O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Mam marzenie

piątek, 18 listopada 2011

Ludzie, ludzie, właśnie spełnia się moje marzenie, AMJ przyjęła zaproszenie, więc i Wy przyjmijcie :)

Zapraszam z całego serca na tę perełkę.

 

niedziela, 09 października 2011

Zawsze wiedziałam, że mam tendencję do obsesji, ale nie przypuszczałam, że aż tak wielką. Nie mogę uwolnić się od poniższego kawałka od wczoraj rano. Nie wiem ile razy wcisnęłam do tej pory guzik play, ale kilka setek na pewno. Jehro odkryłam, jak większość muzyki, która zawładnęła moją duszą absolutnie, w Trójkowej Sieście, i choć to Francuz, słyszycie tam latynoską nostalgię? I ja nawet nie mam potrzeby nauczenia się hiszpańskiego, żeby rozumieć liryki, bo przecież i tak je rozumiem, bez słów, jakkolwiek to co napisałam brzmi z perspektywy polskiego purysty językowego, metafora? ;)

Widziałam wczoraj Midnight in Paris  W. Allen'a. Nigdy nie byłam jego wielką fanką, bo jakoś poczucie humoru kojarzy mi się z angielskim, a tegowoż nie znoszę, ale film mi się podobał. Morał płynący z tej historii przywołał mi na myśl Madame A. Libery, że w jakichkolwiek czasach by człowiekowi nie przyszło żyć, zawsze będzie marzył o czasach przeszłych i miał poczucie, że wtedy to życie miało prawdziwą wartość, a on sam tu i teraz jest jak z innej bajki. Może nie wszyscy tak mają, ale ci z bardziej artystyczną duszą na pewno. Zazwyczaj przecież miłujemy się w literaturze straszych pokoleniem pisarzy, rzadziej nam współczesnych, no może z wyjątkiem Murakamiego. A swoją drogą, cholera, że też Nobla nie dostał!

A wieczorem w końcu obejrzałam Miłość w czasach zarazy. Huh. Przepiękny film. Już pomijam samą historię, bo Marquez jest nieśmiertelny, ale sam film, zdjęcia, no i muzyka. Śmiałam się w głos jak Marcin Kydryński opowiadał w Sieście, że uwierzyć nie mógł, kiedy zobaczył napisy na koniec, że cała muzyka została napisana i wykonana przez Shakirę, tak, tę samą Shakirę od Waka Waka haha. Ja ją poznałam 'od tej drugiej strony' w 2009, kiedy pojechałam do Ameryki Południowej i posłuchałam jej hiszpańskojęzycznej, w duecie z Mercedes Sosa. Nie na żywo, żałuję ogromnie, bo Mercedes zmarła kilka dni przed moim przyjazdem. Jest niesamowita, głos, pasja, wrażliwość muzyczna. I wcale się nie dziwię, że śpiewa też anglosaskie hiciory pod masy, bo przecież musi jakoś pieniądze zarabiać, żeby potem móc się angażować w takie alternatywne projekty perełki, i tworzyć tak przejmującą muzykę. Planuję tę podróż do Kolumbii i planuję, chyba się uda w przyszłym roku. Mam marzenie.

Ah, zobaczcie i to, posłuchajcie...

piątek, 30 maja 2008

Jak się okazuje, niewiele osób ma ochotę podzielić się publicznie swoimi wrażeniami odnośnie sobotniej nocy. No niech tak zostanie. Basica żądna jest relacji, a Aga wycinka z gazety ;-)

