O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Erec Israel

piątek, 25 lipca 2014

Jestem złym człowiekiem.

Na tym powinnam skończyć ten wpis, po czym zakończyć bloga. Źli ludzie nie powinni pisać blogów. Żyć niech żyją, niech się męczą, ale prawo pisania powinno być im odebrane.

Trzy razy w tym tygodniu dostałam kosą pod żebra. Raz było tylko zadraśnięcie, raz kilka dni rekonwalescencji, ostatni cios śmiertelny.

Pierwsze to tak naprawdę był kamień. Doskonale wiecie czym jest Intifada. Kamieniem we wroga. Wróg przyjął razy bo miał równorzędnego do dyskusji. Drugim razem gojenie trwało dłużej, bo zły człowiek mówił, pisał i wyjaśniał, ale znokautowano go splunięciem i zmową milczenia, choć ten się dwoił i troił (dobry sposób swoją drogą). Trzeci raz zły człowiek padł. Zwyczajnie, z zaskoczenia dostał w aortę.

Pomyślicie, że zły człowiek zwariował. Ojciec się w grobie przewraca, Matka się modli, bo jedyne dziecko znów na zakręcie. A dziecku łzy żalu, rozpaczy i bezsilności płyną, zakrapiane goryczą i złością.

A tak na nasze, wiecie o co chodzi? Na pewno nie, więc Wam powiem. Pierwszy raz był we wtorek. Rozmawialiśmy w lunchu z dobrym kolegą. Powiedział, że się nie dziwi, że jestem jednostronna (chociaż mnie się wciąż wydaje, że jestem obiektywna?) ale muszę też bardziej otworzyć oczy na drugą stronę, bo mrzonki o pokoju i miłości tym razem nie wystarczą. Bo tam giną prawdziwi ludzie. Dostałam trochę po nosie i podkuliłam ogon, ale warto było. Bo nie wszyscy przecież to terroryści; tam też z są ludzie, którzy chcą zwyczajne żyć. Analogicznie z tekstu wychodzi, że było to zadraśnięcie, ale teraz odwracam razy. To były dni rekonwalescencji, mojego własnego punktu widzenia. Nauczyłam się, że dać rozmówcy szansę powiedzieć to jedno, jego też trzeba umieć usłyszeć.

Zadrasnęła mnie jedna koleżanka, aktywna pro-palestyńska działaczka w Dublinie, na co dzień zajmująca się pomocą humanitarną. Podesłała mi link z ponad godzinna tyradą jakiegoś historyka, który udowadniał, że Izrael nie ma prawa bytu w miejscu, w którym istnieje oraz że Żydzi planowali czystkę etniczną Palestyńczyków już pod koniec dziewiętnastego wieku. Nie wiem co zasugerował na koniec ów naukowiec, jakie miejsce dla Żydów na tej planecie, bo nie byłam w stanie dosłuchać nawet kwadransa. A że było to w komentarzach pod postem, w którym wyraziłam swoje oburzenie na jednostronny bardzo obraz w mediach, i zaczęło się robić trochę gorąco, postanowiłam skasować cały post, żeby uniknąć głębszej awantury. A przede wszystkim zrobiłam to z szacunku dla swojej izraelskiej koleżanki, która właśnie biegła do schronu pod Tel Aviviem oraz tej koleżanki działaczki właśnie, która jest bardzo zaangażowana emocjonalnie po stronie palestyńskiej. Po czym napisałam z osobna prywatną wiadomość do każdego biorącego udział w dyskusji wyjaśniając powód. Z każdym popisałam chwilę, oprócz Działaczki, która ograniczyła się tylko do stwierdzenia, że jest jej przykro, że nie ma u mnie miejsca na otwartą dyskusję i że to wszystko wyjaśnia. Ale co to jest to 'wszystko' już nie dopisała. Ponieważ naprawdę ją lubię, mam szacunek do ludzi i zależy mi na moich znajomych, napisałam jej w kilku zdaniach jak ja widzę sprawę. Że ja naprawdę nie popieram izraelskiej interwencji w Gazie, że złość mnie ogarnia na wiadomość o KAŻDYM niewinnym człowieku, który stracił tam życie, ale nie mogę zgodzić się u siebie na taką 'dyskusję', w której jeden drugiemu podważa rację istnienia. I jeżeli oczekuje ode mnie, że napluję teraz na Izrael, to nie, po prostu nie. Tak jak i pluć nie będę na Gazę, czy Zachodni Brzeg Jordanu. Po czym dodałam, że nie rozumiem tej personalnej nagonki na swoją osobę, bo przecież jesteśmy koleżankami. Możemy rozmawiać i starać się siebie nawzajem zrozumieć. Działaczka nie odpisała. Poruszona jej milczeniem, ochłonąwszy na drugi dzień, napisałam jej bardzo długi list. Nie jako pro-Izraelka, pro-Palestynka, ale jako pro-kobieta. Pisałam o swoich emocjach, o tym co czuję, że cierpię podwójnie, bo nie zgadzam się na to co robi Hamas, ale i rząd izraelski, że gdyby to ode mnie zależało i miałabym pewność, że mnie ktoś tam wysłucha na tym Bliskim Wschodzie, to zamiast tłuc się teraz do pracy autobusem w Dublinie, siedziałabym w samolocie do Izraela aby zatrzymać tę rzeź. Napisałam jej o tym co robi mój wujek, że jeździ do Palestyny jako ekspert z ramienia państwa polskiego, aby pomagać Palestyńczykom budować ich własną państwowość, że ja byłam w Izraelu i jestem świadoma jak daleko ten kraj się zapędził w swoim strachu przed islamistami, za co ogromną cenę płacą niewinni Arabowie muszący na co dzień stawać twarzą w twarz z ograniczeniami serwowanymi im przez silny uścisk Knesetu oraz ze strony zwykłych żydowskich oszołomów, których też przecież jest nie mało, i że to jest bardzo nie fair. Napisałam też jako politolog, który spędził trochę czasu czytając literaturę w miarę jak najbardziej obiektywną, poza tym słuchający codziennie wiadomości ze świata i wiem co to jest dżihad, Hamas, islamiści, jaką mają politykę, cel i metody działania, dlatego potępiam ich absolutnie i postuluję do wszechmogących tego świata, aby jak najszybciej znokautować tych barbarzyńców, żeby Palestyńczycy i Izraelczycy mogli jak najszybciej usiąść do jednego stołu i uzgodnić warunki rozejmu oraz powstania wolnego państwa palestyńskiego. Ale najbardziej napisałam do niej jako kobieta, która ma nadzieję być matką, która wierzy, że rozmową, kompromisem i ustępstwami jeden na rzecz drugiego można zbudować dobry świat ponad podziałami, gdzie ludzie różnych kultur i religii będą żyć obok siebie w zgodzie i poszanowaniu i że taki świat ja chciałabym po sobie zostawić dzieciom. Że brzydzę się każdym ekstremizmem i choć może to wszystko co piszę brzmi strasznie utopijnie i że ja nie mam sposobu na rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego, to wierze, że jest to możliwe. Tylko zacząć trzeba od podstawowej sprawy - WZAJEMNEJ AKCEPTACJI SWOJEGO ISTNIENIA! A powoływanie się na Stary Testament, czy Koran i przekrzykiwanie kto ma rację i prawo do ziemi jest po prostu chore w dwudziestym pierwszym wieku. Bo prawo ma i jeden i drugi w tej sytuacji!! (wyobrażacie sobie, że moja Babcia pisze teraz list to rządu litewskiego żeby jej oddał dom pod Wilnem, a oni po prostu oddają?). I że ja zdaję sobie sprawę, iż często brzmię radykalnie w swoich poglądach, ale naprawdę serce mi krwawi, kiedy ktoś kogo przez tyle lat darzę sympatią, oczekuje, że nasram do własnego gniazda. Dopisałam na koniec, że bardzo ją szanuję i życzę serdecznie. Koleżanka, działaczka organizacji humanitarnych pomagająca ludziom na całym świecie, do tej pory nie odpisała, chociażby zwykłego fuck off.

