O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Literatura jest piękna

poniedziałek, 01 czerwca 2015

'Wy, Polacy, strasznie zadzieracie nosa - zaczął. - Pani może nie, ale wszyscy Polacy, jakich znam, mają się za nie wiadomo kogo. Przyjeżdżacie do Rumunii i krytykujecie tu wszystko, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że wasz kraj jest wyjątkowy. A to nieprawda. Macie ostatnio szczęście, bo wasza gospodarka jeszcze ciągnie, ale nie wiadomo, jak długo to potrwa. Bić się umiecie, pracowici jesteście, ale do Niemiec jeszcze wam daleko."

Proszę Pana, ostatnio to my mamy więcej nieszczęścia niż szczęścia w tej Polsce. A ja za dwa tygodnie osobiście Panu powiem, że wyjątkowa to jest Rumunia i że wielu z nas, Polaków, bliżej do niej po stokroć, niż do Niemiec.

Wspaniała lektura. Bardzo polecam!!!

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/bukareszt

sobota, 08 grudnia 2012

Miałam iść dziś na flamenco, ale zimo. Potem miałam wyrabiać kartki świąteczne, ale mi się nie chciało. Potem coś jeszcze miało być, ale też nie wyszło. Pić nie bardzo mogę, bo łykam prochy, ale wlałam kieliszeczek Byczej Krwi, bo jakże by inaczej w piątek. To chociaż Wam o Chrisie N. opowiem. Wspominałam już chyba kilkakrotnie, we wpisach, tudzież komentarzach, że czytam, możecie więc śmiało dedukować (jeśli chcecie),  że czytam jedna książkę na pół roku. Ta ma 500 stron, włącznie ze zdjęciami. Czasem schodziło mi pół dnia na gapieniu się w jedno zdjęcie. Czytałam, śmiałam się, przecierałam szkliste oczy, czasem je wycierałam z nadmiaru łez, wracałam, wspominałam, wyobrażałam, dalej czytałam, długi czas. Chris Niedenthal, Zawód fotograf.

Ten Pan opowiedział mi kawał historii Polski XX wieku, którą znam po trosze: ze szkoły, filmów, książek, polityki, autopsji, opowieści Mamy, zapisków Ojca. Opowiedział ją słowem i obrazem, z szacunkiem Panie Normanie Davis, ale najbardziej przekonująco. Tak jakby do historii trzeba było przekonywać, phi. Urodzony w Londynie w 1950 roku, w rodzinie z krwi i kości polskiej, choć o niemiecko brzmiącym nazwisku (Jednak dawno już w naszej rodzinie nie ma śladu po tej niemieckości, jako że mój prapradziad przeniósł się do wschodniej Polski, jak pisze dalej w liście dziadek Władysław i dodaje >Chciano zniemczyć Małopolskę, ale sztuka się nie udała, bo się sami spolonizowali - gruntownie!<). Mógł Krzyś swobodnie żyć nad Tamizą do dzisiaj, opływając w luksusy, o których jego rówieśnicy w Polsce w latach siedemdziesiątych nawet marzyć nie byli w stanie, bo zwyczajnie nieświadomi, że coś innego niż komuna w ogóle było możliwe. Ale Krzysztofa ciągnęło nad Wisłę. Zrobiwszy więc w Londynie dyplom z fotografii, postanowił nauczyć się jej naprawdę dopiero w kraju przodków. Dzięki Bogu się tam również zakochał w Karolinie, więc planów nie zmienił i pozostał do dzisiaj. A my za to możemy teraz czytać jego książkę. Pracował dla amerykańskiego Newsweek'a, później Time'a, niemieckiego Spiegla, świadkował pierwszej pielgrzymce Papieża Polaka do ojczyzny, strajkowi w Stoczni, obradom Okrągłego Stołu, rewolucjom w Pradze, Berlinie, Budapeszcie, życiu na jeszcze bardziej dalekim od Polski wschodzie, ale jak sam mówi, serce pozostawił w Gdańsku. Kombinował jak najprawdziwszy Polak w tamtych czasach z wysyłaniem rolek z negatywami do swoich zagranicznych pracodawców, buntował, że dzięki brytyjskiemu paszportowi ma przywilej kupowania kiełbasy bez kolejki. Ale kupował - sobie, przyjaciołom i połowie osiedla. Zdystansowany, ale z uczuciem, z angielskim sarkazmem i polską nostalgią. Musicie pamiętać to zdjęcie opancerzonego SKOTA (takie coś jak czołg!) na tle reklamy filmu Coppoli Czas Apokalipsy na budynku kina Moskwa w Warszawie, no musicie. To właśnie Chris!

A zakończę Wam po prostu zakończeniem książki.

