczesnym wieczorem! Basia, która zadzwoniła po ambulans i cały czas mówiła do tego chłopaka, żeby tylko nie odpadł (ja próbowałam zlokalizować mijanego kilka minut wcześniej policjanta, a w rezultacie pobiegłam na komendę), powiedziała potem, że on miał tak spuchniętą głowę, że oczu nie mógł otworzyć. Potwierdził nam to potem ratownik medyczny, że poważna sprawa i dziękował, że nie przeszłyśmy obojętnie. I dopiero jak stałyśmy na przystanku i analizowałyśmy całą tę sytuację, doszłyśmy do kilku wniosków. Po pierwsze, że przerażającą jest myśl, że możesz dostać w łeb tak po prostu, na ulicy, za darmo, ale o ile bardziej przeraża ta, że jeżeli już będziesz mieć pecha i ci się to przydarzy, wcale niekoniecznie będziesz mógł liczyć na czyjąś pomoc. Nie wiem ile ludzi przeszło obok tego chłopaka przed nami, ale zaczęli przystawać dopiero kiedy my do niego podeszłyśmy. On naprawdę był w takim szoku, że nie był w stanie sam poprosić przechodniów o pomoc. W ogóle nie pamiętał co się stało, oprócz tego, że dostał w głowę i się przewrócił (na chodniku, w środku cywilizowanego miasta!). Druga rzecz, do której przyznałyśmy się same przed sobą i nie wiem czy powinnyśmy się teraz tego wstydzić, ale faktem jest, że chłopak zwrócił naszą uwagę, bo był w garniturze (w ogóle nie był Irlandczykiem i miał dosyć egzotyczną urodę). Ja nie wiem czy byśmy podeszły do kogoś w dresach (bez urazy, ale dres mimo wszystko kojarzy się tutaj pejoratywnie, z narkomanem/bandziorem) albo w ogóle mało przekonującego wyglądem? Potwornie to brzmi, wiem, ale taką miałyśmy refleksję. A na koniec Basica strzeliła w dziesiątkę: widzisz kurwa, ludzi się trzeba bać, nie duchów!. I ja właściwie nie mam nic do dodania.

środa, 23 listopada 2011

Czy wiecie może ile kosztuje biustonosz Triumpha (model Amourette w tym wypadku) w TK Maxie w Dublinie? To ja Wam powiem 9.99 euro (40 złotych). A wiecie ile takowy w Polsce, w Olsztynie? 160 złotych (40 euro) ! Mszczę wszystkie tysiące (złotych) zostawione w bieliźnianych sklepach w Krainie Tysiąca Jezior! 

piątek, 03 grudnia 2010

Wszedzie wokoło gdzie się nie obejrzę, wszyscy powtarzają jedno i to samo - ale zima w tym roku ho-ho, natura nas nie oszczędza. A ja mam w dupie to, co na zewnątz, bo zimę mam w sobie od dłuższego już czasu.