A skoro pytacie o moje odczucia... Ja chyba jestem nieobiektywna, jeżeli chodzi o literaturę JLW, bo po prostu mnie ona porusza i od lat jestem jej wierna. Poza tym całe to szaleństwo ostatnio - wikendowe jest moim "dzieckiem", jak mam więc nie chwalić?!? Pod kątem organizacyjnym chyba odniosłam sukces (tak mówią hehe). Publiczność dopisała (ok. 80 osób), książki rozeszły się obficie, jedzenie było pyszne, sam gość bardzo zadowolony, a ja zakręcona jak słoik i nieziemsko szczęśliwa jednocześnie. Rozmowom i toastom nie było końca. Jedyną słabą stroną - z czego doskonale zdaję sobie sprawę - była tzw. wejściówka. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że sponsorzy wcale nie są tacy chętni na wykładanie gotówki, a mi wciąż BOI płaci za mało. Obiecuję jednak, tak jak i obiecałam w sobotę, następnym razem będzie za zupełne friko. Bo literatura powinna być free! No tak, następny raz... Ja jestem z natury przesądną osobą i wolę nie zapeszać, ale chyba łapię wiatr w żagle. Życie zaczyna mi się pięknie układać, a marzenia spełniać. Wieść gminna niesie, że w dziale, do którego się przenoszę w ramach BOI, przepracować się nie można, więc już mam plan by czasu nie marnować (kto czytał JLW wie, że czas to bardzo cenny gadżet). Może więc jakieś event management... Ale póki co ciiiiii.

Sam JLW jest postacią nietuzinkową. Od kiedy znam go prywatnie, nie zabiegam już o jego popularyzację w sceptycznych kręgach, a ironiczne wypowiedzi kwituję pięknym uśmiechem. Po prostu nie warto. A poza tym, sam Bóg ma wrogów, cóż więc dopiero JLW. Jedno jest pewne, z JLW można przegadać do 4 rano, wypić tuzin pint Guinnessa i śmiać się do łez. I obalam tu mit, że uwielbiają go tylko kobiety, bo osobiście znam kilku "knurków", którzy także szeroko otworzyli oczy i do tej pory nie mogą otrząsnąć się z wrażenia ;-)

Relację ze spotkania można było przeczytać we wczorajszym Evening Herald oraz Polskiej Gazecie. W wersji elektronicznej jest tylko TU i w dodatku okrojona. Moje zdjęcie wycięli. Jak ktoś jest jednak zainteresowany, to zrobię kopię i podeślę ;-)

Jeszcze raz pięknie dziękuję wszystkim tym, którzy byli ze mną myślą, sercem, słowem i czynem. Jesteście wielcy!

Spełniona oddalam się w objęcia Morfeusza. Bank Holiday za rogiem. Trzeba zbierać siły :-)

poniedziałek, 26 maja 2008

Tak się czuję - jakbym właśnie swoje miała. Powiedziałam to dziś o 16.30 jednej ze swoich irlandzkich koleżanek. A ta, z kwaśną miną, zapytała: a dlaczego tylko pięć? No właśnie, bo niby dlaczego tylko pięć!?!?

To był niesamowity wikend, taki, o których raczej rzadko marzę. Rzadko, bo chyba za mało wierzę iż mogą się zdarzyć. Czuję się spełniona. To jedyne co mam siłę powiedzieć - tak potwornie chce mi się spać. Nie będę się chwalić sobotnią nocą, że była w dechę, bo była. Mi wystarczy, że zaprzyjaźnieni chłopcy zapisali się w kolejkę do książek JLW i wciąż mnie pytają, kiedy znów zaproszę go do Dublina.

Spokojnie chłopaki, zaproszę... :-)

Naprawdę nie mam siły nic więcej napisać. Muszę w końcu odespać. Chciałabym tylko poprosić wszystkich, którzy tu zaglądają i którzy byli w sobotę w The Bankers, żeby napisali w komentarzach kilka słów o swoich wrażeniach. Nie ukrywajcie się, ja wiem, że tu zaglądacie. Monitoruję regularnie ;-)




"Święta Trójca", jak się dziś dowiedziałam ;-)

Kolorowych snów wszem i wobec,

Paul-Inka

P.S. Aha, jak się również dziś okazało, o 16.30 zresztą, dostałam jednak TĘ pracę. Personal Assistant dla Head of Group Credit w BOI. Powoli bo powoli, ale szczebelek po szczebelku. Co najważniejsze, w górę... ;-D

P.S.2. Kochani, nie bójcie się marzyć. One naprawdę się spełniają!!!

środa, 21 maja 2008

Tak, zgadza się, nie mogę spać. Od 5:58.
Tak, również wiem, koniec świata.

Śniło mi się sobotnie spotkanie z JLW. Chyba zaczynam mieć rajzefiber, choć tak naprawdę ja nigdzie nie jadę. Mam jednak poczucie, że zaczyna się nowa podróż...