Najlepiej, choć spontanicznie, podsumował moje dotychczasowe życie zawodowe sam Lech Wałęsa. Podczas olimpiady w Salt Lake City w 2002 roku spotkaliśmy się w trakcie jakiegoś wywiadu. Powiedział mi wtedy coś bardzo prawdziwego: 'Słuchaj Chris, ty się jakoś w ogóle nie rozwijasz. Ja byłem elektrykiem, potem związkowcem, noblistą i na koniec prezydentem Polski - a ty cały czas nic tylko fotografujesz i fotografujesz'. Miałeś rację, Lechu.

Dawno nie czytałam lepszej książki, na serio. Teraz kombinuję jak złowić autograf.


piątek, 12 października 2012

Już prawie pierwsza, a ja nie mogę iść spać. Słucham Trójki pod Księżycem, audycji o dzisiejszym (wczorajszym?) laureacie literackiej nagrody Nobla, Chińczyku Mo Yan. Literatura ma w sobie coś z prostytutki - pamięta się o niej kiedy jest na topie, mało którą po latach. Co tam będę ściemniać, nigdy wcześniej w życiu nie słyszałam o Mo Yan, ale bardzo spodobały mi się słowa jednego z zaproszonych gości ekspertów, jako odpowiedź na pytanie, czy myśli, że Noblista opuści kiedyś rodzinny kraj (w sensie żeby zaznać większej wolności słowa, bo póki co ani on więzień polityczny, ani inny prześladowany wywrotowiec i jako jeden z nielicznych tamtejszych zasłużonych literatów wciąż żyje w ojczyźnie; czyli podejrzany). A ten pan (Sajewicz chyba) odpowiedział: nie sądzę żeby wyjechał, miłość do Chin jest skomplikowaną miłością trudną.

Nie znam wielu noblistów, ale kawałek Szymborskiej i Orhana Pamuka tak. Poza tym kocham Izrael i mam problemy z miłością.

Literatura jest naprawdę piękna!

środa, 26 września 2012

Znowu przyszła do mnie samotność

choć myślałem, że przycichła w niebie

Mówię do niej:

- Co chcesz jeszcze, idiotko?

A ona:

- Kocham ciebie

Ks. J. Twardowski, 2000

 

poniedziałek, 10 września 2012

I kto by pomyślał, że Ofcę tak łatwo wzruszyć, i to w pracy. Autor wie, za którą strunę szarpnąć :) 

Atena mówi walcz.

Nie zrywaj ze mnie zasłon,

nie jestem pokojem,

nie próbuj błogo zasnąć,

nie tłumacz się znojem,

nie mleko lecz wino,

niech ciecze po twarzy,

ty również z piersią dumną,

walcz ze mną miast marzyć.

Sam sobą spojony,

jak marmuru kawał,

co nawet ruiną,

dostojnie wystawa,

nie z braku lecz z nadmiaru,

dumny pan na włościach,

nie spijaj lecz spajaj,

wędrując po kościach.

Gdy inni kojenia,

ty po twardą kibić,

nie szukawszy strzechy,

odrzucając tarczę,

jak dwa bogi żyjąc,

nie jak zwierz płochliwy,

w mocy nasileniu,

ja tobie wystarczę.

Daleko zostawić drżące liche plemię,

i w jednym uśmiechu, w jednym małym geście,

zawrzeć to co inni młócą noce całe,

jak dachowe koty miaucząc w całym mieście,

 

Walcz (uwaga zmiana rytmu;)


Nie o patetyczność chodzi, wszak rozumiesz to,

deszczu trochę w rąk powodzi, parasolów sto,

teraz byle serce draśniesz, już bandaży zwój,

łyka prochy drżąc o siebie, prawie każdy wój,

w znieczuleniu coraz większym, trwać nie pozwól nam,

nurkuj w ciemność do dna duszy, wytnij nas nas z tych ram,

nawet gwiazdy mają w sobie to co nasza kość,

przesypując w dłoniach piasek siły znajdziesz dość.

Walcz

a gdy ściągniesz ciężką zbroje,

zadrży cicho serce moje.

Atena mówi walcz, Autor

 

P.S. A ja... myślałam, myślałam, myślałam. Jak tu Autorowi autorsko odpisać, kiedy talentu nie starcza? Autor wybaczy, ale po godzinach tylko tyle wymyśliłam, nie-autorskie 3 w 1 - Stachura, Baka, Olsztyn :)

środa, 11 lipca 2012

Pamiętacie Murakamiego? Przebiegłam dziś... 30 minut! No dobra, trochę przeszłam, ale proszę przymknąć oko, bo nie biegałam lat 2! Niesamowite to jest, ten lekki umysł przy jednocześnie ciężkich nogach, tylko Bóg mógł to wymyślić. I dziś podpisuję się obiema racicami pod stwierdzeniem, że ból jest nieunikniony, ale cierpienie wyborem. Małymi kroczkami, ale do celu.

