O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Po godzinach

czwartek, 24 października 2013

Wpisałam nawet frazę w Google żeby zobaczyć co wyskoczy. Pierwsze co się pojawiło, to Katalog Myśli niejakiego Justin'a Hook'a oraz 12 według niego powodów dla których nie warto nigdy poznać swoich idoli. Najbardziej spodobał mi się ostatni - że idol nie będzie już wtedy więcej twoim idolem. Trochę się nie zgodzę, bo od kiedy osobiście poznałam AMJ, jeszcze bardziej ją lubię i podziwiam, a po dzisiejszym spotkaniu wcale nie przestałam lubić Elizabeth Gilbert. Okej, bez sensu trochę, bo pani Gilbert nigdy nie była moim idolem, no ale lubiłam ją, niech więc zostanie jako antyteza. Mogę jednak przyznać szczerze - od dziś lubię ją trochę mniej. Głębszej można by tu oddać się dyskusji, bo słowo napisane przez kogoś to jedno, a sam autor to drugie, chociaż jakaś nieunikniona zależność przecież jest. Dyskusji w tym temacie (a raczej monologowi) pozwolą Państwo, oddawać się jednak nie będę. Sympatycznie pani Elizabeth wygląda, miła jest, widać, że ma wiele do powiedzenia, ale nie urzekła mnie ona sama tak jak jej książki, które idealnie wpasowały się w moje życie na etapach, w których je czytałam. Nawijała dziś jak katarynka i prowadząca też nawijała (z przerwami tylko na oddech, żeby gwiazda wieczoru mogła się wypowiedzieć; no dobra, wyolbrzymiam trochę, nie była taka zła), a do tego tak, jakby obie miały aparaty na zębach. Skutek był taki, że po 10 latach używania angielskiego właściwie codziennie, miałam problem ze zrozumieniem i musiałam wytężać nie tylko uszy, ale i umysł. Nie było więc to spotkanie naturalnie relaksacyjne, ale robocze - musiałam być skupiona. Dowiedziałam się jednak, ze Jedz, módl się, kochaj wcale nie było jej debiutem, bo publikowała już wcześniej opowiadania, że bywa dziennikarką (chociaż sama nie lubi być tak nazywaną, bo otwarcie przyznaje, że nie potrafi być obiektywna oraz wierzy we wszystko co rozmówca jej powie), że jest emocjonalną ekshibicjonistką i w żaden sposób jej to nie przeszkadza, że miliony ludzi na świecie zna szczegóły z jej życia, że już od dziecka kreowała w swojej głowie rozmaite postaci i absurdalne wielokrotnie sytuacje, w jakie owe się wplątywały, że dopiero z czasem i zupełnie niedawno nauczyła się dzielić pisanie na etapy (usystematyzowała proces i warsztat, ale też zaakceptowała na przykład ten 'gapienia się w pusty ekran'), no i że wydała właśnie nową książkę, której akcja dzieje się w XVIII wiecznej, czyli jak większość wtedy świata, zdominowanej przez mężczyzn Ameryce, a główną bohaterką jest utalentowana i przebojowa kobieta naukowiec (chyba dobrze zrozumiałam, sic!). Sympatyczna generalnie, da się wyczuć, że autorka jest przebojowa i ma niezależny umysł, ale całokształt wydał mi się jakiś taki trochę mdły. Poza tym już widać, że jest gwiazdą, bo na samym początku organizator zastrzegł, że owszem książki pani podpisze na koniec, ale bez dedykacji, podpis tylko (prezent dla Mamy nie wypalił więc w całości). Czyli nie tak jak AMJ, Wiśniewski, Kamiński, Tokarczuk, Chwin, Krajewski, którzy podpisywali długo i obficie każdemu oczekującemu i jeszcze zamienili parę słów (a ludzi wcale więcej dzisiaj nie było!), bo rozumiem, że autorka światową jest. Tak też obydwie mi 'maznęła' od niechcenia, ale muszę przyznać, że zagaiła dwa zdania widząc polskie wydania swoich książek. Mi się osobiście od początku nie spodobało polskie tłumaczenie Committed: A Skeptic Makes Peace with Marriage, czyli I że cię nie opuszczę... czyli Love Story, bo brzmi jak harlekin, a za grosz nim nie jest. No i gdzie reszta o sceptyczce, która zawiera przymierze z małżeństwem? I ona właśnie zapytała o to tłumaczenie, bo pamięta kwestię z Polakami. Przetłumaczyłam więc o tym nieopuszczaniu aż do śmierci słowo w słowo haha. Uśmiechnęła się grzecznie i pożyczyła miłego wieczoru. Założę się, że przez chwilę mnie pamiętała :)