Wczoraj natomiast dostałam strzał prosto w serce. Będzie krótko i na temat. Kolega lat 45, pacyfista, wegetarianin, oczytany, parający się sztuką, z którym nie jedno wypiliśmy wino prowadząc fajne rozmowy. Nie widzieliśmy się dość dawno, nie rozmawialiśmy też. A tu na mój zajebisty ajfon przychodzi notyfikacja, że mam wiadomość na Fejsbuku. Tam link do jakiegoś artykułu z zapytaniem czy Palestyńczycy na to zasługują i opisana lista okropieństw udokumentowana drastycznymi zdjęciami. Wracałam dopiero do domu, a wiecie jak to jest pisać na telefonie w pojeździe będącym w ruchu. Poza tym od kiedy sprawy przybrały coraz bardziej potworny obrót przestałam czytać jakiekolwiek wiadomości i fora. Nienawiść ludzka jest ponad moje siły. Zapytałam więc o co chodzi i czemu akurat mnie o to pyta. Pomyślałam, że zna mnie przecież tyle lat, wie o moim sentymencie do Izraela, ale też zna jako człowieka na co dzień, więc jak mogłabym potwierdzić że ci ludzie na to zasługują?!? Czy słyszał mnie kiedyś nawołującą do nienawiści? Zacierającą ręce kiedy dzieją się zbrodnie? Czy chociażby wyrażającą radość z cudzego nieszczęścia? Rzeczywiście mógł mnie słyszeć głośno, jasno i wyraźnie potępiającą wszelkiej maści ekstremistów i barbarzyńców - muzułmanów bawiących się w dżihad, żydowskich ultra ortodoksów, którym religia na rozum padła, katolickich księży pedofilów, hinduskich gwałcicieli i każdego z osobna skurwiela tego świata, który krzywdzi drugiego. Mógł też czytać jasne deklaracje, że Izrael ma prawo do istnienia i obrony, ale że ma prawo bezkarnie zabijać dzieci? Zaraz potem przeleciały mi przez myśl wszystkie akcje charytatywne i zbiórki, w które byłam zaangażowana, włącznie z tą na dzieci w Gazie w 2008 roku, przelewy bankowe robione w najdalsze zakątki świata kiedy ludziom działa się krzywda, te wszystkie drobniaki i jedzenie zostawione potrzebującym na ulicy, czy zwykła pomoc przyjaciołom. No ale zaraz się zreflektowałam, że skąd niby kolega miałby o tym wiedzieć, przecież nie informuję na Fejsbuku, że kiedy mogę to pomagam innym. Więc dlaczego pyta o coś takiego? Zrobiłam podstawowy błąd, czyli podtrzymałam konwersację na tym ajfonie w trzęsącym się samochodzie. Skutek: najpierw powiedział, że jestem rasistką i nienawidzę Palestyńczyków, potem że wyzywam od szczurów Hamas, czyli biednych ludzi walczących o wolność, następnie zażądał żebym przestała tak kurczowo trzymać się 'plemiennej lojalności' i posłuchała mądrzejszych tego świata, którzy mówią prawdę, a na koniec, żebym kurwa w końcu zaczęła być człowiekiem!!! Po czym wykasował, zablokował i myślę, że nawet splunął. W szoku napisałam esemesa czy to na pewno był on, bo nie mogę uwierzyć, ale pozostał bez odpowiedzi. Co miałam zrobić, też wykasowałam. I wiecie co? Dawno tak nie wyłam z bezsilności.

Nienawiść do sąsiada w imię miłości do świata, głoszona z telefonu komórkowego, gdzie za pomocą kilkudziesięciu znaków można obedrzeć człowieka z jego człowieczeństwa. Gdyby tak można skumulować te słowa i przełożyć na dobre czyny, nie było by konfliktu na Bliskim Wschodzie, eksplodujących samolotów pasażerskich, szahidów, terrorystów. Gdyby tak ci wszyscy inteligentni, oświeceni i miłujący bliźnich ludzie z wieczorków kulturalnych, wystawili nosy znad Fejsbuka i spojrzeli w żywe oczy drugiego, po czym otworzyli portfele i zakasali rękawy... Takie tam majaki złego człowieka.

Zły człowiek pokasował wszystko, odlajkował i mówi DOŚĆ!!!

niedziela, 20 lipca 2014

Właśnie sobie przypomniałam, że mam bloga. Gdzieś znad notatek z prawa europejskiego i tych z equity (w Polsce takowe prawo 'słuszności' chyba nie istnieje, jak z resztą w całym systemie prawnym kontynentalnym, co najwyżej jego fragment ma odzwierciedlenie w powiernictwie, ale i tak nie wiem pod co to przypiąć w Polsce). Generalnie kuję od jakiegoś czasu, na przemian z udzielaniem się na fejsie w kwestii dziejących się właśnie wydarzeń na Bliskim Wschodzie. A czemu mi się dziś akurat blog przypomniał? Bo czytając po raz kolejny ten sam akapit z jakiegoś Lorda uzasadniającego wyrok w dziewiętnastowiecznej Anglii odnośnie transferu własności ziemskiej, zdałam sobie sprawę, że nie tym chciałabym zaprzątać swoje myśli. Poza tym jestem z natury uczciwa, wobec siebie i świata - byłam zdecydowanie lepszym pracownikiem jakiegoś instytutu bliskowschodniego gdziekolwiek na świecie, niż będę Legal Executive w kraju anglosaskim. Ale skoro powiedziało się A... Z drugiej strony, bardzo podoba mi się tutejszy system szkolnictwa (mówię o tym wyższym, bo to niższe trochę kuleje i wielu ludzi jest tu na bakier z wiedzą podstawową, choć ma też pewne dobre strony, na przykład możliwość wyboru przedmiotów) i gdybym była o dziesięć lat młodsza i miała te możliwości co teraz i tę znajomość języka, na pewno bym skorzystała w pełnym zakresie. Tutaj każdy może się przekwalifikować na dowolnym etapie życia, w zupełnie dowolnym kierunku. Moja szefowa na przykład, prawniczka z własną prężną kancelarią, zaczynała podobno jako...położna! Jeden z wykładowców w szkole zaczynał jako księgowy, a koleżanka z ławki z poprzedniego semestru jest od ośmiu lat nauczycielką języka irlandzkiego i muzyki w podstawówce i właśnie zdała egzamin wstępny do Kings Inn, czyli będzie się uczyć na adwokata.

Wyobraziłam dziś sobie, że zamiast czytać o tych zawiłościach prawnych przy transferach ziemi (lokalni mają pierdolca na punkcie majątku i posiadania hektarów), oświecam tych ludzi na temat tego co tak naprawdę dzieje się na Bliskim Wschodzie, jaka jest tego geneza oraz czyje jakie racje, bo póki co jedyne co wiedzą i powtarzają na oślep za brukowcami to to, że rządni krwi Izraelczycy strzelają do palestyńskich dzieci, dla zabawy rzecz jasna, sic! Boli mnie to co się dzieje teraz w Gazie, boli mnie zarówno śmierć tych 13 jak do tej pory żołnierzy IDF'u, jak i tych setek biednych i zahukanych przez Hamas Palestyńczyków. I choć już czytałam i widziałam na zdjęciach jakie żniwo zebrały wydarzenia ostatnich dni, niezmiennie i nieustępliwie powtórzę - ISRAEL HAS A RIGHT TO DEFEND ITSELF!!! IZRAEL MA PRAWO DO OBRONY!!! Nie zgadzam się na rakiety wystrzelone na Izrael i nie zgadzam się na podniesioną przez islamskich terrorystów rękę na ten ostatni przyczółek demokracji i NORMALNEGO, CYWILIZOWANEGO życia w tamtym rejonie świata. I skoro muszą w obronie tego poświęcić swoje życia młode i niewinne dzieci (izraelscy żołnierze to też dzieci!), to znaczy że muszą, choć wiem, że mi to łatwo powiedzieć. Czasem jednak nie mam już siły mówić...