Jeszcze raz zapraszam wszystkich bardzo serdecznie:



wtorek, 20 maja 2008

Sobotnie spotkanie już prawie gotowe na tip top. Na chwilę obecną stwierdzam, że dysponuję za dużą ilością czasu. Ja jestem zdecydowanie mistrzynią tego, którego brak. No ale jakkolwiek to ze mną jest, zapraszam wszystkich w sobotę do The Bankers. Kurcze, naprawde warto!

A z niusów? Pokonałam w końcu to cholerne zapalenie krtani i anginę. I już wiem, że najwiękjszą karą jest dla mnie.... brak mowy. Bo ja muszę mówić, sic!


wtorek, 13 maja 2008

Oto oficjalny plakat imprezy. Przewrotność i gra słów moje. Materializacja Kasi Ligockiej z Gazety.ie. Akceptacja bezwarunkowa i z szerokim uśmiechem - Janusz Leon Wiśniewski :-D

Gorąco zapraszam!



niedziela, 13 kwietnia 2008

No nie mam czasu moi Drodzy! Lansowałam się cały wikend z Tocą po Dublinie (Majka pozdrawiamy i wyczekujemy; Olsztyn górą hłe hłe!) i cholera... no nie mam czasu ;-)

Ale na poważnie, przez ostatnie dwa tygodnie pracowałam na dwie zmiany - od 9 do 5 w banku, a wieczorami plus caluśkie wikendy, organizowałam. Bo ja organizatorką jestem i basta i najlepszy support ever jak się przy okazji dowiedziałam. Teraz już mogę ogłosić całemu światu, bo dopięte prawie na ostatni guzik. Słuchajcie więc:

W dniach 23-25 maja 2008 będzie gościł w Dublinie na moje (i tylko moje!) zaproszenie Janusz Leon Wiśniewski, dla ignorantów - ten od Smotności w sieci (grymas)! Mówię dla ignorantów złośliwie, bo tak co niektórzy reagują. A ja im chcę udowodnić, że JLW to między innymi Samotność w sieci, ponieważ JLW to o wiele, wiele więcej historii ludzkich!
Wieczór autorski JLW odbędzie się 24 maja (sobota) w The Bankers Club w Dublinie. Oczywiście wszystkie szczegóły podam w bliższym spotkaniu terminie, póki co zapewniam jednak, że obok niekończących się rozmów o życiu i o tym czy mężczyźni są światu potrzebni ( :-D ) będzie można u nas kupić książki, dostać piękną dedykację od samego autora, a także napić się wina, pojeść smakołyków z Polskiej Gospody i kto wie, może potańczyć. Zapraszam już teraz wszystkich bardzo serdecznie; rezerwujcie ten majowy wikend! Więcej informacji znajdziecie w maju w dodatku polskim do Evening Herald oraz w innych polskich mediach w Dublinie. W jakich jeszcze nie wiem, bo dopiero prowadzę rozmowy, ale patronat przypadł Heraldowi, a pilotowym dzinnikarzem została pewna Sabina. Ale wszystko w swoim czasie.... :-)

Póki co muszę uciekać, bo pędzę na masaż. W czwratek natomiast lecę do Polski by się weselić.

Serdecznie wszem i wobec.

niedziela, 15 lipca 2007

No nie mogła dostać innego imienia, z kilku różnych, niekoniecznie zrozumiałych dla otoczenia, względów. Czekałam na nią prawie dwadzieścia lat i oto dziś zamieszkała ze mną pod jednym dachem - Moja Miłość Życia!



I kiedy tak wracałam z nią pod rękę wiktoriańskim Ballsbridge, przy akompaniamencie rozbrzmiewającego po całym mieście Roda Stewarta, pomyślałam sobie dwie rzeczy - co takiego jest w dziewczynie maszerującej ulicą z gitarą na plecach, że wszyscy faceci pogwizdują wokoło i składają wcale nie takie jednoznaczne propozycje, no i że co ja biedna pocznę jak już spełnią się wszystkie moje marzenia?
Chyba pozostanie mi tylko marzyć jeszcze więcej! ;-D

A Ofczę spełnione prezentuje się o tak:



Pozdrawiam bajecznie bezsenną dziś (dla sąsiadów również) nocą.
:-D