piątek, 31 maja 2013

Nadejszła wiekopomna chwila! (tak, nadeJszła ;) W dziesiątym roku swojego dublińskiego żywota, przejdę w końcu to miasto śladami Leopolda Blooma i Stefana Dedalusa, ha! Długo i cierpliwie czekałam, kiedy 16 czerwca wypadnie w wikend. Rok temu był w sobotę, ale wtedy bawiłam w Galicji. W tym roku jest w niedzielę i tym razem zamierzam ten fakt uczcić. Wraz z innymi miłośnikami James'a Joyce'a będę w 2013 wędrować w ulicami Dublina z roku 1904. Do Ulissesa trzeba dojrzeć, to na pewno. Nie będę ściemniać, że przeczytałam, bo nie, wymiękłam nawet w połowie audiobooka. Ale kiedyś na pewno chociaż dosłucham do końca! Tymczasem przygotowuję się sumiennie wraz ze spacerownikiem Piotra Pazińskiego Dublin z Ulissesem. A to dzięki ukochanej Mrufce, która nie dość, że od zawsze podsyła mi piękne książki, to już w 2008 przewidziała tegoroczne wydarzenie. Niesamowitym jest uczucie czytać tę historię rano jadąc autobusem do pracy, a za chwilę iść tymi samymi ulicami, 109 lat później. Opowiem Wam więcej po 16 czerwca. Tymczasem lecę pakować walizkę, jako że jutro oddalam się ku ukochanej Lizbonie. Choć to już któryś mój z kolei raz, jestem bardzo podekscytowana i nie ukrywam, szczęśliwa bardzo. W końcu czuję spokój i taką piękną, piękną, piękną radość w sercu. Jestem zwyczajnie na swoim miejscu, w swojej skórze i czasoprzestrzeni hop hop hop :)

Aha, chciałam Wam wkleić link do Czułego Barbarzyńcy, ale coś mi nie funguje. Zapominam już chyba jak obsługiwać bloga... Wklejam Wam więc o tak, kto zainteresowany Dublinem z Ulissesem, będzie wiedział co z tym fantem zrobić.

http://sklep.czulybarbarzynca.pl/dublin-ulissesem-p-2038.html

Tymczasem, wesołego długiego wikendowania.

Ofczuś lizbońska :)

wtorek, 20 listopada 2012

No, odetchnęłam w końcu. Na dwie godziny oderwałam dzisiaj myśli od Bliskiego Wschodu. To znaczy postanowiłam zbanować Fejsbuk w tej materii już w piątek, wyluzować się generalnie w sobotę, po tym kiedy próbowano mnie wciągnąć w tłum pikiety antyizraelskiej w centrum miasta (wyciągnięta stanowczo ręka i niemalże krzyk NIE ocuciły nachalnego protestanta), ale myśli nie potrafiłam oczyścić długo. Nie lubię kiedy ktoś nie słucha kiedy mówię, po tym kiedy ja dałam czas się wypowiedzieć. Czy wiecie, że za poglądy, ba, za zryw serca, potrafią 'znajomi' przestać być znajomymi? Viva Fejsbuk, tfu! Zdjęłam gwiazdę Dawida, skasowałam posty, wsparłam humanitarną pomoc Palestynie, zniknęłam. Nie dyskutuję z ekstremistami wszelakimi.

Byłam dziś w Ambasadzie na wieczorze poetyckim Pani Szymborskiej i krakowskiego lekarza literata, Andrzeja Szczeklika. Prezentował nie byle kto, bo sam laureat Nobla, Seamus Heaney oraz zakochany w Polsce (i Polce) Cathal McCabe i Pani Ambasadorowa, Urszula Nawrot. Cudowny wieczór. O Szczekliku doczytałam właściwie dopiero wczoraj i już wiem, że na pewno kupię Katharsis i Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy. Szymborską też odkryłam dopiero po jej śmierci. Przyjaźnili się we troje, pili wino i rozkładali życie na czynniki pierwsze. Szczeklik umarł dwa dni po swojej ostatniej pacjentce, Wisławie, Heaney się śmiał, że wciąż ma przyjemność z tej tutaj perspektywy. Naprawdę, nic tak nie oczyszcza, jak garść złożonych pięknie w całość zwykłych słów. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo (J 1,1).

