O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Roboczo

sobota, 07 lutego 2015

W tym tygodniu znów sobie przypomniałam o tym, jak bardzo gardzę ludźmi o miękkim kręgosłupie. I nie żadne choroby, czy inne tragedie losowe bynajmniej mam na myśli.

Do swojej obecnej pracy chodzę tylko z dwóch powodów - pieniędzy oraz pozycji jaka jest mi potrzebna w CV. Piszę o tym z premedytacją i z premedytacją też będę za jakiś czas z tej pracy odchodzić, dostawszy najpierw to, co potrzebowałam dostać. Tak, ja, zupełnie nie  wyrachowany człowiek.

Szefową mam okropną i nie potrafię o niej referować inaczej jak 'kurwa' czy 'pizda', dosłownie. I żeby było jasnym, ja osobiście nie miałam, nie mam i mieć nie zamierzam z nią absolutnie żadnego konfliktu, pozostajemy na etapie hello, how are you?, z obopólną niemą zgodą, że jedna nie oczekuje odpowiedzi od drugiej, czyli żadnych rozmów o pogodzie, ani wymiany innych grzeczności. Nie wiem co ona o mnie myśli (dała mi bon na święta za 250 euro!), bo ja o niej tylko tyle, że jest zwyczajnie złym do szpiku kości człowiekiem, nie mającym szacunku dla innych, stąd i ja nie mam do niej estymy za grosz. Domyślam się jednak, że ona doskonale zdaje sobie sprawę, że jeżeli by chociaż raz wyskoczyła do mnie z gębą przez całe biuro, tak jak ma w zwyczaju praktykować w stosunku do reszty pracowników i często zwyczajnie to bez powodu robi, to byłby to jej pierwszy i ostatni raz pod moim adresem. Śmieją się czasem ludzie jak pójdziemy na piwo po pracy, że jestem chyba jedyną osobą (nie wliczając szefowej osobistych przydupasów i kabli oczywiście), która nie spuszcza głowy przechodząc obok niej, mało tego, jedyną przy której to ona spuszcza swoją żeby uniknąć kontaktu wzrokowego. Nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Szefowa jest zwykła wariatką, myślę, że naprawdę ma coś z deklem, bo rozpiętość stanów, emocji i nastrojów jakie jest w stanie zaprezentować w ciągu jednego dnia nie jest normalna u normalnego człowieka. Krzyczy, drze się, wyzywa, awanturuje, za chwilę przeprasza, śmieje się w głos, podskakuje. Potrafi podejść do kogoś, kto od rana siedział w sądzie bo mieliśmy akurat 29 spraw tego dnia (!) i właśnie wtoczył się na górę z walizką pełną papierzysk i go opierdolić na głos że czemu tak późno. Albo dziewczynie, która cały Boży dzień stoi i skanuje, kopiuje, 'fajluje' powiedzieć na koniec że nic nie robi, więc niech się w końcu zabierze do pracy. Pani prawnik i rekin biznesu, wykwalifikowana położna podobno. Ręce opadają i biust też. Widziałam ją po prostu kilka razy w akcji przestawiania biura do góry nogami i kiedy poniżała ludzi, nie mam więc dla niej choćby odrobiny szacunku sama. Amen.

To nie szefowa jednak mnie rozczarowała w tym tygodniu, bo to jest już nawet niemożliwe. Rozczarowało mnie kilkoro współpracowników, których widziałam płaszczących się i kiwających przed nią na tych swoich miękkich kręgosłupach, po tym jak ona ich wcześniej potraktowała per noga, a oni zdążyli już obrobić jej dupę w kuluarach. Tfu! Nigdy nie były mi bliskie plotki, obgadywanie, podwójna twarz, wicie się, interesowność, mizdrzenie, naginanie morale w zależności od tego co się w danym momencie opłaca. Twardy kręgosłup mam po Rodzicach, jestem szczera, mówię rozmówcy wprost jeżeli się z nim nie zgadzam, szanuję ludzi jak tylko umiem, jestem konsekwentna. Popełniam też błędy i faux pas. Najważniejsze jednak dla mnie - nie brzydzę się sobą i bez wyrzutów sumienia patrzę w lustro co rano. Ale niektórych ludzi szanować po prostu się nie da.

W tym tygodniu odszedł też z pracy Barry. Dziwny chłopak, ale w przeciwieństwie do szefowej, jego szanować się dało. Najmłodszy chyba adwokat w tym kraju (24 lata), już po King's Inns, bystry, inteligentny, pracowity, ale najprawdopodobniej autystyczny, czyli na bakier nieco w relacjach międzyludzkich. Starał się jednak i wyczuć się dało, że jest w gruncie rzeczy dobrym i wrażliwym człowiekiem (dawało się też niestety wyczuć od niego czasem smrodek, ale to zupełnie inna historia, bo smród w moim biurze wyczuwa się również od kobiet, mało tego, Polka bryluje!). Jaki ten Barry był taki był, ale zwyczaj jest taki w tym kraju, że jak ktoś odchodzi z pracy, to kupuje się mu choćby kartkę, którą wszyscy podpisują. Zazwyczaj krąży też koperta i każdy wkłada tyle ile uzna za stosowne, albo nie wkłada w ogóle. I w zależności ile się uzbiera, coś się do tej kartki dokupuje - wino, cukierki, kupon w totka itp. Serce mi prawie pękło, kiedy nosiłam tę kartkę dla Barrego od biurka do biurka wtorkowym porankiem, żeby ludzie podpisali (o pieniądze rzecz jasna nie prosiłam!), a kilka osób, tych po których najmniej chyba bym się spodziewała, zwyczajnie mnie wyśmiało. Nie chodziło oczywiście o mnie, ale o tego biednego chłopaka. I próbowałam potem przez całe popołudnie ogarnąć myślami jakim to trzeba być człowiekiem, o jakim kręgosłupie moralnym, żeby wzgardzić kimś kto nic ci nie zrobił oprócz tego, że czasem śmierdział obok i jest w pewnym sensie chory (mówię TYLKO i WYŁĄCZNIE o podpisaniu kartki zwykłym good luck!), a chwilę później uginać się, poniżać i dupę lizać takiej zdzirze, która nie ma do ciebie krztyny szacunku, no kim trzeba być?!?