A jak ktoś chciałby więcej poczytać o tym konflikcie i z pierwszego źródła, to zapraszam do Essy, fantastycznej dziewczyny, dziennikarki, która poznalam lata temu w Izraelu wlasnie.

piątek, 16 listopada 2012

Co ja Wam Ludki będę ściemniać, ze miałam tyle do powiedzenia na tematy wszelakie (a miałam, od uzasadnienia dlaczego Chris Dave jest lepszym perkusistą niż Dominic Howard, przez argument, że rower nie jest dobrym środkiem lokomocji w Dublinie, po raz któryś!!! oraz poradę, czy powinnam dać się zwolnić za odprawą), bo i tak mi nie uwierzycie, ze o Was myślałam. Poza tym, jak wiecie, dzień dzisiejszy weryfikuje bardzo nasze myśli z wczoraj. Na chwilę obecną złość miesza mi się z żalem, zakrapiam winem i łzami - RAKIETY LECĄ NA JEROZOLIMĘ! Mam tam przyjaciół, ich przyjaciele dostają wezwania na front. Przyjaciele w USA i UK gryzą palce z rozpaczy, co się teraz dzieje z ich bliskimi, czy wciąż mają dokąd wracać? Rzygam, dosłownie rzygam zdjęciami rannych palestyńskich dzieci na FB, jedynym argumentem 'ekspertów' bliskowschodnich. Czy Wy mi wierzycie, że po stronie Izraela też są ofiary, też dzieci? Że ja jestem PRZECIWKO jakimkolwiek ofiarom w ogóle? Że niczego tak nie pragnę jak pokój i współistnienie dwóch narodów obok siebie? Że problem jest o wiele bardziej złożony, niż (z szacunkiem) zdjęcia palestyńskich dzieci kontra izraelskie czołgi, od których zachodnie media aż kipią? Że Gaza to jest gniazdo żmij, a Hamas bierze własnych ludzi jako żywe tarcze żeby tylko podjudzać nienawiść świata do Izraela? Że życie ludzkie jest dla Hamasu gówno warte? Rozumiecie? Nawet jak nie, to ja akceptuję Wasz pogląd, ale naprawdę, nie mogę się zgodzić na rakiety wystrzelone w kierunku Jerozolimy, no kurwa na to nie mogę! Dlatego, skoro nie ma innego wyjścia, z obydwu stron, to zgadzam się na wojnę i modlę o jak najmniej ofiar. Tylko tyle mogę zrobić.

Jestem tutaj, w tej pro-palestyńskiej z założenia Irlandii, bardzo samotna.

niedziela, 16 września 2012

Dalej czytam Balagan, to znaczy podczytuje, bo ja to właśnie robię z książkami, które nie chcę aby się skończyły. Alfabet izraelski Pawła Smoleńskiego. Choć każdy ma swój własny, mój jest bardzo kompatybilny z jego. Z każdej litery alfabetu mogłabym napisać osobną książkę. J jak Jidisze Mame. Taka Matka Polka, Irish Mother, każdy pewnie kraj ma swój odpowiednik. A w Izraelu nazywa się ona "polska mama", ładnie, prawda?

Strażniczka domowego ogniska i żydowskiej tradycji, jidiszkajt, gwarantka tradycyjnej tożsamości. Silna, czuła, opiekuńcza (nadopiekuńcza), dominująca, religijna, choć nie zawsze, podziwiana, kochająca i bardzo kochana. Matkuje nie tylko dzieciom (zwłaszcza synom; dziewczynki wnet zostaną przecież jidisze mame), ale i mężowi ślęczącemu całe dnie nad Torą. Jidisze mame gotuje i sprząta, ceruje, szyje, łata. Handluje, zarabia, rodzi i wychowuje; praca w pełnym wymiarze godzin na kilku etatach. W diasporze najpewniej nie zna hebrajskiego, gdyż to język świętych ksiąg, męski, a rolą jidisze mame nie jest świętość i rozważanie starodawnych wersów, ale codzienność. Lecz z pewnością mówi językiem nieżydowskiego otoczenia sztetla, bo tylko ona - żeby utrzymać rodzinę - wychodzi na zewnątrz.

Tak było kiedyś. Dzisiaj jidisze mame to taka mama, że pozazdrościć. Może ciągle nadopiekuńcza (można sobie z tym poradzić), lecz przyzwalająca, rozumiejąca i wyrozumiała. Zrobi wszystko dla syna, ochroni, ale i obsztorcuje. Opowiadał mi Etgar Keret, wcale nie maminsynek, o swojej mamie, pani Ornah (gdy mieszkała jeszcze w Warszawie - adres najlepszy, róg Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, a potem najgorszy - getto, skąd uciekła - nosiła imię Felicja): - Mieszkaliśmy w Ramat Gan, pomiędzy strasznymi bandziorami. Był tam chłopak, postrach całej dzielnicy. Zresztą zabito go w więzieniu w jakiejś bójce. Idziemy kiedyś z mamą, a on okłada metalowym prętem mojego kolegę Drona. Nie bije, lecz wali tak, żeby zabić. Mama podbiega, łapie go za włosy i przedramię i mówi: "Ten, którego bijesz, to Dron, a ten tu to Etgar. Nie waż się ich nigdy dotknąć". On się śmieje i pyta: "Pójdziesz, taka czy owaka, na policję? Mogą mi skoczyć". Mama przysuwa twarz do jego twarzy: "Nie, po prostu cię zabiję. Popatrz mi w oczy, zobaczysz, że nie kłamię". A on skurczył się, uwiądł w jednej sekundzie... Gdy mnie potem spotykał, zawsze pytał: "Co słychać u pani Keret? Czy nie trzeba jej gdzieś podwieźć, w czymś pomóc?".

Albo: - Mój brat jest na froncie podczas pierwszej wojny libańskiej. Należy mu się przepustka, lecz go nie puszczają. Mama dzwoni do generałai żąda przepustki; to nie była fanaberia mamy, lecz regulamin. Generał mówi, że jest generałem i to on rozkazuje. A mama: "Dzisiaj jesteś generałem, ale jest przed tobą jakaś przyszłość. Nie igraj z nią, nie warto". I brat przyjechał do domu.

Też będę taką mamą!