W sobotę słuchałam Lipnickiej i Portera w The Village. Sympatyczni, ale na dłuższą metę nudni. Nie poszłabym na drugi koncert na pewno - ta sama nuta, dźwięk, ekspresja. Dwie piosenki więcej i bym zasnęła wśród tej polskiej hołoty. Przepraszam, ale takie miałam wrażenie. AMJ tym się różni od większości pospólstwa, że na nią trzeba mieć większą wrażliwość i wysublimowany smak, niż okrzyk korpulentnej pani w różu w kierunku Johna Portera: 'co, chciałbyś jeszcze młodszą?' sic! (ja lubię róż). Poza tym ten barowy nowojorski klimat raczej nie służy rodakom w Irlandii. No może jakby policję z pałką postawić w drzwiach. I znów muszę sic! Dlatego nie wiem, czy skuszę się tam na Muńka za trzy tygodnie, muszę przemyśleć.

Po za tym skończyłam w końcu oglądać Six Feet Under. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak ryczałam do 3 rano. Znacie ten serial? Ja, nie serialowe zupełnie zwierzę Wam mówię - najlepszy jaki człowiek był w stanie wymyślić. Jeżeli przyjdą Wam kiedyś do głowy myśli samobójcze, to proszę, obejrzyjcie ten serial zanim podejmiecie ostateczną decyzję. Albo chociaż obejrzyjcie Listy do M. Ja czekam Polski w grudniu, brata i Pokłosia. Ale Wam wtedy napiszę kolaż!

Dobranoc.

środa, 10 października 2012

No w końcu wiem jak zakończyła się ta historia (nie licząc opowieści Maminki; ta opowiada najlepiej, o czym wie większość traw gazonowych w Polsce i we Francji). A przyczyna przez te x lat była prozaiczna - mam tylko pierwszy tom tej powieści Tołstoja i nigdy nie dorobiłam się drugiego. W każdym razie widziałam dzisiaj film, ten najnowszy. Powiem tak, oprócz tuzina 'ale', bardzo mnie się podobało (oczywiście 'oryginał' filmowy mam wciąż w zamiarze obejrzeć). Podobała mi się scenografia, taki niby film, niby teatr, podobało mi się, że wiem jaki był koniec tej miłości przez duże M. A co mi się nie podobało? Przede wszystkim maniera Keiry Knightley. To zwijanie ust niby zalotnie, niby zadziornie, trochę pewnie w zamiarze erotycznie. No nie lubię takowych, patrz: Alicja Bachleda - Curuś. Podobała mi się jednak jej gra coraz bardziej, w miarę jak rola stawała się tragiczna. Te wszystkie początkowe zaloty i udawanie niewiniątka za jeden nawet grosz, nie! Nie podobał mi się Wroński, w ogóle! Toć to szczeniak, sikacz, szczyl, w ogóle nie przekonywujący, chociaż samego Jude Law bardzo lubię. Ten jego wąs był parszywy, tym bardziej, że uważam, ze wąs może być sexy! Poza tym zburzył moje wyobrażenie o dostojnym, ekscentrycznym i mającym to coś mężczyźnie, dla którego warto poświęcić (prawie) całe życie. Pomijając już fakt, że wizualnie Jude wcale nie pasuje do Keiry. No i ten angielski posh akcent brrrrr, ta nieumiejętność wymawiania słowiańskich zgłosek, niczym zakalec w ustach (foch). Cała reszta filmu jest super! ;)

A sam wątek? No cóż, Ofca z tego romantycznego gatunku. Miłość wbrew całemu światu i etykiecie jest piękna, muszą ino dwie strony takowej chcieć. Nie wiem jak jest w książce, ale w filmie Wroński nie jest przekonywujący. Nie porzuciłabym dla niego dzieci na pewno!

Z niusów natomiast, obok bilecików na koncerty poniżej, Dropkick Murphys w styczniu. Boszzzz, jakam szczęśliwa do kwadratu!

Nocnie.

P.S. Patrzę na statystyki i się uśmiecham. Kochają mnie w Dublinie, pod Dublinem nienawidzą. Jak uratować przypalony bigos? Jestem piękna? Kurwy w mieście? Wszyscy mile widziani lol (doprecyzowanie: są to frazy, po wpisaniu których w Google odnaleziono mój blog)



poniedziałek, 08 października 2012

20.10.2012 - D-Light Studios Dublin - SuperTonic Orchestra



28.10.2012 - Cork Jazz Festival - Anna Maria Jopek



03.11.2012 - O2 Dublin - Muse



HAPPY DAYS!