piątek, 09 marca 2012

Cudny to był wieczór! Nietuzinkowy, jak większość zresztą pomysłów, które ma i materializuje Monia S. w CFCP, takim naszym kulturalnym The Peach Pit (kto pamięta Beverly Hills 90210? ;) A tribute to Wisława Szymborska, Life is bearable at times, czyli w hołdzie naszej Polskiej Poetce Noblistce Wisławie Szymborskiej, Chwilami życie bywa znośne. Ciepło myślałam o Rzepci, mojej polonistce z LO, która wręcz kochała Szymborską i też odpalała jednego papierosa od drugiego; trochę jej ten wieczór zadedykowałam. Najpierw obejrzeliśmy piękny film/dokument, który wyreżyserowała Katarzyna Kolenda - Zaleska. Że takich pereł nie puszczają w świat! (podobno dopiero wczoraj dotarła do Dublina wersja z angielskimi napisami, które specjalnie na tę okazję, dopiero!, łaskawie, za pieniądze, przygotowano w Warszawie, aaaaa) Świetnie zrobiony, dowcipny, wzruszający, ukazujący poetkę w całej jej krasie - mądrej, skromnej, nieco zawstydzonej, zamyślonej, rozmarzonej, wrażliwej, o niebanalnym poczuciu humoru, która kochała zlepiać słowa. Ja widziałam zajawki filmu wcześniej, więc wiedziałam już, że Pani Wisława miała słabość do Andrzeja Gołoty (hihi), ale zaskoczona byłam jak wszyscy inni, że jej marzeniem, spełnionym właśnie podczas kręcenia tego filmu w 2009, była podróż do... irlandzkiego miasteczka Limerick! Jak nietrudno się domyślić, groteskowy wierszyk stamtąd właśnie pochodzi. Albo że namiętnie się fotografowała pod znakami ze śmiesznymi nazwami miejscowości; trzeba by ją zobaczyć przytulającą się do tego z Cliffs of Moher i recytującą adekwatny limeryk :) Spodobała mi się Pani Szymborska i trochę nawet dziś żałowałam, że nie podczytywałam jej wcześniej i znam li tylko kilka fragmentów. No ale przecież wciąż mogę zacząć...

Druga część wieczoru to cztery irlandzkie poetki-literatki recytujące wybrane przez siebie utwory Szymborskiej oraz niezawodna Monia S. czytająca to samo po polsku. Przy okazji dwóch wierszy zastąpiła Monię sama poetka, z taśmy rzecz jasna. Świetnie to wyszło. Catherine Phil MacCarthy, Jean O'Brien, Mary O'Donnell i Mia Gallagher. Ta ostatnia zrobiła na mnie ogromne wrażenie ekspresją z jaką mówiła, a właściwie przedstawiała te wiersze, całym swoim stylem bycia, wyglądem; miała w sobie coś, co przyciągało wzrok (to pewnie ta polska prababka z Poznania ;) a nie ukrywam, że moje oczy nie często tak się poddają. Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o tłumaczeniu. Tłumacz literatury (a poezji to już w ogóle!), to obok pilota i chirurga profesja, przed którą od razu ściągam beret. Nie wiem kto dokładnie przetłumaczył który wiersz, ale panie posłużyły się przekładami Stanisława Barańczaka i Clare Cavanagh (ta to dopiero ma pasję!). Obawiałam się tego bardzo, że zwyczajnie nie zrozumiem, ale nie taki wilk straszny jak się okazuje. Szymborska jest też chyba i wdzięcznym 'tworzywem', tak myślę, bo zarówno tłumacze jak i recytatorki dali mi poczucie spełnienia. A to wszystko w Dzień Kobiet!

Życie – jedyny sposób, żeby obrastać liśćmi,
łapać oddech na piasku, wzlatywać na skrzydłach;
być psem, albo pogłaskać go po ciepłej sierści;
odróżniać ból od wszystkiego, co nim nie jest;
mieścić się w wydarzeniach, podziewać w widokach,
poszukiwać najmniejszej między omyłkami.
Wyjątkowa okazja, żeby przez chwilę pamiętać,
o czym się rozmawiało przy zgaszonej lampie;
i żeby raz przynajmniej potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu, zgubić klucze w trawie;
i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze;
i bez ustanku czegoś ważnego nie wiedzieć.
***
Life is the only way to get covered in leaves,
catch your breath on the sand, rise on wings;
to be a dog,or stroke its warm fur;
to tell pain from everything it’s not;
to squeeze inside events,dawdle in views,
to seek the least of all possible mistakes.
An extraordinary chance to remember for a moment
a conversation held with the lamp switched off;
and if only once to stumble upon a stone,
end up soaked in one down pour or another, mislay your keys in the grass;
and to follow a spark on the wind with your eyes;
and to keep on not knowing something important.


niedziela, 22 stycznia 2012

Nikt tak pięknie nie pisał o miłości jak Ksiądz Twardowski. Że ubóstwiam Gałczyńskiego, Hłaskę, Pawlikowską - Jasnorzewską? No i co z tego. Właściwie to cedzę tę książkę, bo mogłabym już ją skończyć dawno. Ale nie chcę. Jeszcze nie wiem jak się skończy. 217 strona Księdza Paradoksu autorstwa Magdy Grzebałkowskiej. Tęsknota.