Później wieczorem dostałam maila od koleżanki: Byłam świadkiem jak Barry opowiadał G. jak miło mu było kiedy dostał tę kartkę i wino... Widać było, że naprawdę sprawiliśmy mu radość. Fajnie, o to w życiu chodzi przecież!

Są też mądrzy i wartościowi ludzie w mojej pracy na całe szczęście.

15:10, hadassa79 , Roboczo
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 stycznia 2014

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak głosi stare porzekadło i u mnie wychodzi, że prawdą to jest. 51 dni, tyle było mi dane delektować się błogim lenistwem bezrobotnego. Od poniedziałku idę do pracy. Moim zdaniem szybko, niespodziewanie i psim swędem trochę, ale doszły mnie słuchy, że szefowa jak tylko się dowiedziała skąd przychodzę (bankowy grajdołek) to od razu podjęła decyzję, że to będę ja. I sama (!) zadzwoniła do mojego byłego szefa! Mówcie co chcecie, ale świat jest mały, a Dublin to już na pewno i jak raz wystawisz sobie dobre świadectwo, to możesz być pewnym, że będzie już ono za Tobą podążać. Nie ukrywam, że długo się zarzekałam, iż za biurko to ja nie wrócę szybko, ale i się przyznaję, że już piątego dnia bezrobocia (w grudniu) mnie zakorciło wysłać życiorys do agencji rekrutacyjnej, tylko żeby sprawdzić jaka będzie nań reakcja. Kobieta zadzwoniła po kilku godzinach żebym do niej natychmiast przyszła w poniedziałek rano. Powiedziałam, że z przyjemnością, ale w poniedziałek rano za miesiąc, jako że właśnie oddalam się ku Ojczyźnie. Pożyczyłyśmy sobie wesołych świąt, dobrego nowego roku i na tym się skończyło w 2013. Oczywiście od razu po powrocie do niej nie poszłam, bo musiałam iść po zasiłek, do fryzjera itd, ale tydzień temu w piątek w końcu do niej dotarłam. Dała mi jeszcze kilka wskazówek jak podrasować CV pod tego właśnie pracodawcę, co też uczyniłam w poniedziałek przy porannej kawie w południe. W międzyczasie kupiłam bilety do Portugalii na luty. Po południu pani znów dzwoni, że we wtorek mam rozmowę z szefową kadr w tej firmie. Rozmowa trwała jakieś dwadzieścia minut i ta pani mnie przeprosiła, że tak szybko, bo normalnie to trwa, mało profesjonalnie, bo normalnie wysyłają maile i listy na firmowym papierze, i cała ta reszta, ale bardzo by mnie prosiła żebym przyszła jutro (czyli w środę) na rozmowę z szefową działu, który jest mną zainteresowany. Po czym zapisała szczegóły odręcznie na odwrocie swojej wizytówki. No to poszłam w środę do kolejnej pani, u której to nie wiem czy chociaż kwadrans byłam, a rozmowa wyglądała jak nieformalny czat, i ta właśnie pani sama zaproponowała, że zadzwoni do mojego byłego szefa... A że tak też uczyniła, to już wiecie. Wczoraj mój telefon nie przestawał dzwonić, a kontrakt (stałą umowę o pracę!) do przeczytania dostałam mailem; oryginał idzie pocztą. No i nie bardzo mam już wyjście - muszę wracać do pracy auć ;)

Nie ukrywam, że chciałam jeszcze posiedzieć trochę w domu, bo strasznie mi się spodobało na tym końcu świata. Ale też wiem, że pewne okazje trzeba po prostu wykorzystywać i byłabym bardzo głupia, gdybym tej nie wykorzystała. Nie codziennie przecież się dostaje propozycję pracy w znanej kancelarii prawniczej w mieście, a do tego dysponuje funduszami od byłego pracodawcy na zrobienie dyplomu, który to zresztą zaczynam w październiku. Całe życie miałam tendencje chadzać na lewo, to sobie raz na prawo pójdę, a co! :)

Wczoraj zaczęłam też panikować, że 51 dni miałam, a tyle zaległości wciąż nie nadrobionych. Przeczytałam więc do końca styczniowe Zwierciadło, obejrzałam raz jeszcze wszystkie cztery części Nad Niemnem (Boszzzz, jak ja kocham tę książkę, film i tę całą naszą, od stuleci niezmienną polską mentalność!), dwie części Przygód Pana Kleksa i przesłuchałam wzdłuż i wszerz dwa albumy Rodriguez'a. Znacie go? Jeżeli nie, to koniecznie obejrzyjcie ten film. To jest chyba jedyny film na świecie (dokument!) tak optymistyczny i dający wiarę, że życie, człowiek i Bóg, wszyscy razem są piękni i dobrzy. A zła wiadomość jest taka, że koncert Rodriguez'a w Polsce w marcu jest już dawno wyprzedany, a w Irlandii nie będzie on grał w ogóle. Za to już wiem jakie płytki oryginałki sobie zakupię niebawem. Always look on the bright side of life!

Pięknego wikendowania,

Ofczuś, Legal Executive :)



14:23, hadassa79 , Roboczo
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 października 2013

Tak zaadresowany list przeszedł dziś do mnie do pracy.

W środku, na wymiętej karteluszce jedno zdanie: "Załączam dowody, że nie mogę dalej spłacać. Przykro mi". Podpisano, Deirdre C, lat 51.

Owe dowody:

1. Plik listów od wszelakich irlandzkich doktorów stwierdzający osteoporozę i niezidentyfikowane puchnięcie lewej stopy, a zatem niezdolność do pracy (czyli analogicznie spłaty długu). Jeden doktorek był strasznie śmieszny, bo pisał: "Potwierdzam, że ta kobieta nie może pracować". Nie że moja pacjentka, albo Pani C., po prostu ta kobieta.

2. I uwaga... DWA ZDJĘCIA TEJ OBRZYDLIWEJ, SPUCHNIĘTEJ, W ŻYCIU NIE SŁYSZĄCEJ O PEDICURE STOPY, TFU! Takie własnoręcznie wykonane aparatem małpką i wydrukowane gdzieś w automacie zdjęcia. Tfu, tfu, tfu.