piątek, 05 października 2012

Witam w październiku. Naprawdę miałam dziś napisać kilka słów, głównie o tym co mnie wkurza w moim mieście (na pohybel rowerzystom!), ale nie zdążyłam, bo niespodziewanie wylądowałam na wystawie pewnej węgierskiej artystki. Tak się składa, że grafik na najbliższe trzy dni też mam napięty, będzie więc krótko - magicznego wikendowania! lol

niedziela, 23 września 2012

Tak było wczoraj w Dublinie z okazji corocznego Culture Night. Oczywiście i mnie nie mogło tam zabraknąć. Od razu może powiem co mi się nie podoba w takowych narodowych spędach (nagle wszyscy są zainteresowani, oczywiście bo za darmo). Nawet nie tłumy, bo ja nie jestem jakoś szczególnie na nie wrażliwa (z wyjątkiem klaustrofobicznych pomieszczeń), ale fakt, że aby każdy miał szansę wejść i zobaczyć, wymaganym jest robić to szybko. A nic tak Ofcy nie wkurza, jak podejmowane próby jej popędzania, wszelakiego. Folks, move faster, move faster folks, to jest to, co zapamiętałam z Jameson Distillery. Nie mogę się jednak obrazić, bo wszyscy, którzy tam byli w normalnych okolicznościach (czyli kupili bilet i uświadczyli zwiedzania z przewodnikiem) opowiadają, że jest świetnie i to nie tylko ze względu na degustację różnych rodzajów whiskey dla porównania z potrójnie destylowanym Jamesonem. Nam zaoferowano szklaneczkę Jamesona oczywiście, rozcieńczoną z ginger ale, po czym rządkiem jak gęsi musieliśmy przesuwać się po obiekcie próbując oglądać i czytać o tym jak się produkuje ten trunek. Tylko się wściekłam, bo tak jakbym polizała lizaka przez papierek. Dziękować, że stałam w kolejce tylko 10 minut, bo jak wychodziłam, to kolejka zawijała kilkakrotnie. Muszę jednak przyznać, że zaciekawił mnie ten smak, szczególnie, że ja w ogóle nie lubię whiskey, burbonów, bimbru i reszty tego pokroju alkoholi, po których tak nieprzyjemnie się beka (sorry).

Dalsza część wieczoru była o wiele przyjemniejsza, choć stałam w kolejce minut 50! Trochę mi się wierzyć nie chciało, jak zobaczyłam ten wydłużający się rządek, a jednak... James Joyce House of The Dead przy 15 Usher's Island nad Liffey (web stronka nie funguje), ha! Nie będę ściemniać, że jestem ekspert, bo Joyce jest dopiero na mojej liście autorów do przeczytania zanim umrę, ale znam takich, którzy ekspertami są i wypowiadają się o nim czule. Dlatego ja się czule uśmiechałam pod nosem :) Oczywiście średnia wieku zwiedzających była ze dwa razy większa jak tych w Jamesonie, tym bardziej czułam się dobrze; wchodziło się grupami po 30 osób. Najpierw na dole menadżer budynku opowiadał o jego historii, a potem krętymi schodami (po całej długości ustawione były świece) szło się na górę do pokoju, w którym miał miejsce ten pamiętny obiad z Umarłych (po polsku chyba jest to tłumaczone Zmarli, ale ja wolę Umarłych jeśli Państwo pozwolą). Tam obecny właściciel budynku opowiadał dalej. Był to dom ciotek Joyce'a, miejsce, do którego ten lubił przychodzić i pisać, a te namiętnie urządzały obiado - imprezy, na których dyskutowano o życiu. Jakiś architekt się podobno ostatnio wypowiedział, że na jego oko budynek ma około 350 lat i jest niewątpliwie jednym z najstarszych w kraju. Ostatnio też dokopano się do oryginalnych pieców w kuchni oraz kominka. Nie dosłyszałam dlaczego, ale przez lata dom był opuszczony i miejscem koczowania wszelkiej maści pijaków, narkomanów i bezdomnych (podobno wyrzucono dwa wiadra strzykawek przy sprzątaniu), zdemolowany (całe oryginalne, stylowe umeblowanie trzeba było wynieść na śmietnik), część dachu brutalnie zerwana i wszystko co najgorsze człowiek może wyrządzić budynkowi, oprócz zburzenia. I pewnie nic by już z niego nie było, gdyby pewien miły pan, pasjonat Joyce'a nie kupił go 10 lat temu. Teraz jest to miejsce spotkań, wieczorów autorskich, muzykowania, prelekcji itp, itd.