Usłyszałam o książce, jak o większości literatury i muzyki w ostatnich latach, z radiowej Trójki. Rozmowę z Magdą też słyszałam w Trójce. Nie wiem czy pochodzi z Gdańska, ale tam właśnie ukończyła studia (historia) i została redaktorką lokalnej sekcji Gazety Wyborczej. Mieszka w Sopocie. Nigdy nie pasjonowała się poezją, nigdy nie poznała Księdza Twardowskiego. To skąd pomysł na jego biografię? Nie pamiętam już dokładnie tej audycji, ale mówiła o zabawie w detektywa. Ambicja dziennikarska? Nie wiem. Postanowiła napisać o człowieku, który z jednej strony całe życie pisał wiersze i pragnął żeby poznał je świat, a z drugiej skrzętnie ukrywał całe swoje jestestwo. Niszczył zapiski, ukrywał wiek i skończone szkoły, miejsca, w których spędzał wakacje. Chciał, żeby pozostały po nim tylko wiersze, nic więcej z życia ziemskiego, no bo po co!?

Książkę właściwie się chłonie, dlatego trzeba chłodzić zapędy; zamykać co rozdział i kontemplować. Miałam w zamyśle, że napiszę tutaj, kiedy skończę całość. Ale nie mogłam. Strona 217, a właściwie już 214, i potem aż do 221, przemówiły do mnie, natchnęły, kazały zmaterializować myśli. Może to ten etap życia, kiedy rozmyślam o sprawach ważnych przez duże W, albo po prostu znów odzywa się we mnie poetycka natura (tak tak, mam to skażenie od urodzenia ;) Żeby było jasne, słyszałam w Trójce i nie wygrałam konkursu z tą książką w nagrodę; kupiła mi ją przeczuwająca wszystko Mrufka (KC Mrufko). Ksiądz piszący o miłości? Toć to gorsze niż schizma wschodnia! A ja Wam mówię, że guzik prawda. Najpiękniejsze liryki na świecie! Czyste, jasne, szczere. Było kilka kobiet, jak się okazuje, które Ksiądz żywił miłością. Ale tą z najczystszych, nie skażonych cielesnością. Gabrysia, W. (Wanda? Weronika? Wiesława?), Marychna - M., Janina P., może też nawet inne. Wydaje mi się, że najbardziej kochał właśnie Gabrysię. Chociaż z W., to chyba była największa, choć niespełniona cieleśnie pasja (i zazdrość!). Od M. uczył się francuskiego , a miłości Janiny P. chyba się w końcu przestraszył. Korespondencja ze wszystkimi urywała się nagle. Pozostały tylko wiersze. Kurczę, czytam, czytam i łapię się na tym, że zakochałabym się w Księdzu sama, gdyby jeszcze żył. Coś jest w tych mężczyznach umiejących składać słowa, z kobiecą duszą, którzy łamią serca i całe życia niektórym kobietom.

Ulegałem fascynacjom kobietami i nie wstydzę się tego, tak opowiadał sześć lat przed śmiercią dziennikarce Nowego Państwa (wszystkie cytaty pochodzą z książki Magdy). A czy ksiądz się kiedyś zakochał, zapytała owa dziennikarka. Odpowiedział: Całe życie kochałem, myślę, że nie można bez tego żyć. Taka miłość czysto duchowa?, kontynuowała ta. Tak, ale też bardzo ważna. Każda miłość mężczyzny do kobiety jest dobra, zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Ksiądz Twardowski pisał wiersze pod natchnieniem kobiet, nie ukrywał tego. Uważał, że jest w kobietach taka wielka odległość, coś szalenie subtelnego, a zarazem trywialnego. Ale to nie znaczy, że myślał o nich źle.

Poruszył mnie fragment listu do Janiny P., w którym prosił, żeby nie gorszyła się, bo pisze czasem jak zakochany, ale nigdy nie umiał żyć w pustce uczuciowej, zawsze musiał kogoś kochać, kimś się zachwycać, czasem kilkunastoma osobami naraz, choć zawsze to było niegroźne dla obu stron. Uczucie przyjaźni budziło w nim tęsknotę za Bogiem. Czasem żałuję, że sama nie jestem mężczyzną. Takim mężczyzną.