wtorek, 24 stycznia 2012

No szlag mnie trafił w ostatni czwartek. A przypomniałam sobie o tym szlagu teraz, bo znalazłam podczas sprzątania tę ulotkę, która właśnie wtedy mnie wkurzyła. Poszłam sobie bowiem na koncert Ana Moura do dublińskiej filharmonii. Bilet miałam już od listopada, bo fado ubóstwiam, nawet kiedy jest takie popowe i koncertowe. No nie często w Dublinie się zdarza jakiekolwiek, więc bez zbędnych tłumaczeń. Na samej już wysokości filharmonii ofiarowana mi została ulotka. Nie pamiętam twarzy za grosz, ciemno bowiem było, ale męska na pewno. Wzięłam w garść (z grzeczności zazwyczaj biorę) i poszłam dalej. W międzyczasie (do bramy filharmonii) zerknęłam co to takiego tym razem. A tam, drukowanymi literami proszę ja Was, ANA MOURA, DON'T SING IN TEL-AVIV! I cały wywód o tym, jacy Izraelici są be (o okupacji, gettach, kolonizacji, torturach, wygnaniu itd), a Palestyńczycy biedni (poniewierani, upokorzeni, nie dopuszczani do czegokolwiek w kraju i cała reszta), i że Anna popierać tego zła nie powinna, dlatego najbliższy tam jej koncert (ten piątek), powinien być odwołany. No żesz kuźwa jego mać! Jestem w Dublinie, idę na portugalskie fado (muzyka, nie wiec polityczny!), a tu takie niespodzianki! Obruszyłam się, i jak kolejny koleś chciał mi wręczyć ulotkę, to mu powiedziałam, że nie dziękuję, bo już mam, a po drugie się nie zgadzam z tym, co tam napisane. Trzeba było widzieć jak pro-palestyński Irol do mnie skoczył! Że co? Nie zgadzam się?!?! Skoczył mi prawie do gardła; a dalej widziałam flagi, transparenty i samych zainteresowanych, sic! Ano kuźwa nie zgadzam się i co mi zrobisz!? Nie cierpię takich akcji, absolutnie. Jak byłaby promocja islamu (jak co tydzień w centrum Dublina), albo jakaś inna kulturalna zaczepka i worek argumentów, to może bym się zatrzymała na niezobowiązującą rozmowę i przedstawiła kilka swoich poglądów. A tak, wściekłam się tylko. FADO IDĘ SŁUCHAĆ, W DUBLINIE (IRLANDIA, EUROPA, KATOLICY!!!). Nic, weszłam do środka, kupiłam wino i zapomniałam o oszołomach na zewnątrz. A tam przy barze spotkałam koleżankę Emilię. I od słowa do słowa, ta mi opisała sytuację sprzed dwóch tygodni, kiedy zabrała swoją Mamę na Riverdance do Gaiety Theatre. Mówi, ze uciekać musiały (Mama, starszej daty kobieta, na stałe zamieszkała w Polsce i muzułmanów z jednym głównie kojarząca niestety, była tak wystraszona i spanikowana rozrubą, jaką owi Palestyńczycy i ich irlandcy poplecznicy zaserwowali pod teatrem - W DUBLINIE! IRLANDIA, EUROPA, KATOLICY!!!, że nie było rady i musiały wrócić do domu). Aha, bo żeby było jasne, Riverdance miał się pojawić w Izraelu za kilka dni. No koniec świata sobie myślę. Że bojkotują (korzeniami irlandzkie słowo!) izraelskie produkty, sport, biznes itd, to ok, każdy kupuje co chce, ale żeby takie jaja przed koncertem? Fado? W Dublinie? Przed Polką? Nie mieści mi się głowie. Zachowam jednak tę ulotkę dla potomnych. Może kiedyś komuś się przyda. Wierzę jednak, że do tej pory pokojowe metody Gandhiego będą bardziej popularne, chociaż za granicą.

poniedziałek, 31 maja 2010

Tak, muszę publicznie zabrać zdanie odnośnie tego, co wydarzyło się dziś nad ranem w Izraelu. Wydarzyło się na morzu, ale nie napiszę, że na izraelskich wodach terytorialnych, bo tego nie wiem dokładnie. Próbuję od kilkudziesięciu minut znaleźć tę informację w necie, ale bez sukcesu. Nikt się bowiem nie skupia na takich szczegółach. Na jednym z blogów oskarżających i poniewierających Izrael, znalazłam wpis, że były to wody międzynarodowe. Może. Ale jak powiedziałam, tego jeszcze nie ustaliłam, więc nie sprecyzuję. Bo cholernie liczę się z faktami. Odrazu też sprecyzuję inny fakt - JA NIE POPIERAM TEGO CO SIĘ WYDARZYŁO! NIE BIJĘ POKŁONÓW PRZED IZRAELEM I JEGO ARMIĄ W TYM WYPADKU. WIĘCEJ, JESTEM WSTRZĄŚNIĘTA!

Pozwolę sobie jednak zaczerpnąć z innego żurawia, bo tych radykalnych komentarzy jest już wystarczająco na chwilę obecną. Z tego co podał Reuters i New York Times, dowództwo konwoju miało zapowiedziane kilka dni wstecz, że do portu Gazy statki nie zostaną wpuszczone. Amen. Uzasadnienie, według mnie, jest jak najbardziej adekwatne. Władzę w Gazie, od wielu już lat, dzierżą ekstremiści, Hamas. Niereformowalni, zacietrzewieni, z jednym tylko celem swojego istnienia - usunąć Izrael z mapy świata, a wszystkich Żydów unicestwić w komorach gazowych. To nie jest tajemnica, to publicznie oświadczają radykalni przywódcy krajów muzułmańskich i to mówią wprost do kamer międzynarodowych dziennikarzy na swoich konferencjach, więc nie ma nad czym dywagować. Tak więc, owa załoga wiedziała, że bezpośrednio do Gazy nie ma prawa przycumować. Rząd izraelski zaoferował konwojowi port Aszkelonu, a stamtąd całą logistyczną aranżację przewozu dóbr do Gazy drogą lądową. Dlaczego się nie zgodzili? Czy naprawdę myśleli, że Izraelici zarekwirują wózki inwalidzkie i cement na budowę szkół? A czy nie pomyśleli, że ten zterroryzowany przez samobójców naród po prostu się boi i woli zapobiec szmuglowi broni do Gazy u samego zarania? Lepiej zapobiec niż później grzebać ofiary z wysadzanych w powietrze restauracji, nie? Przecież Żydzi to też ludzie, też się boją! I że niestety, najlepszą obroną jest atak, atakują.

Jeszcze raz chciałabym powtórzyć, ja nie solidaryzuję się dziś z Izraelem, więcej, mnie wkurwia sama myśl tego, co rozegrało się dziś na jego terytorium (tudzież wodach międzynarodowych go otaczających; nie wiem). Szlag mnie trafia, że po raz kolejny świat usłyszał o tym pięknym kawałku Ziemi i jego pięknych ludziach, w takich brutalnych okolicznościach! Ale uwierzcie, ja naczytałam się już tyle w życiu, przewertowałam całe księgi, pisane zarówno przez jedną jak i drugą stronę konfliktu, że mam powody, by nie życzyć śmierci temu narodowi, a zrozumieć jego motywy. Przeczyajcie No Man's Land Richarda Crowley, The People on the Street Lindy Grant, Army of Roses Barbary Victor, poczytajcie w końcu zapiski Etgara Kereta, czy Diny Rubiny. Nawet On the Other Side of Israel Susan Nathan. Cokolwiek przeczytajcie o Izraelu, żeby - nawet jak już dawno podjęliście decyzję, po której stronie barykady zasiąść - żeby mieć chociaż pojęcie co czuje i myśli przeciwnik. Bo najprościej, najłatwiej i jednocześnie bezboleśnie, a najboleśniej, jest kiedy wszyscy naraz chuzia na Józia. Tą drogą świat daleko nie zajdzie.

niedziela, 28 lutego 2010

Jak tradycyjnie już od tygodnia, byłam wczoraj w kinie, na kolejnym z festiwalowych majstersztyków, zdobywcy zeszłorocznych Złotych Lwów w Wenecji, wojennym Lebanon'ie. Trzeba przyznać, że fesiwal jest w tym roku na bardzo wysokim poziomie, co rozczarowywuje w jednym tylko względzie - trzeba wybierać między filmami, jako że te wyświetlane są jednocześnie, w kilku kinach, tylko raz. Siłą rzeczy można zobaczyć tylko jeden film, na przykład w piątek o 21:00. W tym wypadku nie miałam jednak wątpliwości - to był film, który chciałam zobaczyć najbardziej, szczególnie, że po projekcji było spotkanie z reżyserem, Samuelem Maoz'em. Ci co mnie znają dłużej, wiedzą o co chodzi ;-)