Najważniejszym jednak clue wczorajszego dnia była jadalnia i ten zastawiony do obiadu stół, wszystko zgodnie z kartami Umarłych. Pieczona gęś, jakiś tam boczek, ugotowane warzywa, seler naciowy, amerykańskie jabłka, słodycze; zapach był niesamowity. Oczywiście nie zostaliśmy zaproszeni do ucztowania, jako, że wizualnych atrakcji musiało starczyć także dla tych wciąż w kolejce na zewnątrz. Pan właściciel zapytał jednak, czy są wśród zebranych panie nie Irlandki, no i chcąc nie chcąc byłam jedną z nich (druga była Niemką). Zawołał nas blisko stołu po czym wskazał na przykryty srebrny talerz i podnosząc palec do góry polecił, żebyśmy raz na zawsze zapamiętały, którędy prowadzi droga do serca irlandzkiego mężczyzny. Cholera, a mi się zawsze wydawało, że ci których ja znałam, mieli bardziej finezyjne kubki smakowe niż na... ugotowane ziemniaki! :) Dodatkowo mnie pan zapytał, czy to prawda, że seler naciowy jest w Polsce afrodyzjakiem, jako że tak powiedziała mu pewna poznana Polka. Odparłam, że ciężko mi powiedzieć z jakiej części kraju tamta pani pochodzi, ale u nas w Ostpreußen zdecydowanie tym karmi się króliki. Nie wiem dlaczego, ale towarzystwo zaczęło rechotać i stwierdziło, że to może właśnie jest sedno sprawy, ale na serio nie zakumałam co w tym śmiesznego :)

Ah, no i most, James Joyce Bridge, zaprojektowany przez Hiszpana Saniago Calatrava Valls i otwarty w Bloomsday 16 czerwca 2003 roku. I tu ciekawostka, dla naturalizowanych Dublińczyków przede wszystkim, czy wiedzieliście, że ten most jest dokładnie takiej szerokości jak ten dom oraz przedstawia otwartą książkę, a to szkło po bokach imituje strony, które człowiek przekłada ją czytając? Bo ja wcześniej nie wiedziałam.

Zakończyłam piątkową noc tradycyjnie w CFCP, kulturalnie pijąc niekulturalne ilości wina, w kulturalnym towarzystwie rzecz jasna. Czas do północy umilały nam cztery polskie panie saksofonistki, a po północy Bóg tylko raczy wiedzieć.

sobota, 28 lipca 2012

Tak jak już pewnie wiecie, kocham IFI. Nie ma nic lepszego na marazm jak pójście do fajnego kina na fajny film (a przed filmem zjeść fajna sałatkę i wypić kieliszek fajnego wina :)

W środę poszłam zobaczyć dokument, na który czekałam od wielu miesięcy. Przyczyną tego wielomiesięcznego czekania była moja własna wina - spóźniłam się z zakupem biletu podczas ostatniego Jameson Dublin Film Festival. Nie wiem dlaczego, ale i tym razem IFI reklamowało, że ten film jest pokazywany u nich exclusively. Zresztą jak i drugi, o którym opowiem. No może po prostu dlatego, że są wyjątkowi.