I jest jeszcze jeden podrozdział na zakończenie Tęsknoty. Raptem wielkie urazy. Musiał Ksiądz poważnie złamać jedno serce, kiedy jego własne słowa o męskiej odpowiedzialności zostały użyte przeciwko niemu, a cały kobiecy, anonimowy dramat skwitowany półwierszem: Może te słowa zbyt palą / Może niesłuszne są - nie wiem / Ale pisałam je w żalu - / Ale pisałam je w gniewie. I kilka słów o szukaniu miłości zastępczej, które pozwolą wrócić do równowagi. Tsss tsss tsss.

Tłumaczył się potem Ksiądz podczas rekolekcji, że ksiądz nie może się angażować w sprawy nie-Boże, że nie może mieć swojego innego świata poza kapłańskim. Kobieta bowiem wszystkie krzywdy mężczyźnie przebaczy, ale jednego nie przebaczy: jeśli będzie się dla niej poświęcał, a potem odejdzie... Podobno jego ostatnie słowa przed śmiercią w 2006 brzmiały: Ja nigdy nie miałem kontaktu z kobietą.

Nie wiem jeszcze co będzie dalej (oprócz tego, że bohater umrze), ale wierzę Księdzu. I sama tęsknię za taką czystą miłością bez roszczeń.

piątek, 01 maja 2009

To tytuł jednego z najlepszych opowiadań jakie w życiu czytałam, autorstwa Olgi Tokarczuk.

Pierwszą książkę Olgi, Prawiek i inne czasy, przeczytałam w klasie maturalnej, czyli jakieś 11 lat temu. Pamiętam jak nic! Od tamtej pory jest ona w czołówce moich ulubionych pisarzy. Potraficie więc sobie wyobrazić, jaką perełką były dla mnie zorganizowane przez Ambasadę RP w Dublinie dwa z nią spotkania?

We wtorek poszłam z Mućką, jako że moja Pańcia gościła w tym czasie w Dublinie. Rozentuzjazmowana, opatrzona w egzemplarz Biegunów i z postawionym już tygodnie wcześniej pytaniem, które zadam na koniec. Nie wiem, może to ten mój tębr głosu, może drżący on, może samo pytanie, ale z tamtego spotkania wyszłam z poczuciem, że jak Olga jest moją ulubioną pisarką, tak ja nie jestem jej ulubioną czytelniczką. Drobna nieścisłość w Strefie Boga nie dawała mi jednak spokoju przez długi czas.

Dwoje ludzi spotyka się na chwilę po 40 latach, w jednym, konkretnym celu, i nie ma tu żadnego podtekstu seksualnego. Zanim jednak do tego spotkania dojdzie, wymieniają między sobą po kilka maili. Pełni lęku, obaw i minionych lat zapomnienia. Rozdarci między otuloną śniegiem Warszawą i nieustannie gorącą Australią, może Ameryką Południową. Nie wiem, Olga tego nie dopowiedziała. Kilka dni przed finałem, wspominali w listach ostatni dzień przed rozstaniem, kiedy Ona wyjeżdżała z socjalistycznej Polski (pewnie była Żydówką).

Ona: Przyszedł wtedy na dworzec, ale nie pamięta go stojącego na peronie, choć wie, że kiedyś pielęgnowała ten obraz; przypomina sobie tylko ruch pociągu i coraz szybciej przesuwające się obrazy zimowej Warszawy, i myśl, która zaczynała się od słów: już nigdy.

On: Czy pamiętasz ostatnią noc przed twoim wyjazdem? Siedzieliśmy w parku na trawniku, było bardzo gorąco, czerwiec, egzaminy już zdane na pięć, miasto nagrzane za dnia oddawało teraz ciepło zmieszane z zapachem betonu, jakby się pociło. Pamiętasz?

Historie opisywane przez Olgę są w pewnym sensie przewrotne. Jak się dowiedziałam przy okazji spotkania, często zmyślone. - Czy to możliwe, że znalazłam nieścisłość w tym opowiadaniu? -Yyy, tak, w sumie możliwe. - Czy więc ta nieścisłość czasu była zamierzona, czy to tylko zwykłe ludzkie niedopatrzenie? Zanim jednak zadałam pytanie, upewniłam Olgę i wszystkich na sali, że chylę czoła przed autorką i że nie pamiętam kiedy ostatnio przeszedł mnie aż taki dreszcz podczas literackiej uczty czytelniczej. Kiedy skończyłam, sala ryknęła śmiechem, a Olga wpatrywała się we mnie długo swoimi czarnymi oczami.