Lebanon (czyli po po prostu Liban) jest portretem wojny z 1982, kiedy - uproszczonymi słowy - Izrael zaatakował południowy Liban. Mówię "uproszczonymi słowy" świadomie, bo fakt, była to wojna agresywna (poprzednie zaczynały się od ataku drugiej strony), ale miała swoje złożone motywy. Zresztą nie chcę się tu zagłębiać w historię, politykę, ani swoje poglądy na ich temat, bo to wszystko nie ma w tej chwili znaczenia. Konkluzja jest bowiem jedna - każda wojna jest zła, a wraz z jej końcem nie ma wygranych, bo wszyscy są ofiarami, choć na różny sposób. Portret Libanu jest do bólu subiektywny - namalowany oczami reżysera, przez celownik lufy czołgu, obraz który ten zapamiętał sprzed prawie trzydziestu lat, kiedy sam siedział w tej skonstruowanej do niszczenia maszynie. Autentycznie, akcja rozgrywa się w ciągu kilkunastu godzin, na tych kilku metrach kwadratowych zamkniętego, brudnego, ociakającego moczem, krwią i ludzkim strachem czołgu. Światło wkrada się tam do środka tylko w momencie wizyt dowódcy odpowiadającego za atak na Syryjczyków, albo kiedy "wpadają" przez właz zwłoki zastrzelonego przez wroga izraelskiego żołnierza. Bo ciemno jest nawet, gdy "wrzucają" im arabskiego zakładnika. Im - czterem pięknym, izraelskim niespełna dwudziestolatkom, którzy ewidentnie nic nie rozumieją z gry w jakiej przyszło im brać udział.

(właśnie wróciłam z filmu Rewers i mam mieszane odczucia, bo powinnam była zobaczyć te dwa filmy w odwrotnej kolejności, zważając na swoje samopoczucie; wracam jednak do Libanu)

Film jest wstrząsający, ściska w dołku przez całe 90 minut. Chce się człowiekowi wyć, niezależnie od tego kim jest i po której stronie barykady stoi. Bo jak już powiedziałam, każda wojna jest zła. Bałam sie każdego ujęcia, każdej śmiertelnej ofiary, którą przewidywałam. Utożsamiałam się z każdą ze stron, ale też nie potrafiłam do końca stanąć po żadnej z nich. Strach, zwykły ludzki strach, czy jesteś zabijanym, czy musisz zabijać (choć wbrew własnej woli), żeby przeciwnik nie był szybszy, bo to TWOJE cenne życie. I wszechogarniający, prawie wręcz słyszalny na sali wśród widzów pytający jęk - po co to wszystko, w imię czego jesteśmy wraz z bohaterami zamknięci w tym czołgu - potworze? Ja, klaustrofobiczka, traciłam oddech kilkakrotnie. Bo jak go nie stracić, kiedy - nawet gdy akurat jest chwila spokoju na froncie - młody, brudny i wyczerpany emocjonalnie po strzelaninie żołnierz - opowiada o swojej ukochanej matce, czy pierwszym seksualnym doświadczeniu i że tak bardzo chciałby być teraz z kolegami na plaży. Zwykła ludzka potrzeba serca i ciała. A zaraz potem znów musiał przyjąć rozkaz ataku, tym trudniejszy do wykonania, że syryjski terrorysta zasłaniał się żywą tarczą - libańską kilkuletnią dziewczynką. I znów ma kilka sekund na dokonanie wyboru - strzelisz pierwszy, albo zostaniesz wysadzony w powietrze. To może byłoby i pół biedy, bezbolesne, tak rozsypać się w proch, gorzej gdyby żywym dostać się w ręce wroga. Zoom'uje więc ten dzieciak, patrzy ofierze w oczy i naciska na spust... Czołg bowiem, jak się okazuje, to taka zabawka, że póki ma kontakt z bazą, można go uratować, to znaczy czołgistów, helikopterem. Trudniej, gdy się zepsuje w zmasowanym ataku na terytorium przeciwnika, a baza nie odpowiada. Krzyczysz więc w niebogłosy, wycierasz nos i dalej strzelasz, już na oślep...

Zasmarkane łzy, trauma i pragnienie powrotu do domu - immanentne elementny każdego ujęcia - Izrael, Liban (do dziś marionetka wśród państw arabskich, wykorzystywana perfidnie z racji swojego strategicznego położenia), Syria; Żyd, Arab (ten muzułmański i chrześcijański); IDF, Falanga, Hezbollah, cywile. Wszyscy bez wyjątku, wszyscy przegrani.

Zaskoczył mnie reżyser - drobny, cichy, jakby trochę nieśmiały. Łamaną angielszczyzną opowiadał o wojnie, że podobno w rzeczywistości nie jest taka straszna, bo mniej skondensowana. Jak przeżyjesz, masz szansę na śniadanie na balkonie hotelu w mieście wroga... Tyle, że pamiętasz ją potem przez całe życie, kiedy teoretycznie wszystko wróci do normy. A niektórzy mają nawet szansę wewnętrznie się z nią rozliczyć i przeprosić trzydzieści lat później, na przykład robiąc film, tak jak on Lebanon. Zapytany czy się teraz boi o swoje bezpieczeństwo we własnym kraju, który raczej nie przyznaje się do porażki, tym bardziej publicznego jej pokazania, zdziwiony odpowiedział - a czego miałbym się bać, kiedy na spotkaniach takich jak to, wstają kobiety z prawego skrzydła i zapłakane przyznają, że nie miały pojęcia co ich synowie mogli przeżywac w czołgu? Ludzie są wdzięczni, że ktoś w końcu pokazał ich dramat, ich - okrzykniętych na całym świecie mordercami o zimnej krwi. Ja wiedziałem od początku, że nie dotrę do widza przez rozum, dlatego musiałem się do niego dobić przez serce.

Publiczność biła brawo długo i głośno. Nikt chyba jednak nie wyobrażał sobie, że wieczór mógłby zakończyć się tak bajkowo. Wstał pewien mężczyzna, starszy, z długą brodą i zupełnie spodziewanie zapytał - co w takim razie z umierającymi niewiennie pod izraelskimi czołgami Palestyńczykami? Dlaczego nie zrobił filmu z ich perspektywy? Wtedy to ja chciałam wstać i zapytać, czy on, Irlandczyk, zrobiłby film o Pólnocy z perspektywy Unjonisty, czy raczej ze swojej własnej, republikańskiej? A Szmulik odpowiedział, iż ma nadzieję, że na Bliskim Wschodzie niebawem zagości pokój i będzie się robić filmy o czymś zupełnie innym.

Obejrzyjcie Liban koniecznie, niezależnie od przekonań, bo to film, który otwiera umysł i serce.

piątek, 30 stycznia 2009

Intifada, z arabskiego "rewolucja kamieni". Tym terminem określane są palestyńskie powstania bez użycia broni skierowane przeciw izraelskiemu osadnictwu na terytoriach okupowanych (Strefa Gazy, Zachodni Brzeg Jordanu, Jerozolima Wschodnia).

Intifada Paulina, przydomek, który został mi dziś nadany przez zaprzyjaźnionego Włocha. I choć jest sprzeczny z moją naturą, ujął mnie za serce.

A ja tylko pomogłam Adrianie z ESB i zorganizowałam w BOI zbiórkę darów dla dzieci w Gazie.

Tak naprawdę pomogła garstka. Większość nie wychyla się dalej poza własny tyłek i nie ma pojęcia o otaczającym świecie. Albo po prostu ma go gdzieś. Myślę jednak, że do czasu, dopóki sama nie będzie potrzebowała pomocy. To już jednak bez znaczenia. Konwój z darami wyruszył dziś do Galway. W sobotę pojedzie do portu w Cork, a stamtąd popłynie do Aleksandrii. Z Egiptu już blisko do Gazy...