Nostalgia for the Light. Pewnie nie wszyscy znacie historię Chile (ja też nie do końca), ale o Pinochet'cie słyszeliście, prawda? To był jeden z tych skurwieli w Ameryce Południowej, który wprowadził wojskową dyktaturę. Taki pierdolony kolega generała Franco i Salazara w Europie, tfu. Film jest dokumentem paralelą. Zestawieniem dwóch tak różnych i jednocześnie podobnych światów. Chilijska pustynia Atacama (przejeżdżałam w 2009!) jest wyjątkowa dla światowych astronomów. To tam podobno najlepiej widać gwiazdy nocą (skutek bardzo małej wilgotności), tam na pewno jest największy teleskop świata, zrzuta naukowców z większości państw. Astronom to taki archeolog kosmosu, szuka odpowiedzi na pytanie skąd się wzięła Ziemia, a konsekwentnie człowiek. Czy wiedzieliście, że składową gwiazdy jest wapń, jak kości człowieka? Na tej samej pustyni Atacama kilkanaście matek/żon/sióstr/córek od kilkunastu lat szuka szczątków swoich bliskich, których reżim Pinochet'a uprowadził i wymordował jako więźniów politycznych podczas dyktatury w latach 70 i 80-tych. Stare, piękne, niestrudzone, nieustannie poszukujące, przyznające, że doskonale wiedzą, iż są solą w oku społeczeństwa, wojska i rządzących, którzy wszyscy chcieliby już zapomnieć o przeszłości. I nie potrafiące zrozumieć, dlaczego, dlaczego nikt już nie chce pamiętać? Wstrząsające to było, zobaczyć taką kobietę na kolanach przerzucającą ziemię pustyni i potrafiącą od ręki powiedzieć, z której części ciała człowieka dany fragment kości pochodzi. Wstrząsnęła mną także swoista 'garderoba', w której przetrzymywane są odnalezione na pustyni szczątki, popakowane w pudełka, oznakowane, po które nikt się już nie zgłasza, żeby zidentyfikować. Koszmar. Wstrząśnień zresztą jest więcej. Myśleliście, że obozy koncentracyjne były tylko w Europie? Ja też tak myślałam do tej pory. Co prawda na Atacamie nie było komór gazowych, ale potwornie ciężkie więzienia. Jednym z bohaterów filmu był pan, który takowe przeżył, architekt. Za dnia wizualizował obóz, robił obliczenia odliczając krokami, w nocy szkicował, zapamiętywał każdy szczegół. A pierwsza rzecz jaką robił rano, to rwał tę kartkę papieru na drobne kawałki i topił w latrynie, aby broń Bóg nikt jej nie znalazł. Kiedy cudem przeżył to więzienie i wyszedł na wolność, odrysował z pamięci całość, z najdrobniejszymi szczegółami, ludźmi, sytuacjami. Powiedział, że nigdy nie zapomni radości jaka go ogarnęła, kiedy któraś z gazet to opublikowała już po upadku dyktatury, czym wywołała skandal i powszechną debatę w kraju. Ale co z tego, kiedy winnych wciąż nie ukarano. Albo dziewczyna, której dziadkowie zaraz po jej urodzeniu dostali ultimatum - albo powiedzą władzom gdzie się ukrywają jej rodzice, albo niemowlak zginie, a zaraz potem rodzice tak czy inaczej, jak tylko zostaną odnalezieni. A tak, to chociaż dziecko przeżyje... Wyobrażacie sobie piętno, z którym do tej pory żyją ci starzy ludzie? Dziewczyna wyrosła na przepiękną kobietę, ma piękne dzieci, jest... astronomem. I tak oto przeplatają się na Atacamie astronomowie szukający w kosmosie korzeni ludzkości oraz zwykli ludzie poszukujący śladów po bliskich sprzed 30 - 40 lat. Kocham motto tego filmu, jest takie moje - 'tylko ci, którzy rozumieją swoją przeszłość są w stanie żyć w teraźniejszości i patrzeć w przyszłość. A ci, którzy jej nie znają, nie żyją, nie mają początku, ani przyszłości.' Kiedyś pójdę na Hellingera!

Żeby jednak wejść już trochę w nastrój wikendowy, poszłam do IFI w czwartek na The Women on the 6th Floor, rewelacyjną francuską komedię. A trzeba wiedzieć, że nie jestem pasjonatem francuskiej kinematografii. Salę wypełniały głównie kobiety, a średnia wieku była z 60-ąt! Nie pamiętam kiedy ostatnio tak się bawiłam w kinie, a babcia siedząca obok mnie pobiła wszelkie rekordy. Ja podskakiwałam w swoim fotelu na skutek jej spazmów śmiechu :) Paryż lat 60-tych, burżuazyjna rodzina, poważny makler giełdowy i jego zafrapowana manicurem i kawusiami z koleżankami żona. A na ostatnim pietrze kamiennicy... stadko hiszpańskich pokojówek przybyłych z ognistej Iberii za chlebem, wynajmujących małe klitki. Co tam Wam będę opowiadać, obejrzyjcie! Powiem tylko, że szłam do kina zbita jak pies po ciężkim dniu, zasmarkana, a wracałam z bananem na gębie w podskokach. To jest film, który najlepiej obejrzeć w gronie przyjaciółek :)

A za tydzień Bank Holiday i wyprawa do Cork, ha!

Udanego wikendowania!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Fajne miałam ostatnie kilka dni, kulturalnie zainteresowane. Gościł w Dublinie w ramach PhotoIreland Festival 2012 Andrzej Różycki i na tę okazję odbyło się kilka spotkań u Moniki w CFCP. A że lubię się z Moniką także poza godzinami organizowanych imprez, miałam też przyjemność bliższego i nieformalnego obcowania z gościem i jego Filozofią Fotografii. Na marginesie dodam, że sama byłam jedynym nie-'artystą' w towarzystwie. Nie będę też ściemniać, że miłuję twórczość Pana Andrzeja od lat, że wiedziałam kim była Zofia Rydet, ani co tych oboje łączyło. Mam jednak jedną zaletę, lubię poznawać. Refleksje mam natomiast dwie: primo, że ludzi formatu Andrzeja Różyckiego jest już jak na lekarstwo i tylko dla nich powinno być zarezerwowane określenie artysta, secundo, świat (a na pewno Dublin!) jest pełen 'artystów fotografów'!