Odesłałam te makabry natychmiast z notką, że okej i po sprawie, płacić nie trzeba, wycięłam jednak ostatni standardowy akapit, że w razie potrzeby przedyskutowania sprawy raz jeszcze proszę śmiało dzwonić. Jak mogłabym rozmawiać z kimś o tak nieapetycznej stopie?!

00:28, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 lipca 2013

I bynajmniej nie mam na myśli kapitalizmu, żadnego dziada, ani tym bardziej, że wróci stare i to nowe obali :)

Zacznę może jednak od pogody, jak cała reszta narodu, bo takiej anomalii pogodowej na Zielonej Wyspie to nawet najstarsi górale nie pamiętają. Rzeczywiście, było kilka ciepłych i słonecznych dni w 2005 i 2006, podobno nawet upalnie w 1995, ale taka fala gorąca jak ostatnimi dnie, to mówią że 30 lat temu. W każdym razie mamy Mili Moi w Irlandii LATO. Takie prawdziwe polskie lato, kiedy na niebie nie ma ani jednej chmurki, a w powietrzu ani jednego podmuchu wiatru. Bo zieloną skoszoną trawą to pachnie tu tak czy inaczej przez cały rok. Siedzieliśmy wczoraj w ogrodzie do 1 w nocy, na krótki rękaw, a do drinków dodawaliśmy dużo lodu. Oczywiście nie była bym sobą - ani Polką, ani już prawie z zasiedzenia Irlandką - gdybym na koniec nie dodała, iż na dłuższą metę takie upały są uciążliwe. Nigdy nie byłam wielce słonecznym człowiekiem, więc bywam znużona w taką pogodę. Tym razem jednak walczę ze znużeniem i nawet cały dystans do pracy przechadzam piechotą, czyli 50 minut rankiem i tyle samo po południu. Wypada mi też dodać, że ja jak nie ja, wstaję teraz co świt sama samiutka, bez niezbędnej normalnie pomocy osób trzecich i powiem Wam, że nawet szczęśliwa jakaś taka, od razu od samego przebudzenia. Nowe idzie, normalnie idzie nowe :)

30 listopada 2013, że aż pogrubię czcionkę. Wtedy właśnie skończę swoją karierę bankowym burdeliku, finansowym zaścianku Europy. Może dopiszę na wszelki wypadek, że na tzw umowę o pracę ją skończę, bo chodzą słuchy, że co niektórych będę tak bardzo potrzebować, iż zaoferują im potem kontrakty. Chodzą też słuchy, że to mogę być ja. Nie wiem jak im się to wszystko kalkuluje i kto tym zarządza, ale wcale się nie dziwię, że to państwo jest w takim stanie w jakim jest. Nie dać najlepszym pracownikom podwyżki przez lata, potem zapłacić każdemu kilkadziesiąt tysięcy odprawy za dobrowolne odejście, a na koniec znów ich zatrudnić na umowę zlecenie, za wcale nie gorsze pieniądze. Na serio nie kumam, ale też oczywiście nie narzekam.

Tydzień temu w piątek zostałam poproszona do pokoju nowego szefa. Siedziało tam już dwóch innych niższych rangą. Paulina, zdaliśmy sobie sprawę, że jak odejdziesz, to nie pozostanie dosłownie jeden człowiek mający pojęcie o tym co ty robisz (a dodam na marginesie, że robię CAŁY tzw branch banking w Legal Admin!). Chcielibyśmy zatem zaproponować tobie na następne tygodnie rolę trenera kilku osób, które zostały zatrudnione przez bank na kontrakt do Personal Insolvency, a póki co nie mają co robić i zbijają bąki. (99% ludności tego kraju nie ma wciąż pojęcia, że takie coś zostało w ogóle wprowadzone w Irlandii na wzór brytyjski, czyli że każdy dłużnik może się teraz po prostu ogłosić niewypłacalnym, czyli bankrutem, a każdy wierzyciel pogodzić z faktem, że należności już nie odzyska). Nie możemy oczywiście zaakceptować takiej sytuacji, kiedy u nas jest taki ogrom pracy i nie wiadomo gdzie najpierw ręce włożyć. Każda dodatkowa para takowych jest więc na wagę złota. Czy moglibyśmy poprosić ciebie o przeszkolenie tych rąk? Tym oto sposobem pierwszy raz od praktyk w szkole w 2002 zrobiłam użytek ze swojego dyplomu nauczycielskiego. Lubię to i nie ukrywam, że mam zdolności belferskie, chociaż w roli typowego nauczyciela, dajmy na to w ogólniaku, sobie nie wyobrażam. Miało być troje podopiecznych, a wyszło czworo - Irlandka, Irlandczyk, Polka i nie zidentyfikowany mi jeszcze narodowościowo, choć już z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że piekielnie zdolny i bystry, czarnoskóry David. Opowiem może o nich nieco więcej następnym razem, po tygodniu już jednak wiem kto się nadaje, a kto nie i czyją pracę będę musiała uważniej kontrolować. Bo moja rola sprowadza się teraz do sprawdzania i poprawiania właśnie. Wezwana zostałam wczoraj powtórnie do szefa, który po moim sprawozdaniu kto jak co i ile zrobiliśmy wspólnie przez te pięć dni, zapytał A może jednak zmienisz zdanie i zostaniesz z nami? Zawsze byłam bardzo pewna siebie w kategoriach szkoły i pracy, ale wczoraj najbardziej w życiu. Odpowiedziałam więc, że nie ma możliwości żebym poświęciła pół własnego domu w Polsce, który już prawie mam, ale z przyjemnością rozważę kontrakt z bankiem od nowego roku :)

Fajnie mi się dziś pisze, opowiedziałabym Wam jeszcze parę innych rzeczy, ale muszę w końcu ogarnąć mieszkanie. Jak wiecie nie cierpię sprzątać, ale tym razem zrobię to nawet z radością, bo będzie to moje jedno z ostatnich sprzątań przy Connaught Street. Od września bowiem będziemy dzielić sprzątanie na pół z L, na zupełnie innej ulicy :)

Słonecznie, wikendowo, Ofczuś, choć częściej już Myszka :)



14:09, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 czerwca 2013

Bóg jest dobry, a przysłowie 'nie chwal dnia przed zachodem słońca' powinno dziś brzmieć 'nie spisuj dnia na straty po kijowym poranku'.