Tak, zgodzę się, i w zupełności akceptuję odpowiedź, iż to co dla kobiety jest srogą zimą, dla mężczyzny może być upalnym latem. W końcu bardzo się od siebie różnimy, a dla Boga czas nie ma żadnego znaczenia. Długo jednak nie mogłam pogodzić się tamtej nocy z faktem, że podpisując mi książkę kilka centymetrów ode mnie, Olga była odległa o całe lata świetlne. Dystans i chłód, których nie odczułam w jej relacji do innych czytelników.

W środę po pracy poszłam do IFI, na film Żurek. Jako autorka opowiadania, na podstawie którego powstał ten obraz, Olga też tam była. Nie zadałam żadnego pytania po projekcji. Kupiłam za to kolejną książkę i ustawiłam się po autograf. Trzy osoby przed moją turą, podeszła do mnie tłumaczka z zapytaniem, czy mogłabym poczęstowć Olgę papierosem, bo ta widziała, że paliłam przed wejściem.

Chwilę później stałyśmy we dwie na zewnątrz i zaciągając się LM-em rozmawiałyśmy o pisarstwie, recesji i o tym że będąc w Irlandii warto spędzić kilka dni na Aran Islands.

Może jak ja kiedyś napiszę powieść, Olga też ją przeczyta... ;-)

piątek, 10 kwietnia 2009

Strasznie lubię kilka kolejnych minut kiedy skończę czytać książkę. A określink "strasznie" jest najwyżej notowanym w mojej randze pozytywnych.

Jeden z nielicznych momentów kiedy lubię koniec.

czwartek, 12 marca 2009

Przed chwilą skończyłam go czytać. Zajął mi drogę do pracy i z powrotem oraz kawałek wieczora. Właściwie nie lubię pospolitych czytadeł, tym bardziej romansów, lubię jednak Nurowską. Po pierwsze za styl - zupełnie inny od mojego, ale lekki, po drugie, za przekonująco i równie prostymi słowy przekazaną emocjonalną autoanalizę, do jakiej zdolna jest kobieta. Bo bohaterkami Nurowskiej są głównie kobiety...

Rosyjski kochanek to banalna by się mogło zdawać, opowieść o miłości kobiety i mężczyzny. Normalnie pewnie bym nie sięgnęła po taką lekturę przeczytawszy kilka zdań na odwrocie książki. Jednak opis tej wzbudził moją ciekawość, a teraz, kiedy znam historię, popycha do rozmyślań. Julia, Polka, profesor literatury, lat 51 i on - Aleksander, Rosjanin, pisarz - historyk, lat 30. I Paryż... Lolita Nabokova chyba nie zrobiła kiedyś na mnie takiego wrażenia, może dlatego, że romanse starszych panów z młodymi dziewczętami są już raczej chlebem powszednim. Bo że majętni dziadkowie już wieki temu zwykli byli brać młode i piękne żony, jak świat długi i szeroki, wszyscy dobrze wiemy. Romans jednak, czyli za przyzwoleniem dzierlatki, to jednak nieco inna bajka. Ale wracając do Marii Nurowskiej, momentami fabuła stawała się aż niewiarygodna w swojej idylli, ale przewidywalna. No i zakończenie zupełnie dalekie od Spóźnionych kochanków Whartona. Polubiłam jednak oboje bohaterów i gdzieś tam podświadomie trzymałam za nich kciuki, licząc w duchu, że autorka bardziej litościwie ich potraktuje niż Wharton swoich. Tak, tak, zagrała mi w duszy melodramatyczna babska nuta. No i oczywiście zaraz poczęłam sobie wyobrażać rozmaite sytuacje. Na przykład, że to moja Mućka mi oznajmia, iż jej nowy boyfriend jest w moim wieku. Huh! Pewnie gdyby to był Aleksander we własnej osobie, miałabym twardy orzech do zgryzienia bo... on sam mi się piekielnie spodobał. To znaczy to, jak opisała go Nurowska ;-) Chwała jej zresztą za to, bo to znaczy, że chodzą jeszcze po tej ziemi faceci, którzy potrafią wywoływać orgazmy intelektualne, nie u siebie bynajmniej. No i są emocjonalni, co się pięknie komponuje z zaradnością życiową i finezją jednocześnie. Zaraz także wyobraziłam sobie Grzegorza, męża córki Julii, Ewy - wiecznie skwaszonego, duszącego w sobie uczucia, z odciskami na rękach od codziennego rąbania drewna i brudem za paznokciami, któremu najlepiej w życiu wychodzi bycie przyczynkiem do rozmnażania, brrrr. No i relacja matka - córka. Trudna, zawiła, a właściwie jej brak. Znów mi moja Mućka przyszła do głowy, bo nie umiem sobie wyobrazić jak te dwie najbliższe sobie kobiety mogą być od siebie tak  daleko emocjonalnie, nawet gdy matka sama ma oziębłe wspomnienia odnośnie swojego dzieciństwa. Wzruszająco jest tu opisany ów głód uczuć z obydwu stron. Nie mam dzieci, ale jestem w stanie zrozumieć, ze każda rodzicielka chce jak najlepiej dla swojej latorośli i marzy jej się, aby miała ona szerokie horyzony. Ale co ma zrobić, gdy córka komunikuje po maturze, że nie zamierza zdawać na studia i zaraz potem rodzi czwórkę dzieci drwalowi wegetarianinowi, a jej praca też polega na podcieraniu tyłków noworodkom? Nie wiem, pewnie tylko zamilknąć, pogodzić się z jej wyborem i potencjalnymi straconymi szansami oraz zdobywać swoje kolejne habilitacje. Przypomniała mi się już anegdota, że ja też podobno po maturze zakomunikowałam w domu iż nie zamierzam studiować, tylko wyjść za mąż za Tomka i założyć rodzinę. Oczywiście tego nie pamiętam, w przeciwieństwie do słów jednego profesora z Mamy instytutu, że dziecko powinno mierzyć zawsze stopień wyżej od rodziców. Jak ojciec ma magistra, to ty zrób doktorat. Pamiętam, że zadałam mu wtedy pytanie co zrobić jak rodzice sami są profesorami i że wyżej się nie da. Teraz wiem, że ten tytuł nukowy był tylko przenośnią, bo chodzi o to by się spełniać samemu i dawać tym jednocześnie satysfakcję rodzicom. Córce Julii nie udało się osiągnąć żadnej z tych rzeczy, za to sama Julia zrozumiała, że rola matki powinna mieć wpisaną "satysfakcję mimo wszystko". Całe szczęście, Nurowska dała im jeszcze sporo czasu na poprawę błędów. Ciekawa i dająca do myślenia jest sama postać Julii, kobiety, która dopiero w wieku dojrzałym dostrzegła w sobie kobiecość i to, że może ona być bardzo atrakcyjna dla mężczyzny, nawet młodszego! Chociaż generalnie obcy jest mi fakt nie lubienia siebie (z małymi wyjątkami w wyjątkowych sytuacjach) dopingowałam Julię w jej zmaganiach do ostatniej strony. Nie głupi był ktoś, kto powiedział, że lepiej późno niż wcale.