Zgodzicie się ze mną, że od kilku lat, gdzie człowiek nie pójdzie, kogo nie pozna, tam fotograf. Fotografują wszyscy, wszystko i wszędzie. Im większa lufa, tym bardziej poważny 'artysta', a stron na FB pod tytułem 'Pan/Pani XYZ Photography' jest bez liku. Znajoma moja Irlandka żartuje, że Polaka to wszędzie pozna - plecak na plecach i wielki aparat pod pachą, nawet w resorcie na Kanarach. Ja osobiście myślę, że odnosi się to do każdej nacji, bo to raczej kwestia czasów (aparat może mieć każdy) i mody, no ale rzeczywiście Polacy jakoś górą. Nie mam nic przeciwko fotografom, ba, sentyment zdecydowanie i lubię patrzeć na intrygujący obraz, ale po PhotoIreland 2012 mam chyba już przesyt. Zdjęć jest masa, wszędzie, jedne podobne do innych, jak odbijające się w lustrze siostry, przytłaczające. Dokonałam makabrycznego odkrycia w ostatni wikend - oprócz eksponatów Pana Andrzeja, nie zapamiętałam żadnego obrazu. Żaden mnie nie ujął, żaden nie został w pamięci, jak ta jedna kompozycja, która zwyczajnie wzbudziła niepokój. Sfotografuję w tym tygodniu i Wam pokażę; a może nawet będę mieć kiedyś w domu... A czemu mówię kompozycja, a nie zdjęcie? Przekonajcie się sami - wystawa zostaje w CFCP jeszcze przez dwa tygodnie. Wam w Polsce natomiast polecam wybrać się w któryś wikend do Łodzi. Odnośnie jeszcze tego niepokoju, jak już wiecie, artystką nie jestem, nie rozumiem zawikłanej nomenklatury, złożonych tez i wyższych przemyśleń. Mną kierują proste emocje, które wywołuje słowo, dźwięk, obraz. I taką emocję poczułam kilka dni temu późno w nocy - niepokój. Pan Andrzej powiedział, że opinia laika liczy się podwójnie. I ja mu z zamkniętymi oczami wierzę.

Artysta artystę artystą...

poniedziałek, 05 marca 2012

W końcu Woody Allen do mnie przemówił.

Nie wiem jakim cudem dopiero teraz znalazłam ten film (2008), ale spodobał mi się pierwszorzędnie, a najbardziej rzecz jasna ognista Penelope (za którą zresztą specjalnie nie przepadam). Poza tym jeżeli mam wybierać miedzy przyjaciółkami, to zdecydowanie stawiam na Cristinę. Bo to wielka sztuka wiedzieć czego się w życiu nie chce! ;)



poniedziałek, 20 lutego 2012

Dawno się tak nie wzruszyłam w kinie i siedziałam długo po napisach, pełna światła i nadziei. Przecudowny, chwytający za serce, mądry film. Ja wiem, że większość z Was i tak myśli żem wariatka, bo cokolwiek obejrzę, to pieję z zachwytu (zgadza się, za każdym razem wrzucam największą ilość gwiazdek do pudełka po festiwalowym pokazie, z nadzieję że każdy z nich dostanie nagrodę publiczności ;) ale naprawdę uwierzcie, że ten obraz jest wyjątkowy.

Pamiętacie Karmel (Caramel)? Where do we go now? to kolejna perełka w dorobku Libanki Nadine Labaki. Nie wiem jaki będzie polski tytuł, może A teraz dokąd? Liban to jedyny arabski kraj, który zawsze był mi bliski. Z pozycji politologa dlatego, że ze względu na położenie geopolityczne (granica z Izraelem) jest niestety do tej pory marionetką w rękach reszty świata arabskiego; stamtąd po prostu łatwiej ostrzelać Izrael. Po drugie, libańscy muzułmanie są najmniej zacietrzewieni i do tej pory nie rozumiem jak przeważający liczebnie sunnici, chrześcijanie i inni pozwolili sobą zawładnąć szyickiemu Hezbollahowi. Po trzecie, Liban jest multi-kulturowy i wyznaniowy; stanowiska państwowe i rządowe obsadzane są według klucza wyznaniowego. No i oczywiście Paryż Bliskiego Wschodu, perła kulturowa, moje marzenie - Bejrut. Do tego muzyka, jedzenie, moda, kwintesencja Lewantu. Ah, rozmarzyłam się.