Nie będę Wam opowiadać o swojej pracy, bo po takim czasie nieopowiadania to niezręczne, jak natknięcie się w sklepie na dawno nie widzianą znajomą. Nie bardzo wiadomo od czego zacząć i tak właściwie to po co. Wymiana kilku kurtuazyjnych ach i ochów i spokój na kolejnych kilka lat. Ja achów i ochów pod adresem swojej pracy wystosowywać nie zamierzam, jako że od dobrych trzech lat niczego nowego się w niej nie nauczyłam i jestem ekspertem od prawnej windykacji w Republice. Mówcie mi  Dear Legal Executive ;) To co Wam chcę powiedzieć, zapytacie z pewnością Mili Moi? A już Wam mówię - po 7 latach biorę ładną sumkę dutków i ADEUS MEUS AMIGOS! Wychodzę z banku w pewien piątek i już nigdy do niego nie wracam, ha! Konkretną datę będziemy negocjować w przyszłym tygodniu (ja obstaję przy końcu grudnia), a sumkę już mniej więcej znam. Czekałam na tę chwilę od zeszłego listopada i jako, że odprawa się zmaterializuje w tym mniej więcej czasie tego roku, jak w mordę strzelił 12 miesięcy! Cały dziś dzień moją ulubioną sentencją było: good things come to those who wait. Hop hop hop :)

Co będzie potem nie mogę Wam jeszcze powiedzieć, nie wszystko też jeszcze sama jestem w stanie do końca przewidzieć, ale plany zaczynają się ładnie klarować i zapowiada się baaaaardzo fajnie. Nowe życie, nowe możliwości. Czuję się dziś jak ten ktoś z Kildare, kto wygrał 93 miliony w totka w ostatni wtorek, bo zakładam, że się bardzo cieszy. A tak na marginesie, czujecie wygrać 93 miliony euro w kraju, w którym trzeba się z tym ujawnić? Jak to moja Marian mawia: not in a million years! Nigdy bym nie chciała wygrać takich pieniędzy, nigdy!

Na tę dzisiejszą okazję zafundowałam sobie w Easonie piękne, ilustrowane wydanie Ulissesa oraz Dublińczyków. Będę miała niebawem dużo czasu na delektowanie się Jamesem Joyce'm. Ciekawe ile jeszcze dziś razy napiszę hop hop hop?

Poza tym - za Remarkque'iem i przekornie rzecz jasna - na zachodzie bez zmian ;)

A na dobry wikend o to:

Niektóre mają jeszcze czwartą - kończą się w dobry czas i odprawami, hop hop hop lol

23:37, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (3) »
środa, 28 lipca 2010

Jako, że wszyscy wiedzą gdzie pracuję i czym się w tej pracy zajmuję, odrazu przejdę do rzeczy. Około południa podchodzi jeden z moich kolegów i z przepraszającym wyrazem twarzy podsuwa mi pod nos żółtą karteczkę z napisanym na niej numerem telefonu. Wyjaśnie tylko tę przepraszającą minę kolegi. Zwyczaj w pracy jest taki, że jak się bierze dla kogoś wiadomość przez telefon, kiedy ten ktoś nie może akurat odebrać sam, to oprócz numeru telefonu zapisuje się co najmniej nazwisko tego który dzwoni i numer sprawy, którą chciałby omówić. My jednak staramy się również dopytać konkretnie o co chodzi, żeby ten kto potem ma oddzwonić mógł przejrzeć papierzyska i się przygotować do odparcia ataku (tak, do nas dzwoni się głównie po to, aby rościć pretensje). Czasem jednak bywa tak, iż dzwoniący jest bardzo lakoniczny i nie chce podać żadnych szczegółów odbierającemu wiadomość. Chce po prostu bezpośrednio atakować tego, który przysparza mu kłopotów. Fair enough. No i podchodzi biedny Brian i mówi, że próbował, ale kobiecina ostentacyjnie mu zakomunikowała (po angielsku), że chce rozmawiać z Polką, a jak teraz nie może, to ta ma do niej oddzwonić, i się rozłączyła. Żeby nie było, że jestem wredna małpa, ale nie mam w zwyczaju dzwonić do kogoś, kto jest tak ostentacyjny, a jedyne co o nim wiem, to jego numer telefonu. Leży więc sobie ta karteczka na biurku, a ja dokańczam poprzednią sprawę. Chwilę później dzwoni mój telefon. Odbieram jak zwykle, podając swoje imię, nazwę działu i pytam jak mogę pomóc, po czym pada pierwszy pocisk (po polsku) - Miała pani do mnie oddzwonić! Więc zdziwiona pytam - Tak? A w jakiej sprawie i do kogo? Drugi pocisk - Zostawiłam numer telefonu jakiemuś facetowi i powiedziałam, że chcę rozmawiać po polsku. - Aha, odpowiadam. I dodaję stanowczo, że nie dzwonię, kiedy nie wiem do kogo i w jakiej sprawie, ale teraz z przyjemnością pomogę w kłopocie. Po czym nadlatują dwa kolejne (i ostatnie) zdaniowe pociski, które również cytuję z dokładnością co do milimetra - Patrzcie ją, jaka beszczelna zdzira! Weź ty idź lepiej się wyruchaj ze swoim chłopakiem, to będziesz miała lepszy humor z rana! Koniec połączenia.