czwartek, 25 listopada 2010

Wiecie co? Wstyd mi, wstyd, po stokroć wstyd. Za wszystko po kolei. Kraj się sypie, wychodzą na światło dzienne ukrywane przez lata rządowe szelmostwa, banki siedzą na  bombach skonstruowanych we własnych ogródkach, ludzie wychodzą na ulice. A będzie jeszcze gorzej. Szłam dzisiaj z pracy (z banku!), a przy ministerstwie finansów (i parlamencie, bo to obok) siedem wozów transmisyjnych, dziennikarz na dziennikarzu, lufy aparatów / kamer groźnie wycelowane w w/w wymienione budynki, otoczone kordonem policji. Na kolejnym skrzyżowaniu (tuż za rogiem) potężna manifa z serii 'zabrać bankowcom, nie artystom'. Ja w pewnym sensie sama czuję się artystą, odwaliłam kawał roboty na kulturalnym poletku tego miasta, promujac Polskę, za darmo! Regularnie chodzę do kina, teatru, na koncerty, wystawy, gale, inne spędy, za uczestnictwo w których płacę z własnej kieszeni. Daję pieniądze ulicznym grajkom. Kupuję książki i płyty w tutejszych sklepach. Czyli wspieram kulturę, zgadza się? Tak więc kurwa jego mać, dlaczego niby tylko MI mają zabrać z tej żałosnej bankowej pensji? Jeżeli mają zabierać, to wszystkim, po równo, a niech zaczną od mojego szefa! Właśnie podali w Trójce, że najniższa krajowa w Irlandii zmniejszy się o 1 euro, że świadczenia zdrowotne też pójdą w dół (jakby niewiadomo jakie tu były!) i cała reszta. Też mi niespodzianka! Wszystko tu szlag trafi w styczniu! Ale wiecie co tak najbardziej doprowadza mnie do białej gorączki, na myśl czego nóż otwiera mi się w kieszeni i chciałabym strzelać na oślep z kabekaesu gdybym tylko mogła? Nie na irlandzkiego premiera, czy ministra finansów, bo gorsze skurwiele chodzą po tej ziemi (wystarczy posłuchać Trójki z rana!). Ja przeboleć nie mogę emigrantów, a szczególnie tych, którzy nachapawszy swojego czasu własne kieszenie tutejszymi pieniędzmi, opasłwszy dupska czekoladą z Lidla, wysyłali co miesiąc potężne pieniądze do swoich krajów (w których teraz notabene stawiają tandentne domki, a podczas kilku lat na emigracji w w kinie czy restauracji nawet raz nie byli!), teraz mają czelność szydzić i załączać na Facebook obrazki z serii Bail me out, I'm Irish (dofinansuj mnie, bo jestem Irlandczykiem), Ireland for sale (Irlandia na sprzedaż) i tak dalej? A ktoś nawet napisał, że przestaje płacić podatki w Polsce, bo dlaczego ma łożyć na Irlandię! Koniec świata, stary wół zapomniał jak cielęciem był, jak żebrał o łaski w Brukseli, ba, jak tolerował u siebie skorumpowanych zdrajców i złodziei, godził się na rujnowanie przez nich swojej ojczyzny! Mi jest wstyd w ogóle zabrać głos, bo kto mnie, bankowca - emigranta teraz tutaj wysłucha? Wstyd też nie pozwala mi - jak to doradził 'zaprzyjaźniony' kolega, wziąć śmiechem te żałosne fejsbukowe obrazki. Bo imperatyw wewnętrzny każe mi być lojalnym - spuścić głowę, wyrabiać po godzinach PKB i wierzyć, że kraj niebawem na powrót stanie na własnych nogach. Aha, a największy mój wstyd to taki, że po raz pierwszy wyślę do Polski jakieś pieniądze, bo rozum 31-latka mi podpowiada, że mogę się niebawem obudzić z ręką w nocniku własnej lojalności!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Tak naprawdę to bym teraz wylała garnek pomyj na głowę najbliżej przechodzącemu pod moim oknem. I najlepiej, żeby był to człowiek, do tego najbardziej Bogu Ducha winny. Tak po prostu, rozładowałabym złość, którą mam w sobie i przede wszystkim wobec siebie, ale nie mam odwagi zrobić tego na sobie, czytaj: rozbić lustro własnym czołem na przykład. Nie, nic się nie stało, proszę mnie nie pocieszać, ani tym bardziej nie głaskać. Mój demon i już, nie oddam!

Publiczne mędzenie nie jest w moim tonie, jak to w zwyczaju mają niektórzy. Jadem, w sprecyzowanym imiennie kierunku, plułam tylko raz i do dziś się zresztą tego wstydzę. Nadziwić się za to nie mogę, ile rdzawych plwocin może zmieścić się w kobiecych trzewiach. Dla własnego zdrowia psychicznego muszę zweryfikować linki, w które klikam. No bo co mnie obchodzą walki na cudzym froncie damsko-męskim, skoro i tak to on jest z założenia skurwysyn? A jak nazwać córkę takiej matki? Bo podobnych egoistek znam kilka, a do tego nieprzeciętnie cwanych i interesownych. Przy okazji powinnam za Dublinią coś kąsnąć w kierunku młodych matek, którym oczy zarosły zieloną kupą, ale jakoś tamte regiony mi nie po drodze. Są, niech będą, mnie nic do tego. Bo przypuszczam, że nawet jak bym była matką gromadki dzieci, to moja Babcia i tak by mówiła, że nie mam pojęcia o życiu. I najgorsze, że pewnie by dalej miała rację.

Czuję jak to gówno zżera mnie w środku bez pardonu. Bliżej niezidentyfikowane ścierwo. Złodziej mojego ładu wewnętrznego. Duszę się i mam potrzebę spierdalać, ale nie mogę, bo tak jakbym stała w świeżo wylanym betonie, który zaczyna tężeć. A ja nie chcęęęęęę.