Ja tymczasem oddalam się jutro do Leeds. Spokojnego wikendu wszem i wobec!

niedziela, 11 stycznia 2009

W ostatnią Wigilię Bożego Narodzenia zmarł Samuel Huntington, amerykański politolog, według mnie jeden z największych geniuszy tego świata. To on na początku lat 90-tych ubiegłego wieku podważył teorię Francisa Fukuyamy stwierdzającą, że wraz z upadkiem komunizmu świat przestanie istnieć (swoją drogą, co za irracjonalizm!) i przedstawił inną geopolityczną - o mającym nastąpić niebawem zderzeniu cywilizacji. To on pierwszy przewidział, że to nie ideologiczne przepychanki na linii Wschód - Zachód, ale kulturowo - religijny antagonizm między Północą i Południem będzie spędzał sen z oczu ludzkości w XXI wieku. I się cholera nie pomylił za grosz! Teraz, gdy kapitalizm i demokracja rozgościły się pełną gębą w całej Europie, Ameryce i częściowo północnej Azji, i choć nie jeden argument można by przytoczyć, że nie są to idealne systemy polityczno - społeczne, nikt chyba z nas nie ma już wątpliwości, że lepszych do tej pory nie wymyślono, a na pewno nie zrobią tego cywilizacje na południe od 40o (mniej więcej) równoleżnika szerokości geograficznej północnej.

To co się dzieje w chwili obecnej na Bliskim Wschodzie, mam na myśli Erec Israel, a dokładniej Strefę Gazy, zaczyna być coraz bardziej scarry. Przynajmniej ja zaczynam się bać nie na żarty. Nie ukrywam też, że pogubiłam się nieco w swoich poglądach bo, jeszcze raz podkreślam, oprócz preferencji politycznych czy narodowościowych (każdy z nas je ma!) jestem też człowiekiem czułym i wrażliwym na los innych ludzi. I choćby ci ludzie żyli setki tysięcy kilometrów ode mnie, wyglądali inaczej, wyznawali inną religię, czy jakiekolwiek poglądy, a działa im się krzywda, mnie też to boli i chciałabym im pomóc. A w tym wypadku nie mogę i dlatego zabija mnie moja bezsilność. Nie mówię tu nawet o tzw. doraźnej pomocy, czyli fizycznym leczeniu ran ofiar wojny i nie jestem w tym stwierdzeniu okrutna - im pomogą inni, którzy mają taką możliwość z racji swojej pracy (członkowie organizacji humanitarnych). Ja mówię o edukacji, nie tej szkolnej bynajmniej. Problemem w Izraelu nie są pieniądze jak twierdzi moja współlokatorka (jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, tak mówi Maria). Jest nim ziemia, jest woda (dostęp do źródeł tej pitnej to cele strategiczne na całym Bliskim Wschodzie), ale przede wszystkim kultura i religia, czyli to, o czym pisał Huntington. Bo choć chrześcijaństwo, judaizm i islam mają wspólne korzenie, dwie pierwsze z wymienionych religii diametralnie różnią się od tej trzeciej, tak jak kultura narodów je wyznających. W każdym z zakątków świata znajdziemy ekstremizmy, ale niech nikt z Europejczyków, Amerykanów czy Japończyków mi nie mówi, że rozumie ekstremistów islamu, bo nie uwierzę. Dodam może jeszcze tych żydowskich, bo ja też ich nie rozumiem, choć oprócz opluwania wszystkich tych, którzy myślą inaczej, są niegroźni. No bo tak na chłopski rozum, łopatologicznie, jaką krzywdę może nam wyrządzić zacietrzewiona, antysemicka i moherowa miłośnica Ojca Rydzyka? Jak może zaszkodzić naszemu bezpieczeństwu ortodoksyjny Żyd, nawet gdy przespacerujemy się z rozdziawionymi buziami po Mea Szarim w Jerozolimie? Co najwyżej karze nam wyp***, choć dziesiątka jego dzieci będzie przyjaźnie machać z balkonu (generalnie polecam zwiedzać tę dzielnicę z okien samochodu). No dobra, osadnik żydowski na Zachodnim Brzegu Jordanu rzuci w nas kamieniem, jeżeli zaczniemy podważać jego tam obecność, ale to wszystko. Co natomiast skłonny jest zrobić ekstremista muzułmański, kiedy nie będziemy go popierać? Nie chciałabym się nigdy o tym przekonać na własnej skórze, ale myślę, że o wiele gorsze rzeczy. Tak samo jest z kulturą - powinniśmy ją szanować, ale na pewno jej nie zrozumiemy, kiedy wyrośliśmy w zupełnie innej! I wiecie co? Szkoda mi jak cholera Amy Winehouse, bo choć urodziła się w UK, pewnie w życiu nie była w synagodze i nie ma zielonego pojęcia co to jest Bar Micwa, a w czasie festiwalu Chanuka dekoruje Bożonarodzeniową choinkę, trafiła na listę islamskich terrorystów jako cel do ostrzału. Tylko dlatego, bo jest Żydówką!

To co chcę powiedzieć to tyle, że konfliktu izraelsko - palestyńskiego nie rozwiąże nigdy żaden polityk, choćby rządy na świecie miały się zmieniać codziennie, przez conajmniej koleje generacje. Bo tylko wzorem Stasi Bozowskiej z Siłaczki, czyli niosąc kaganek oświaty pod strzechy i edukując o poszanowaniu dla wszelkiej inności, można zaprowadzić pokój na Bliskim Wschodzie! Do dziś pamiętam fragment z The other side of Israel, kiedy Susan Żydówka przekroczyła próg domu zaprzyjaźnionego Palestyńczyka i została przedstawiona rodzinie, jego kilkuletnie wtedy dziecko zapytało dlaczego przyprowadził Żyda, a ten odparował: bo to jest dobry Żyd! To jak, for fuck sake, to dziecko ma wyrosnąć na respektującego odmienność człowieka, jak ma dojrzeć do świadomości, że nie ocenia się smaku jabłka po wyglądzie, kiedy od najmłodszych lat jest uczone, że Żyd jest generalnie zły, ale zdarzają się też dobre wyjątki, no jak? Spokojnie wrogowie, ta paranoja działa w obydwie strony! Wniosek jest jeden, dopóki oba narody nie zaczną siebie nawzajem szanować oraz dzielić ziemię, przedszkola i wodę, a nie o to walczyć, dopóty krew będzie się lać na tym skrawku świata strumieniami.

Drugie co chcę powiedzieć, to raczej zapytać, jak powyższe może mieć miejsce, kiedy 1,5 milionem ludzi w Strefie Gazy i też resztą na Zachodnim Brzegu rządzi banda zwyrodnialców z Hamasu, publicznie twierdząca, iż: "Izrael będzie istaniał tak długo (...) dopóki Islam nie zrówna go z powierzchnią ziemi" (Karta Hamasu, 1988)? Mało tego, banda mająca w głębokim poważaniu swoich braci w wierze, czyli wystawiająca ich jako żywe tarcze, karząc im wręcz wychodzić na dachy ostrzeliwanych budynków, podczas gdy sama ma się świetnie, ukryta w bunkrach i tunelach prowadzących do Egiptu (jest ich około 500!), bo już nie wspomnę, że cała śmietanka pewnie leżakuje w willach ościennych krajów arabskich? Muszą dać przecież dowód zezwierzęcenia armii izraelskiej, prawda? Zakładam, że każdy kto czyta prasę codziennie, nie omija również tych artykułów, w których Palestyńczycy błagają by zlikwidować Hamas raz na zawsze, bo przez nich oni, niewinni ludzie, padają jak kawki, a przecież ich jedynym marzeniem jest żyć, obok Żydów, jak kiedyś? Niczym innym w życiu tak się nie brzydzę, jak dwulicowością, a wykorzystywaniem bliźniego do własnych celów najbardziej!

Dlatego, zapytana dziś przez Marię, dlaczego nie poszłam na demonstrację w mieście, zorganizowaną przeciwko izraelskiej ofensywie w Gazie, odpowiedziałam, że ponieważ tego nie czuję, tak samo jak nie zaakceptowałam zaproszenia Ester na Facebook, by zmienić swoje profilowe zdjęcie na flagę Izraela, co uczynili inni semitofile w ramach duchowego wsparcia narodowi. Jedno i drugie - BO NIE!!! Nie zmieniam poglądów, nie przechodzę na drugą stronę, nie zamierzam zmienić zainteresowań, ale dopóki cywilizacje będą się zderzać, dopóki ludzie zabijać w imię religii, a ekstremiści szerzyć nienawiść, będę BO NIE!