Wyżej wymieniony chłopak, kiedy się dowiedział o przykazaniu nieznajomej, odpisał - No jak kazała, to nie ma rady. Do zobaczenia wieczorem :-)

20:56, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (5) »
niedziela, 16 maja 2010

Źle się dzieje w państwie duńskim, oj źle, jak mawiał śp. Zeus, mój nauczyciel historii w LO. Mało tego, źle się dzieje jak Europa długa i szeroka. Kryzys ekonomiczno - społeczny się potęguje - dziury w gospodarkach poszczególnych krajów coraz trudniej jest łatać, a w społeczeństwach rosną nastroje rewolucyjne. Nie ukrywam, że mnie osobiście cały ten kryzys w Irlandii dotknął niewiele, oprócz tego, że od 1,5 roku nie miałam podwyżki. Piszę to zupełnie świadomie, zdając sobie sprawę, że narażam się dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy stracili pracę i często jedyny dochód w rodzinie, jak za pstryknięciem palca. Ja mam jednak prostą filozofię życiową - trudne sytuacje w życiu pojawiają się po to, aby stawiać im czoła, wyciągać wnioski oraz niedopuszczać do ich powtarzania. Poza tym wierzę, że Pan Bóg nakłada na człowiecze barki tylko tyle, ile ten jest w stanie unieść oraz, że każdy ma swój los zapisany na długo przed urodzeniem. Widocznie ci, którzy stracili pracę, musieli ją stracić, żeby coś w życiu dostrzec, zrozumieć i zmienić. Tak jak w każdej innej sytuacji podbramkowej, które także są wpisane w żywot ludzki. Moja współlokatorka Maria, pielęgniarka w jednym z dublińskich szpitali, również wyznaje prostą zasadę - co opadło, podnieść się musi. Dlatego po cięciach budżetowych, które znacznie obniżyły jej dochody w ostatnich miesiącach, nie wiesza psów na wszystkich po kolei, nie klnie na podstawy tego świata, nie rzuca petard w budynki rządowe, ani banki, tylko po prostu jedzie dalej w świat, przecierać nowe szlaki. Inna moja koleżanka, Śłowaczka - psycholożka, po tym jak straciła posadę w dziale HR firmy energetycznej, doszła do wniosku, że nadszedł czas, żeby w końcu zaczęła robić to, co nie tylko da jej dochód, ale też samorealizację. Zaczęła od studiów podyplomowych w doradztwie personalnym oraz rozkręcenia biznesu... ślimaczego.  Założyła farmę w Słowacji, a teraz nią zarząda z Dublina i rozprowadza na irlandzkim rynku restauracyjnym rarytasy ze ślimaków. Brzmi egzotycznie, wim, ale 'funguje'. Jakbyście ją znali, to byście nie uwierzyli, jak pozytywnie na wygląd i sampoczucie może wpłynąć utrata pracy; i jakiego dać power'a! Wiem, że każdy jest inny, i że jest gro ludzi niezaradnych życiowo, tak jak i tych, którzy cokolwiek się dzieje, dobrze czy źle, jęczą i są zgorzkniali (od tych ostatnich Panie Boże chroń), ale jak już napisałam, tak skonstruowany jest ten świat i każdy ma w nim inną rolę do odegrania. To zróżnicowanie zresztą jest podstawą rozwoju i ewolucji społeczeństw, co się analogicznie przekłada na fakt, że dzięki temu nie jest nudno na kuli ziemskiej, a gatunek homo sapiens ma szansę jeszcze długo na niej przetrwać. O ile natura pozwoli, rzecz jasna.

Zastanawiacie się jednak o co chodzi w tytule tego wpisu i co tak naprawdę chcę powiedzieć. Już wyjaśniam. Nie jest tajemnicą, ze pracuję w banku. Nie jest również to w jakim dziale - prawnej windykacji. Tajemnicą też nie jest, że od jakiegoś czasu lepiej się do tego nie przyznawać, szczególnie publicznie i w Irlandii. Ja nie noszę bankowego uniformu, bo pracuję w Head Office, ale ci z odziałów, którzy muszą, mają już zakaz chodzenia w nich po mieście - w drodze do i z pracy. Bo zwyczajnie stało się to niebezpiecznym. W zeszłą środę droga powrotna z pracy do domu zajęła mi dwie godziny, w związku z tłumami, które wyległy na ulicę! Wczoraj też ledwo się przebiłam przez dzielnicę białych kołnierzyków, wracając z biura. Wszyscy krzyczeli to samo - Smash the NAMA republic! NAMA, czyli National Asset Management Agency, to najprostszymi słowy, "zły bank", czyli instytucja powołana do życia przez rząd irlandzki jesienią 2009 roku, mająca na celu wykup od banków tzw bad debts, czyli toksycznych kredytów hipotecznych, jakich te udzieliły w ostatnich latach. Ma po prostu je uwolnić od ciężaru pożyczek. Ten projekt był kontrowersyjny od samego początku  (tak naprawdę liczą się teraz tylko trzy grupy bankowe w kraju i rywalizacja jest coraz bardzej zaciekła), a w połączniu z cięciami w budżetówce, to w chwili obecnej bomba zegarowa, na której między innymi i mnie przyszło siedzieć. Bo filozofia protestujących też jest prosta - skoro bank tyle napożyczał deweloperom, że nie jest teraz w stanie odzyskać, to trzeba taki bank zamknąć, a nie łożyć na niego z publicznych peniędzy. A idąc dalej tym tokiem myślenia, poprzez kwestie bezpośrednio dotyczące klientów (wzrost opłat za usługi i oprocentowania kredytów, przy jednoczesnym obnżeniu zysku od oszczędności), dochodzi się do konkluzji, że trzeba pozwalniać wszystkich bankowych darmozjadów, czyli takich jak ja.

W piątek prowadziliśmy z Arunią nocne rozmowy, także na ten temat. On myśli podobnie jak wspomniani przez ze mnie powyżej, choć mniej radykalnie. Bo oprócz tego, że nie pracuje w budżetówce, ma szeroki horyzont postrzegania rzeczywistości. Słuchaliśmy sobie Manu Chao i porównywaliśmy swoje racje. Ja swoją przedstawiłam w taki sposób - mam taki wpływ na system bankowy w Irlandii i wszystkie konsekwencje jego funkcjonowania, jak pan Jan Kowalski z Mysichcipek Wielkich na politykę rządu Stanów Zjednoczonych wobec  Bliskiego Wschodu, a cieszę się, że mam gdzie iść rano od poniedziałku do piątku (i czasem w soboty) oraz za co opłacać rachunki. I podróżować. I kupować kolczyki. I też z czego się dzielić z potrzebującymi. Przyznał mi na koniec część racji, stwierdzając za Francis'em Bacon'em (malarzem), że jeżeli człowiek nie jest socjalistą w swoich latach 20-tych, liberałem w 30-stych, a konserwatystą po 40-tce, to coś z nim jest nie halo. Ja, choć broniłam się przed określeniem 'liberał' wobec własnej osoby, musiałam mu się ostatecznie przyznać, że ma rację, ale zastrzegłam, iż wierzę, że konserwatyzm nie będzie mnie nigdy dotyczył. To jednak też się dopiero okaże.