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj. Mark Twain

Od jakiegoś czasu mam tak niesamowitą potrzebę zmian w swoim życiu, że dosłownie zżera mnie w środku, kipi; lada chwila wybuchnę. Nienawidzę swojej codziennej rutyny - dzwoniącego co rano o 6.45 budzika, mojego wstawania o 7.15, chociaż co wieczór sobie przyrzekam, że podniosę swoje cztery litery z łóżka zanim Bobby McFerrin dośpiewa do momentu, że mam być szczęśliwa. Tak jakby szczęście było obrazkiem, który się zawiesza na ścianie, a potem  biernie jemu przygląda, a nie sprawą sumienia jednostki, rachunkiem - sumą cierpień, rozgoryczeń, rozczarowań i przegranych miłości, przeciwstawioną sumie rzeczy dokonanych, pragnień miłości i walk (Hłasko)! Rzygać mi się chce na myśl prysznica na czas, przywdziewania zestawów biurowych ubrań, jeszcze szybciej, i doboru kolczyków - im dłuższe i bardziej krzykliwe, tym lepiej. Tyle z mojej rewolucyjnej natury w tej zasranej bankowej układance. Ten sam przystanek, autobus i ludzie, choć powinni być inni, bo jak zwykle jestem spóźniona. I nie uwierzy nikt, że ja, tak JA, w pracy jestem zorganizowana do granic możliwości, bez napiętrzonych zaległości i przy najczystszym biurku, gdzie nawet jak fruwają papierzyska, to w uporządkowanej kolejności! A tak na dobrą sprawę, do jasnej cholery, co mnie obchodzą cudze trudności finansowe?!? Co mi do czyjejś utraty pracy albo bankructwa? No co? Mnie bardziej przejmuje fakt, że wieczorem znów wracam do domu autobusem numer 83, z tymi samymi ludźmi, wyglądajcymi nijak i plotącymi bzdury! Jedyną moją pociechą jest to, że są też tacy na tym świecie, którzy mają piękne myśli i pięknie je materializują na kartkach papieru. I dzięki nim ja mogę choć trochę urozmaicać sobie codzienność. Tyle, że mi już to chyba nie wystarcza...To też jakiś paradoks, bo przecież moja bycza (ziemska!) natura powinna pławić się w luksusie stabilizacji i stałych, niezgorszych, dopływów gotówki co miesiąc! Czy to możliwe, że ta sama "ona" mi podpowiada, że mam rzucić wszystko w pizdu i jechać przed siebie, dokądkolwiek akurat mam potrzebę, tak jak to uczyniła inna Ona? Czyli nie na urlop z pracy, którego notorycznie jest za mało, ale na ten dłuższy, od marazmu ustabilizowanej i przewidywalnej codzienności? Z całym moim szacunkiem i wdzięcznością dla Irlandii!

O 8.15 zawróciłam dziś z przystanku. Zdjęłam zestaw biurowy i odmalowałam twarz. Na powrót założyłam piżamę, zamiast kawy nalałam wina do kubka, zapaliłam papierosa. Z torby wyciągnęłam Night Train To Lisbon. A w mailu znalazłam wiadomosć, że moje zgłoszenie zostało potwierdzone i o 18.00 3-go lutego zaczynam naukę portugalskiego.

Nigdy wcześniej tak bardzo nie czekałam na c.d.n.

wtorek, 07 kwietnia 2009

Cały dzień usilnie myślałam o tegorocznych wakacjach. Niby już kilka dni wcześniej zdecydowałam, że będzie to Europa, z szalą przeważającą na tę Środkowo - Wschodnią. Aż około 19-stej poczułam nieodpartą potrzebę spacerowania ulicami Perły Orientu, czyli inaczej zwanego Paryżem Bliskiego Wschodu - Bejrutu. Znalazłam wszystko - lot, akomodację, nawet całą zorganizowaną wycieczkę w razie czego. I kiedy już prawie skakałam na stołku z radości, doczytałam informację na samym dole strony, z trzema czerwonymi wykrzyknikami - upewnij się, że w twoim paszporcie jest miejsce na wszystkie wizy i pieczątki, a przede wszystkim, że nie ma w nim wizy izraelskiej!!! Dupa, wizę izraelską mam, nawet cztery i co najważniejsze, jestem z nich ogromnie dumna! Tak więc pies ich wszystkich olał, w Libanie i Syrii, nie jadę co najmniej do 2013. Czyli sprawa wakacji powoli zaczyna nabierać realnych kształtów. Najpierw sobie pożegluję po Jezioraku, a potem ruszę do Bratysławy i Wiednia. Jesienią natomiast pogrzeję dupcię na Teneryfie, tudzież Lanzarote. Taki przynajmniej jest zamysł.

Happy days!

P.S. Dziś nam ustalono w Ire budżet na 2009. Boję się zajrzeć na stronę Irish Times.

 
1 , 2 , 3 , 4