Amen.

P.S. Wlasnie przeczytalam po raz kolejny ten wpis i musze dopisac sprostowanie. Na Zachodnim Brzegu Jordanu wieksze wplywy ma ugrupowanie Fatah, ale Hamas tez probuje sie tam rozgoscic i docelowo przejac ster. Poki co, ze soba walcza. To tak, jakby ktos mial zastrzerzenia co do prezentowanych przeze mnie faktow.

sobota, 13 grudnia 2008

Czyli drugie czyli - ciąg dalszy "kotła bałkańskiego" na Bliskim Wschodzie.

Wiem, wiem, wiem, jestem nudna. Ale co ja - biedna Ofca - mogę poradzić na swoją pasjo - obsesję, czyli love and hate związek z Izraelem? Że nieśmiertelny już chyba konflikt żydowsko - arabski spędza mi sen z powiek, bo kotłujące się myśli żądają rozważań? Że muszę czytać, słuchać, oglądać i smakować wszystko co wiąże się z tym wybranym i przeklętym przez Boga jednocześnie skrawku świata? Że ciągnie mnie tam jak cholera, w samo epicentrum Sodomy i Gomory? Nic. Już nic.
Zanim jednak zacznę, muszę się publicznie do czegoś przyznać. Jestem na emigracji jakiś piąty rok, po angielsku (podobno) mówię już z lokalnym akcentem i ponad przeciętnie (też podobno) płynnie, piszę bankowe dokumenty, maile, strictly confidential i tak dalej. Dopiero jednak teraz, po raz pierwszy w swoim życiu, czytam książkę w tym języku - zupełnie prywatnie, z przyjemności, po godzinach. Chyba już nie muszę dodawać o czym czytam! ;-) I dumna jestem z siebie jak paw, bo nie romanse czy inne rzewne historie pochłaniają mój czas od kilku dni, a studium socjologiczne konfliktu izraelsko - palestyńskiego właśnie, ha! Co prawda nie jest to rozprawka akademicka, czyli czysto teoretyczna, z wysublimowanym słownictwem, a subiektywna (acz rzetelna!) ocena tamtejszych realiów pewnej Angielki Żydówki, w postaci zapisków z jej "nowego" życia w "nowej" ojczyźnie. Wszystko oddane językiem przystępnym, aczkolwiek nie ukrywam, że czasem posiłkuję się słownikiem. Pozwolicie jednak, że tak czy inaczej, pozostanę z siebie dumną - z tego czytania po angielsku właśnie. Nie o mnie jednak tu chodzi... Susan Nathan, bo o niej mowa, w wieku 50 lat, po nieudanym małżeństwie, z dwójką dorosłych dzieci, które i tak rozjechały się w niewiadomych kierunkach i etatem doradcy w sprawach AIDS w rodzinnym Londynie, postanawia zmienić swoje życie i skorzystać z przysługującego wszystkim Żydom na świecie tzw. Prawa Powrotu, powrotu do historycznej ojczyzny. Po trwającym tydzień (!!!) załatwieniu formalności, ląduje na Tel-Aviv'skim Ben Gurion'ie z plakietką u płaszcza - I've come back home i jedną walizką w ręku. Nie będę opisywać całej książki, bo po pierwsze zainteresowani kwestią sami sięgną po The Other Side of Israel, a po drugie tytuł tego wpisu nawiązuje do filmu, który właśnie obejrzałam w IFI, choć dotyka tego samego problemu.
Pewnie dla tych, którzy mnie znają, nie ma nic dziwnego w tym, że czytam kolejną książkę o Izraelu i mądrzę się w jego kwestii, ale jestem również świadoma, iż niewielu ta sprawa interesuje, więc nie zgłębią lektury (choć film może obejrzą), tylko się utwierdzą w przekonaniu, że wciąż mam przylepioną właściwą etykietkę - zatwardziałego semitofila. Dlatego czuję się w obowiązku powiedzieć o czym dokładnie teraz czytam, i z jakiego filmu wyszłam... no własnie, z poczuciem czego? Rozgoryczenia? Żalu? Złości? Zwątpienia?
Jest kilka rzeczy, z których jestem dumna z samej siebie, a otwarty umysł i "rozkładanie" problemu na czynniki pierwsze zanim podejmę decyzję po której barykadzie stanę, są jednymi z nich. Tego też chyba nauczyły mnie całe studia, a pisanie pracy magisterskiej w szczególności. Bo obrona dyplomu pt. "Przemiany polityczne i społeczne w Izraelu 1948-1988" po kierunkiem Tatara muzułmanina, kiedy rany po 11 września 2001 były jeszcze otwarte, wymagała nie lada pracy - ostrożności, zaangażowania, rzetelności i dyplomacji. Dlatego nigdy nie powiedziałam oraz nigdy nie powiem, że gardzę islamem i Arabami, a Palestyńczyków należy (tu by mi literacko pasowało stwierdzenie, że zepchnąć do morza, ale to akurat słowa wyjęte z ust opozycji) wypędzić co do jednego z Erec Israel i niech się bracia w wierze o nich troszczą w swoich granicach administracyjnych. Nie wyrażę też żadnej obraźliwej i wyssanej z palca opinii pod ich adresem, tak samo jak nie będę ślepo oddawać hołdu Izraelczykom, bez względu na to co zrobią. Bo ja się miłuję w faktach i tylko takie oceniam. Powiem więcej - miłuję się w faktach z obydwu stron, a poza tym nie mam w naturze generalizowania (przynajmniej nie w tej dziedzinie hehe) i oceniania narodów na podstawie jednostek. Dlatego tak jak lubię opowiadać o Izraelu, gdy słuchacze są głodni informacji i chcą poznać zakulisy konfliktu, tak nie cierpię dyskutować (choć właściwie w ogóle tego nie robię w takich sytuacjach i ucinam temat), gdy mam do czynienia z zacietrzewionymi antysemitami, tudzież zaślepionymi zwolennikami Palestyńczyków, których jedyną opinią jest ta, że Żydzi są be, a argumentm opancerzony izraelski czołg kontra bezbronni palestyńscy chłopcy ciskający weń kamienie, wyrobionym na podstawie wiadomości telewizyjnych raz na ruski rok przy okazji jakiegoś działania zbrojnego. Nie ukrywam- wtedy się bardzo wkurwiam i milknę, bo wychodzę z założenia, że do dyskusji trzeba mieć równorzędnego mentalnie i intelektualnie partnera. Tak, fascynuje mnie Izrael i ta jego kontrowersja właśnie. To, że tam nic nie jest tylko czarne albo białe, że każda strona konfliktu ma tyle samo na sumieniu co druga, ale nie ukrywam też, że najbardziej mnie interesują Izraelici - jedno z najbardziej rozwarstwionych (nie ekonomicznie!) na świecie społeczeństw, ta nowoczesna, zmilitaryzowana, wciąż ewoluująca zbieranina ludzi, w samym centrum imperium arabskiego, w scenerii nieustannego zagrożenia i działań wojennych. Może kiedyś zrobię z tego doktorat, kto wie...
To wszystko co napisałam powyżej z taką wielką miłością, nie oznacza ani trochę, że obojętny jest mi pieski los palestyńskich uchodźców na terytoriach okupowanych, brak równości politycznej, społecznej, ekonomicznej i socjalnej Palestyńczyków z paszportami izraelskimi na terytorium państwa względem jego żydowskich mieszkańców, czy że przyklaskuję bestialskim poczynaniom izraelskich żołnierzy, które też mają miejsce i to nie rzadko. Dlatego właśnie Lemon Tree, który dziś obejrzałam i książka Nathan, wzbudzają we mnie tyle emocji, i nie pozwalają spać o 3 nad ranem. Bo jestem człowiekiem, ceniącym swoją godność niebywale, i nie godzę się także na pozbawianie jej innych. Nie udaję mądrej, nie mam recepty na pokój na Bliskim Wschodzie. Nie wiem jak powstrzymać Palestyńczyków od wysadzania się w powietrze w zatłoczonych autobusach i rozśpiewanych restauracjach, a Izraelczyków od fizycznego i psychicznego znęcania się nad nimi. Nie wiem czy te samobójcze zamachy są odpowiedzią na zamknięcie w gettach, czy te zamknięcia na zamachy. I jak wielu zajmujących się tematem semitofili, łapię się na braku odwagi powrotu w rozważaniach do roku 1948, bo paradoksalnie łatwiej wraca się myślą dwa tysiące lat wstecz, czyli popełniam podstawowy błąd u zarania. I już nie wiem sama, czy Nathan, która po powrocie do swojej historycznej ojczyzny, postanowiła nie mieszkać wśród "swoich", a z "wrogiem" pod jednym dachem, bardziej mnie zachwyca czy wkurza ze strony na stronę tym co opisuje. Wiem natomiast jedno - to wszystko coraz bardziej mnie napędza by brnąć dalej w swojej pasji poznania. Wkurzam się tylko, że przez książki i filmy dotykam tylko wierzchołka góry lodowej. Że oglądam zmagania zwykłej palestyńskiej wdowy, w nierównej z założenia, walce z izraelskim Ministrem Obrony Narodowej o "głupie" drzewa cytrynowe (czytaj: honor, dumę, dziedzictwo, władzę, moralność, sprawiedliwość, bezpieczeństwo), siedząc w ciepłym i wygodnym kinie w Dublinie. Tam również dzielę samotność i wstyd za męża pięknej i wrażliwej na los sąsiadki izraelskiej kobiety, która jedyne o czym marzy to spokój i cała rodzina w komplecie. No bo jak inaczej zrozumieć los i marzenia jednostki opierając się na wizji całego narodu, a tym bardziej ją oceniać? Nie da się w ogóle, żyjąc w kraju pięknym, cichym i spokojnym, neutralnym militarnie, masowo pochłoniętym gorączką zakupów przed Bożym Narodzeniem, choć podobno recesja. Nie da się. Dlatego muszę tam pojechać, sama, na dłużej, na drugą stronę Izraela, by zrozumieć...
Utwierdziła mnie w tym ostatnia scena z Lemon Tree - ośmiometrowy mur.