A czy wierzę w miłośc 51-letniej kobiety i 30-letniego mężczyzny? Odpowiem tak, zawsze jak się zreflektuję, że mam problem z wiarą, w te pędy sięgam po tomik poezji Księdza Twardowskiego :-)

piątek, 06 marca 2009

Cieszę się, że byłem w stanie Cię tak podniecić!  To odpowiedź Areczka na mojego smsa, że właśnie przeżywam orgazm intelektualny, czytając pożyczonego od niego Greka Zorbę. Czy to normalne, żeby orgazm trwał trzy dni, a na dokładkę, nie zamierzał odpuścić przez kolejnych kilka? Wczoraj kupiłam jeszcze film, ten stary, z genialną kreacją Anthony'ego Quinn'a, i znów poszłam spać grubo po północy. Znów także utwierdziłam się w przekonaniu, że nawet najlepiej zrobiony film ma się nijak do książki. To zupełnie inne bajki. Zabrakło mi wielu scen, jak choćby tej ukazującej zepsucie moralne i idiotycznę wręcz bogobojność kreteńskich mnichów (od Krety!), zakończonej teatralnym spaleniem klasztoru. Przede wszystkim jednak niedosyt pozostawiło zakończenie. Bez zaakcentowania chociażby w kilku ujęciach dalszych losow Zorby i tego, że jego nauka niestety poszła w las, bo narrator powieści, okazał się mało pilnym uczniem. Reżyser (Michael Cacoyannis) powinien był dać szansę zrozumieć widzowi, który nie siegnął po książkę, że aby jego życie było coś warte, nie może w nim zabraknąć nuty szaleństwa. A najdobitniej by to wyraził sceną "kilka lat po", czyli przeciwstawiając stetryczały i nudny wręcz żywot 30-latka pisarza - filozofa (który co prawda próbował wystawić nos poza książki i żyć pełnią życia, ale angielski flegmatyzm wziął górę) z pocztówkami wysyłanymi doń przez Zorbę ze wszystkich możliwych zakątków Europy. 

Ale od początku...