Tymczasem, za moim ulubionym Karl'em Manheim'em, mam taki, a nie inny punkt widzenia, i uważam, że zamiast wychodzić na ulicę i wygrażać innym, ludzie powinni się skupić na tym, co zrobić, aby zażegnać kryzys i wyprowadzić kraj na prostą. Banki muszą istnieć, chociażby po to, żeby oni mieli gdzie trzymać swoje pieniądze. A faktem jest niezaprzeczalnym, że budżetówka tutaj przez lata miała jak u Pana Boga za piecem i takie pensje i przywileje, o jakich im podobni w innych krajach mogli tylko pomarzyć. Ba, my, szare bankowe pionki jedynie mogliśmy! Poza tym, historia tego świata już dawno udowodniła, że prowadzenie polityki smash, przynosi odwrotne skutki do zamierzonych. 

17:36, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (5) »
piątek, 19 lutego 2010

Spoźniona, bo dopiero teraz udało mi się zainstalować na laptopie oprogramowanie do Sony Ericssona K800i. I też dlatego, że to właśnie dziś, po raz pierwszy od tylu miesięcy, ja i moich trzynastu pracowych chłopa, postawiliśmy się nawzajem w bardzo niekomfortowej sytuacji. Nie będę się rozwlekać, bo i tak w poniedziałek wszystko wróci do normy, a poza tym ja jestem optymistką nieprawdopodobną. Tak więc popatrzcie sobie, jaką od nich dostałam Walentynkę tydzień temu. W środku było mniej więcej tak: "Lots of love, you know from who". Yep, I do know ;-)

21:53, hadassa79 , Roboczo
Link Dodaj komentarz »

A w Polsce i dalej na wschód już piątek od jakiegoś czasu!

Indżojuję bardzo. Piję wino i palę Vouge'i. Jednego za drugim, bo w Irlandii to już wikend, chociaż i tak musi człowiek wstać za kilka godzin, sic! Czy ja już kiedyś obiecałam nie ekscystować się za bardzo pracą? Chyba tak, chyba nawet tutaj... Ale nie umiem powstrzymać tej obrzydliwości, która mną właśnie rządzi. Jutro rano "wsiądę na grzbiet" komuś, kto od kilku mięsięcy sobie bardzo brzydko poczyna z BOI, i ze mną. Okropne to, że pamiętam - nazwisko i numer karty, którą zablokuję na wikend, z zimną krwią. Nie, nie jestem podła, ale czy to nie w Polsce mawiają, że do trzech razy sztuka? Bo potem to już wola Boża. Albo moja.

Jestem z siebie dumna, bo nauczyłam się być resistant. Przynajmniej w pracy mi to (w końcu) wychodzi.

00:24, hadassa79 , Roboczo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Nie byłabym sobą, gdybym nie przechytrzyła dziada i pojawiających się od kilkudziesięciu minut informacji, że jestem spamem i mój komentarz nie zostanie dodany. Na moim własnym blogu!!!!

Tak więc odpowiedź pod spodem Edb79 :-)

Dzięki, że tu zajrzałaś i zostawiłaś swój ślad.
Odrazu muszę Ci powiedzieć, że windykacja w Irlandii wygląda nieco inaczej niż ta, którą my, Polacy, kojarzymy z kraju rodzinnego.
- Tu nikt nie wysyła pod drzwi dłużnika odpowiednich gabarytów sąsiada zza wschodniej granicy.
- Tu bardziej nie popuszcza się tym, którzy nie płacą z przekory, jak to powiedziałaś, ale nie groźbą. Może dlatego, że tu łatwiej sądownie się "zabezpieczyć", czyli wejść na hipotekę na przykład, co nie ma nic wspólnego z wyrzuceniem człowieka na bruk.
- Tym którym los zgotował tarapaty finansowe, ale nie uchylają się od odpowiedzialności, idzie się maksymalnie na rękę, akceptując na przykład absolutnie groszowe raty, a często po prostu "odpisuje" dług, czyli wrzuca Bankowi w pule strat.
- Tu przestaje się naliczać odsetki i wszelkie inne dodatkowe opłaty w momencie kiedy taki dług przybiera status "bad debt", co chyba nie byłoby nawet do pomyślenia w PL, gdzie owrotnie - doliczają Ci jeszcze więcej, co prowadzi do paradoksów, że człowiek do końca życia spłaca same odsetki. Itp itd.
Jeżeli jednak pozwoliłabym sobie na brak taktu, a nie daj Bóg obrazę takiego człowieka, to najprawdopodobniej wylądowałabym na dywaniku, a po kilku razach za drzwiami.
Eh, odpukać dobrze zaczął się ten tydzień. Więc póki co zostaję ;-)

2 lutego 2010 - Do Edb 79 ciąg dalszy

Koniec świata trwa - po raz kolejny zostałam uznana za spam na swoim blogu, sic! Bo zorientowałam się dzisiaj, że co prawda skopiowałam wczoraj całą swoją skrzętnie wypracowaną wypowiedź, ale jakimś cudem nie wkleiła się końcówka...

Chciałam bowiem powiedzieć, że w warunkach polskich, takie jak opisujesz, ja prawdopodobnie nie mogłabym nawet sprzątać w takim dziale w jakim pracuję teraz, po prostu nie dałabym rady emocjonalnie. Ja tych ludzi nigdy nie widzę na oczy, ba nie z każdym mam także bezpośredni kontakt telefoniczny/mailowy/listowny, bo często załatwiam ich sprawy poprzez prawników albo komorników właśnie. I powiem Ci, że kiedy już do mnie zadzwonią, wolę aby na dzień dobry zaczęli wieszać psy na cały Bank i bluzgać pod moim adresem, bo wtedy jest mi łatwiej się zdystansować i mieć zimno-suczy ton, wyjaśniający, że od teraz mają rozmawiać z prawnikiem lub komornikiem. Ale rzecz w tym, że tylko nieliczni tak robią. Ludzie dzwonią, bo szukają ratunku - wsparcia i zrozumienia. I ja czuję się w obowiązku im go dać w maksymalnym stopniu jakim mogę. Naprawdę trudne to. I nie bez kozery praca w naszym dziale została uznana za jedną z trudniejszych na wewnętrznym forum Banku. A koniec końców, to jest tylko Bank - korporacja, która glównie dba o własny interes!