niedziela, 02 grudnia 2007

Wczoraj poszliśmy do Smock Alley Theatre. Niszowy teatr, a właściwie studio teatralne do wynajęcia, w którym Ludzie Którym Się Chce robią fajne rzeczy. Nie znam się zupełnie na teatrze, ale chyba nawet nie trzeba by przewidzieć, że Więcej Światła to początek nurtu polskiej sztuki emigracyjnej XXI wieku. Nasz domowy reżyser twierdzi, że sam scenariusz wymagałby kilku korekt, ale wniosek wysnuliśmy wspólny - życie 80% tutejszych emigrantów (procent oszacowany zupełnie subiektywnie) ogranicza się wyłącznie do tak zwanego Trójkąta Dublińskiego (Praca - Dom - Lidl). I zrobiło nam się smutno.

Wczoraj też odkryłam, że Natalie mówi po hebrajsku, z pięknym aszkenazyjskim akcentem. O TU. Potem przez zupełny przypadek trafiłam do libańskiej restauracji. Gdyby istniała teleportacja, wczorajszy wieczór zdecydowanie spędziłabym na przedmieściach Bejrutu. W pewnej chwili nie wytrzymałam i przyznałam się szalenie sympatycznemu właścicielowi miejsca, że widziałam Liban z jego granicy. Już wiedziałam, że popełniłam faux pas. Mężczyzna spojrzał spod krzaczastych brwi i wymówił tylko jedno słowo: Izrael! W tym samym momencie puścił oko, szturchnął mnie w bok i krzyknął do ucha: Też to widziałem hahaha. Potem próbował nas namówić na taniec brzucha. Było strasznie wesoło.
Następne lato chyba znów spędzę w Izraelu.

sobota, 29 września 2007

Trzech myśliwych - Afrykańczyk, Australijczyk i Izraelczyk - przechwalają się swoimi dokonaniami łowieckimi:
- A wiecie, ostatnio w Afryce, z odległości 500 metrów jednym strzałem położyłem trupem słonia - mówi pierwszy.
- Eee, to jeszcze nic - odzywa się drugi - ja ostatnio płynąc przez Morze Koralowe własnoręcznie udusiłem wieloryba.
- To skoro o morzu mowa - wtrąca się Izraelczyk - słyszeliście o Morzu Martwym?
- Oczywiście, że tak - pada odpowiedź.
- Ha - pręży się Żyd - to ja je zabiłem!

A ja tam nie wiem kto je zabił i po co, ale zaręczyć mogę, że nie jest morzem zwyczajnym. W Morzu Martwym bowiem nie można nurkować, można natomiast bardzo łatwo się utopić.


Już pisałam kiedyś, że aparat mam kijowy, więc uroku okolic Morza Martwego również oddać nie mam jak. Na pustyni Judzkiej, jak zresztą w całym Izraelu porą letnią, jest tak niesamowicie słonecznie i jasno, że bez filtrów nie da rady. Nie macie więc wyjścia, i musicie mi uwierzyć na słowo, że w tle prężą się jordańskie Dżabal-asz Szara.
Poza tym okolice Morza Martwego, to najniżej położony obszar na Ziemi, a samo lustro wody jest punktem naj-najniższym (418 m p.p.m).


Zasolenie wody dochodzi 40% (to białe to nie wzburzone fale, a sól właśnie :-), przez co wydaje się ona niesamowicie gęsta, a dodając jej wysoką temperaturę, niestety nieprzyjemna.
W pobliżu morza znajduje się starożytna twierdza Masada, miejsce odnalezienia zwojów z Qumran oraz prawdopodobna lokalizacja Sodomy i Gomory. Na Masadę nie wjechałam (obok 49 stopni temperatury powietrza, moje ciało miało 38), replikę zwojów widziałam w Jerozolimie, a kawałek skały z masywu, w którym uwięziona została żona Lota, przywiozłam do domu.


Sama sól wokoło.

No i oczywiście wyprawa do Izraela nie byłaby kompletną, gdybym nie pojechała do AHAVY - fabryki (i sklepu rzecz jasna) najlepszych kosmetyków pod słońcem oraz nie wykąpała się w Morzu Martwym.

Z wiadomych względów więcej zdjęć pokazać nie mogę, ale uwierzcie, jest co oglądać ;-D


Błoto stąd ma podobno niesamowite właściwości lecznicze. Na wszelki więc wypadek wysmarowałam się cała (w to też macie wierzyć na słowo ;-) Oczywiście nie omieszkałam również zabrać kilka kilogramów ze sobą do domu, sic!
Piasek na plaży jest tam latem piekielnie gorący, więc za żadne skarby nie ściągajcie klapek, jak mądre Ofczę uczyniło :-/
Za to koniecznie zapozujcie do zdjęcia:


Wbrew pozorom utrzymać się w takiej pozycji jest trudno. Woda fakt, wypiera, tyle, że tyłkiem do góry i jak ktoś nie ma wystarczająco siły, a do tego panikuje w wodzie, topielec murowany. Oczywiście nikt nikomu utopić się nie pozwoli, bo obok masy turystów są też ratownicy. Swoją drogą absurd, co nie? - pływać się nie da, a słoneczny patrol na posterunku!

Oto Erec Israel właśnie...

 
1 , 2