Wbrew tutułowi, Greg Zorba wcale nie jest Grekiem! Ten ekscentryczny, nieprzewidywalny i o temperamencie włoskiej Etny mężczyzna, to Macedończyk z krwi i kości. Pewnie każdy z Was zna filmową piosenkę, nie raz bawił się przy niej na weselnej potańcówce, ale czy znacie całą historię Alexa Zorby? Bo ja przyznaję otwarcie - poznałam ją dopiero teraz, kilka dni temu, i wciąż nie mogę się nadziwić czemu tak późno! Od razu jednak uprzedzam - będzie rozczarowany ten, kto oczekuje wartkiej fabuły i zapierających dech w piersiach zwrotów akcji. Ja, opowiadając koleżance zza biurka, zakwalifikowalam tę historię do swojej ulubionej kategorii - heavy literature, czyli zupełnie odwrotnej do tej łatwej, prostej i przyjemnej, z cyklu "zabili go i uciekł, a potem ją zdradził". Może zabrzmieć paradoksalnie, bo nie jest ona wielce skomplikowana, wątek jest jeden, ale na pewno daleko jej do pospolitego czytadła. Styl jest szalenie poetycki. Dużo opisów przyrody, ale i detali codzienności, zakrawających o literacki realizm. No i oczywiście, przede wszystkim - Zorbowe filozofowanie! To uprawiane przez Anglika jest nieco cięższe, a jego abstrakcja o Buddzie momentami niezrozumiała, ale też ma swój urok - jest kontrastem dla nietuzinkowej osobowości Zorby. Nie chcę tu dyskredytować Szefa (tak Zorba nazywał swojego kompana), ale nie ukrywam, że w filmie mnie on rozczarował. Czytając książkę, byłam nim w pewien sposób zafascynowana, a w kreacji Alana Bates'a jest, według mnie, aż zanadto pospolitym "niespełnionym artystą". No i ten brytyjski do bólu akcent... ;-)

Greg Zorba to historia męskiej przyjaźni, jedna z najpiękniej opisanych, jakie odnalazłam w literaturze. Młody, dobrze urodzony i wykształcony angielski gentelman, który nie mogąc spełnić się w roli pisarza, postanawia zrobić coś pożytecznego i za spadek po ojcu wydzierżawić na Krecie kopalnię. Oczekując na prom w portowej knajpie, zostaje "zaczepiony" przez starszego już wiekiem, ale z bujnym temperamentem i równie kolorową przeszłością, macedońskiego obieżyświata, który w zamian za wikt i opierunek oferuje swoją zdolność do pracy i towarzystwo. Ameryki nie odkryję mówiąc, że można mieć pięć fakultetów z najlepszych uczelni i guzik pojęcia o świecie, a często i słomę wystającą z butów. Analogicznie więc, nie trzeba szkół by być mądrym czowiekiem. Zresztą nie wyobrażam sobie by w jakiejkolwiek szkole było możliwym nauczyć się tak kochać życie, siebie i drugiego człowieka, albo zachwycać drobiazgami codzienności.

***

Wybaczcie. Naprawdę starałam się dokończyć ten wpis, ale nie mogę... Wciąż czuję się podle i nie umiem przekazać mojego zachwytu Zorbą, kiedy przede mną pogrzeb. Jak tylko będziecie mieć okazję, przeczytajcie tę książkę, naprawdę warto. Ja zrobiłam pół pamiętnika notatek i przepisałam ogrom cytatów. A na 30-ste urodziny już zamówiłam własny egzemplarz. Na zachętę, zdradzę Wam jedną ze swoich tajemnic. To, że mam zwyczaj kupować książki, a potem w nich skreślać, zakreślać i dopisywać, to już wiecie. Od czasu do czasu zdarza mi się też robić takie adnotacje - "jedna z ważniejszych książek mojego życia". Uśmiałam się ostatnio, jak przy okazji porządków i przeglądu biblioteczki, znalazłam to zdanie na pierwszej stronie 11 minut Paulo Coelho. A zaraz potem przestałam śmiać, bo uświadomiłam, że każda przeczytana przez nas w życiu książka jest ważna, a poza tym chyba jakoś podświadomie je dobieramy do naszego aktualnego samopoczucia i stanu duszy. Tyle, że jedne pamięta się trochę dłużej, a do innych wraca kilkakrotnie, i na różnych etapach życia odnajduje prawdy, w których po raz wtóry potrzebuje się utwierdzić. Am I right? Grek Zorba zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Każdy człowiek wybiera swoją drogę, a ludzie różnią się między sobą jak drzewa. Czy miałeś kiedyś pretensję do figowca, że nie rodzi czereśni?

Życie każdego jest niepowtarzalne, innego nie ma, a więc wszystkiego, czego możesz skosztować, kosztuj dziś, bo nie ma nadziei na wieczność.

Wiesz co to znaczy żyć? Popuszczać pasa i szukać guza!

W momencie kiedy wszystko dzieje się na opak, wielkim szczęściem jest sprawdzenie, iż własne serce - wystawione na próbę - ma hart i wytrzymałość (...)

To tylko przedsmak Zorbowej afirmacji życia... Miłego wikendowania!

 
1 , 2