Film opowiada historię zamkniętej społeczności muzułmańsko - chrześcijańskiej, żyjącej w zgodzie, gdzieś w górach na uboczu, w ogarniętym wojną Libanie. I przede wszystkim o mądrych kobietach, które robią wszystko, żeby wiadomości z kraju nie dotarły do nich na prowincję i nie zachwiały koegzystencji, ale i nie zniszczyły przyjaźni, w której wyznawcy obu religii żyją od lat. Opłakały już kilku swoich mężczyzn wystarczająco i kolejnych nie zamierzają, bo teraz marzą by założyć inną niż czarna sukienkę. Uśmiać się można do łez podpatrując co one są wstanie wymyślić, aby powstrzymać mężczyznę od chwycenia za broń. Ale i uronić łzę też, bo społeczność zostanie wystawiona na wielką próbę. Muzykę do filmu skomponował, jak i do Karmelu, mąż Nadine, Khaled Mouzanar. Cudowna, cudowna, cudowna. No i Nadine, też jak w poprzednim filmie, zagrała u siebie główną rolę.

Wzruszyłam się. Pomyślałam o Mamie i Mrufce, o tym, że mało jest rzeczy tak cennych w życiu jak mocna sztama fajnych kobiet. Wszystkie jesteśmy inne i wszystkie wyjątkowe, co musimy pielęgnować (bez patosu), ale koniec końców łzy zawsze smakują tak samo. Dlatego razem łatwiej i znacznie dalej można zawędrować.

Bardzo polecam!



"Czy wy zawsze musicie robić takie dołujące filmy?" zapytał zaprzyjaźniony Anglik po projekcji Kreta. Coś w tym jest, pięć polskich akcentów na tegorocznym festiwalu, i co jeden film bardziej ciężki. Ja tam jednak lubię ten nasz narodowy smutek, tylko w wydaniu kulturalnym rzecz jasna. Cieszę się, że zaczęli nas rozliczać z przeszłością młodzi filmowcy, tym bardziej, że Rafael Lewandowski jest tylko w połowie Polakiem; drugie pół serca ma francuskie. Jak już wspomniałam poniżej, miałam okazję go poznać osobiście, a nawet dostać krótki epizod w jego dokumencie. Ciepły facet, serdeczny, umiejący słuchać, a przede wszystkim patrzący na naszą polską historię z innej perspektywy, a mentalność z dystansu. TU możecie więcej o nim poczytać. Jak sam powiedział, Kret jest filmem o miłości i milczeniu. Opowiada historię byłego działacza solidarnościowego i przywódcy strajku w kopalni w stanie wojennym, który po latach zwyczajnego życia i prowadzenia wraz z synem biznesu (import używanej odzieży z Francji), zostaje nagle okrzyknięty zdrajcą. Jest posądzony o współpracę z SB, bycie agentem-wtyką w kopalni, a zatem współodpowiedzialnym za pacyfikację strajku i winnym śmierci kilku górników. Doskonała rola Mariana Dziędziela jako ojca (Zygmunt) oraz na serio świetna Borysa Szyca jako syna (Paweł). Ten drugi w końcu nie gra cwaniaka, tylko fajnego, ciepłego, rodzinnego faceta! Należy też wspomnieć granego przez Wojciecha Pszoniaka ubeka, który to właśnie po latach wywraca życie całej rodziny do góry nogami. Ta rodzina to także piękna żona Pawła, Ewa (Magdalena Czerwińska), walcząca po sądach o prawdę, bo to jej ojciec zginął wtedy w kopalni... To oziębła i zdystansowana do świata matka Ewy, to żyjący na zabitej dechami polskiej wsi brat Zygmunta oraz na francuskiej emigracji kuzyn, aktywny działacz polonijny. Wszystkich ich coś łączy, a potem nagle zaczyna dzielić, żeby znów połączyć - przeszłość.

Piękny film, naprawdę, choć zakończenie przerażające. I myślę sobie, że tę naszą historię - komunizm, stan wojenny, Solidarność - będziemy mieli w swojej krwi dopóki żyć będzie ostatnie pokolenie to pamiętające. Tak chyba zresztą zawsze jest z historią, co?

P.S. Odnośnik powyżej niestety nie działa (nie wiedzieć czemu!) więc tutaj Wam wklejam link.

http://wyborcza.pl/1,75480,10051111,Rafael_Lewandowski__Prawdziwe_zycie_w_Polsce.html

 
1 , 2 , 3 , 4