Nawet dzisiaj spędziłam pół dnia na przekonywaniu swojego szefa (ja mogę podejmować decyzje samodzielnie tylko do pewnego limitu długu, na "większe" ustępstwa muszę mieć zezwolenie), że dziewczyna, która wzięła potężny kredyt na to by skończyć studia (architekturę) zasługuje na to, by spokojnie zrobić magistra, tym bardziej, kiedy cały dział budowniczo - architektoniczny w Irlandii właściwie przestał istnieć od czasu oficjalnego ogłoszenia credit crunch na początku 2009 i dopiero kiedy znajdzie pracę (jakąkolwiek już wtedy) skupić się na spłacie długu. Udało mi się wynegocjować 2 sierpnia 2010. Ty wiesz z jaką ja przyjemnoscią dziś pisałam list do MABS (Money Advice and Budgeting Service - instytucja, do której zwracają się  ludzie w tarapatach finansowych o pomoc w reprezentowaniu ich interesów i negocjacje w ich imieniu), że dziewczyna ma kolejne pół roku na organizację własnego życia? Głupio to może brzmi z perspektywy mojej roli w Banku, ale ja naprawdę potrafię sobie wyobrazić co czuje człowiek w kryzysie! A chwilę później mój kolega odebrał telefon, że ktoś się zabije, bo już nie ma siły na przepychanki z parwnikiem, sic!

Tak więc jak doskonale rozumiem Twoje rozterki finansowe i naprawdę się cieszę, że już udało Ci się z nich wyjść. No i obyś nigdy nie musiała już przechodzić tego samego!

Serdecznie.

21:07, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (3) »
piątek, 29 stycznia 2010

Dzisiaj miałam review. Czyli - najprostszymi słowy - spotkanie z szefem w cztery oczy, jedno z takich, które w korporacjach muszą się odbywać co kilka miesięcy. Taka nieformalna dyskusja, na której Ty masz prawo wylać swoje żale i wypluć wszystko co siedzi na wątrobie, ale szef ma równakie prawo pod Twoim adresem. Wstałam, że tak powiem już wkurwiona o 7:24 (powinnam o 6:50!) i szlag mną miotał na myśl, że pierwotnie miało się ono odbyć w poniedziałek, ale okoliczności zewnętrzne i urwanie głowy totalne ostatnimi czasy, przesunęły je na dziś. No dziś to zdecydowanie nie był mój dzień! Bo jedyne co miałam światu do powiedzenia  od rana to fcuk off! No i zaczęłam swoją litanię od wejścia równo w południe - że mam dość, że nie daję rady, że za dużo, że mam za cienką skórę i zbyt słabą odporność na finansowe nieszczęścia w tym kraju, że nie umiem ludzi z zimną krwią pozywać do sądu, ani wysyłać komornika pod ich drzwi i w ogóle to się już nie dziwię dlaczego w naszym dziale są sami faceci, itepe itede. A biedna Mary B. robiła coraz większe oczy, patrząc na zmianę w moje i na zapisane kartki papieru przed sobą. Potem wzięła głeboki oddech i prawie że wyszeptała: a ja właśnie chciałam Ci powiedzieć, że dawno nie miałam takiej przyjemności powiedzenia komuś, iż tak bardzo jestem z niego zadowolona, bo robi świetną robotę...

Keith, mój najbliższy sąsiad biurkowy, mówi, że nigdy w życiu nie spotkał kogoś, kto aż tak na poważnie bierze swoją pracę, tym bardziej, że robi ją perfekcyjnie, mało tego, bierze ją personalnie. I przedrzeźnia mnie regularnie, imitując wschodnio-europejski akcent (którego zresztą ja nie mam o ile mi wiadomo), żebym nie była taka wrażliwa, bo się spalę przed 40-tką, a takie fajne babeczki nie powinny. Kuźwa, uwielbiam tych chłopców, autentycznie! Jak tak patrzę z perspektywy swoich dotychczasowych prac w życiu, to nigdy nie miałam tak fajnej załogi jak w prawnej windykacji! I nie czułam się nigdy tak prawdziwie kobietą! Bo z jednej strony regularnie co rano patrzą na kolor moich rajstop i czy przypadkiem nie wystaje mi kawałek cycka, a z drugiej traktują zupełnie poważnie kiedy w rachubę wchodzi podjęcie poważnej decyzji - wsiąść komuś na majątek i ciągać po sądach, czy dać kolejną szansę. Lubię to, nie ukrywam. Mam autentycznie równe prawo i głos jak oni, chociaż do czasu mojej przygody z BOI nie miałam nigdy w życiu nic współnego z prawem w pojęciu naukowym (no może oprócz wieloletniej przyjaźni z obecną Panią Sędziną ;-) I oni się autentycznie ze mną liczą! Mało tego, co piątek punkt 17:00 pytają czy pójdę z nimi "na jedno"!

Wiem, że czasem przesadzam, i to sromotnie, ale naprawdę, wielokrotnie mam za cienką skórę. Nie umiem zimnym tonem komuś oznajmić, że od teraz nie jest klientem (customer), a dłużnikiem (debtor) i że zabawa się skończyła. Ale może właśnie powinnam? Przecież ja nie mogę żyć finansowymi sprawami Polaków po godzinach pracy i budzić się w środku nocy z myślą o nich (jestem w głównej mierze odpowiedzialna za dłużników obcokrajowców, a pech chce że większa ich część to Polacy właśnie)! Ja nie mogę walczyć za każdego nieznajomego, nawet jeżeli znalazł się w długach bo życie spłatało mu figla! Zdziwilibyście się, jakbyście wiedzieli ilu z nich uratowałam od ciąganiny po sądach, albo kontaktu z polskim komornikiem za długi w Irlandii! Albo ile mam już "kaw" obiecanych!

Eh, nie ukrywam, bardzo miłych rzeczy się dziś o sobie dowiedziałam, jak już dopuściłam Mary do głosu. Bardzo pozytywny feedback! No rzeczywiście spasowałam po godzinie - poszłam na kawę; nabrałam dystansu do ton papierów na moim biurku. Kurczę, to jest takie ważne mieć fajnego szefa, i naprawdę mogę powiedzieć uczciwie - mam zajebistą szefową! Pomijam fakt, że to ona właśnie "pokazała" mi Imeldę May, że to ona zawsze zaprasza na drinka po pracy, albo że podsuwa fajnę literaturę do czytania. Bo najważniejszym jest to, że to też ona dba, by interes Banku nigdy nie stał w kolizji z interesem pracownika. I cholera, zawsze jej się to udaje! A że rodzaj pracy, którą nam przyszło wykonywać, jest taki a nie inny,  cóż... życie! Wcale się więc nie dziwię, że to ona właśnie została "Szefem Roku" w 2009! I śmiać mi się zachciało jak mi powiedziała, że była dziś w szoku o 9:15, kiedy zobaczyła tę czarną chmurę nad moją głową kiedy weszłam do biura - myślałam, że Ty nigdy nie jesteś w złym humorze! ;-)

Wybaczcie jak czasem przesadzam, tutaj też. Wydarzenia dnia dzisiejszego dały mi do zrozumienia, że życie naprawdę jest za krótkie i zbyt piekne by je marnotrawić na zły humor, nawet kiedy ktoś próbuje Ci wbić szpilkę w tyłek stwierdzeniem, że pracuje w BOI juz 40 lat, więc co ja, obcokrajowiec (z Portugalii zresztą, jak też dziś usłyszalam w rozmowie z managerem z Limerick haha) próbuję mu wmówić? Tym bardziej jak daje się z siebie 100%. I już mi się nie chce wracać do Polityki Kredytowej (dostałam dziś zaproszenie powrotu). Bo w zanadrzu mam trzy kursy, między innymi ten z pisania pism prawnych oraz asertywności, chociaż podobno ten drugi nie jest mi wcale potrzebny. Cieszę się. A coż więcej trzeba od życia, niż się cieszyć?

Życzę Wam samych pozytywnych review! Ja, póki co, zostaję w Legal Administration. A w środę zaczynam portugalski! :-D

Miłego wikendowania! (ja już czekam na Majkę)

22:01, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 stycznia 2010

No dawno mi tak nic krwi nie zepsuło na całe osiem godzin w pracy jak  list. Zwykła kartka papieru, zapisana i zaklejona w kopercie. A najlepszym jest to, że ja nawet tego listu na oczy nie widziałam, ba, nie wiem nawet kto go wysłał, podpisał i dlaczego. Bo do kogo dotarł już mi wiadomo; nazwiska nie zapomnę na długi czas.

Dziś o 9.30 rano dowiedziałam się, że jestem niewłaściwą osobą na niewłaściwym miejscu. Że za co mi niby płacą, skoro nie umiem się ustosunkować do korespondencji wysłanej na papierze firmowym mojego pracodawcy?  A przecież w tym kraju są całe rzesze o wiele bardziej kompetentnych ludzi, którzy z przyjemnością zajęliby moje miejsce! Potem nastała cisza na telefonicznej linii Dublin - Cork. Cień tego stwierdzenia stanął mi kołkiem w gardle podczas lunchu; ciągnie się za mną do teraz i za cholerę nie chce nawet zginąć w otchłani butelki z porto. Tak, nikt dawno nie zalazł mi pod skórę jak niejaka Mary R.

Teoretycznie powinnam wrzucić na luz już od południa, kiedy - po kilkudziesięciu takich rozmowach odebranych przez moich współpracowników również i zainteresowaniu kwestią przez bankową starszyznę - okazało się, że jakiś kretyn w centralnym dziale operacyjnym, nadzorujący automatyczną produkcję listów informujących o pobraniu opłat bankowych i odsetek naliczanych proporcjonalnie do rozmiaru kredytu, wysłał je także do ludzi, którzy co prawda mieli długi na kilkadziesiąt tysięcy euro, ale spłacili je w całości, a nawet z nawiązką, na przykład w 2002, albo i wcześniej! Tylko kont bank nie zdążył jakoś zamknąć od tamtej pory, sic! O ile dobrze sięgam pamięcią, w 2002 przygotowywałam się właśnie do zimowej sesji na studiach w Polsce i rozpoczynałam przemyślenia odnośnie w czym by tu się specjalizować. Kilka miesięcy później padło na Izrael. A w 2010, w Irlandii, przyszło mi o tej porze nasłuchać się obelg od jakiegoś babsztyla, w związku z błędem idioty, który pewnie nie ma nawet matury! Jasne nieba! Bóg mnie pokarał ułaskawiając pół roku temu przeniesieniem z nudnego działu polityki kredytowej do prawnej windykacji BOI. No bo komu najlepiej nawsadzać? Oczywiście tym, którzy na wizytówce mają Legal Administration! I to nam właśnie, mnie i moim dwunastu chłopcom, przyszło dziś świecić oczami i przepraszać za pomyłkę całej, zatrudniającej prawie 15 tysięcy ludzi, w trzech krajach, organizacji finansowej. Bez najmniejszego nawet, wizualnego pojęcia, za co przepraszamy!

Mało rzeczy w życiu jestem tak bardzo świadoma, jak to, że pod czymkolwiek się podpisuję i wysyłam w świat, jestem za zapisane słowa odpowiedzialna od A do Z. I przyjmuję tego wszystkie reperkusje. Dlatego, zanim cokolwiek podpiszę, czytam trzy razy. Ale odpowiadać za coś, czego się w życiu nie widziało za oczy? To jest tylko do cholery możliwe w korporacjach! Szlag by trafił tę recesję, deficyt budżetowy i paniczne grzebanie w kieszeniach u ludzi w poszukiwaniu jakiegokolwiek dodatkowego grosza. Nie na moje nerwy, nie mój styl! A na koniec informacja, że nasze emerytury są w zagrożeniu, bo firma ma miliardowe długi. Jeden pieprzony list!

Ukłony wobec wszystkich, którzy robią w  życiu to, co lubią, są sternikami na własnych okrętach i mają z tego satysfakcję. Nawet, gdy nie mają fajnych pieniędzy.

23:04, hadassa79 , Roboczo
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3