O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Domowo

niedziela, 02 marca 2014

Z pamiętnika Pani Myski 28/02/2014, 22:50

"To musiało dzisiaj nastąpić! Donoszę, że poszły dwie butelki wina i obeszło się bez trupów. A wniosek jest tylko jeden - szkoła olsztyńska / bartążkowa różni się od namysłowskiej, owocem natomiast jest o ta, dublińska! Cienkie, grubsze, krótsze, dłuższe, złote, brązowe, chrupiące, miękkie, loteria. Nie wszystkie dziś z cukrem, bo większość na jutro. A kto je jutro, palec do budki :)
P.S. Na smalcu !!!
"

17:28, hadassa79 , Domowo
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 stycznia 2014

Zamarzył mi się wczoraj kawałek drożdżówki. Taki zwykły, mały, do kawy. Chwilę później robiłam porządek w lodówce i po raz kolejny przestawiałam z półki na półkę sześć pudełek etiopskich (!!!) truskawek, które mi przez przypadek tę lodówkę zagracają od kilku dni. Nie nowiną przecież jest, że truskawek nie lubię, chyba, że w jogurcie, dżemie, tudzież w jakimś placku, ale tylko w śladowej ilości. Od myśli do myśli postanowiłam oba fakty połączyć, po czym je zmaterializować. Przeczesałam połacie internetu wzdłuż i wszerz i ostatecznie przekonała mnie o TA Pani. A oto efekt, podobno RE-WE-LA-CY-JNY ;)

Jedyne z czym się nie mogę zgodzić w przepisie, to proporcja składników suchych do mokrych, bo zdecydowanie potrzeba więcej mąki żeby ciasto się nie kleiło. Zrobiłam z dwóch porcji, ale na wszelki wypadek zagniatałam każdą oddzielnie. Tę pierwszą musiałam potraktować ciut ciut olejem, bo tak się ciasto kleiło, a nie chciałam przedobrzyć z mąką. Do drugiej porcji już się z mąką nie hamowałam. Różnicy w smaku jednak w ogóle nie czuć. I do kruszonki też na przyszłość zmodyfikuję proporcje - mniej mąki i cukru - na oko i do smaku. Generalnie jestem bardzo zadowolona, jako że jest to pierwsze drożdżowe w moim życiu i to w dodatku z suchych drożdży (rasowe gospodynie domowe używają podobno tylko tych świeżych).

Jeżeli ktoś jest w pobliżu to zapraszam, jeszcze kilka zostało :)

14:19, hadassa79 , Domowo
Link Komentarze (3) »
niedziela, 11 sierpnia 2013

Proszę się śmiać do rozpuku, ile wlezie i na dowolny sposób, ale ja nic na to nie poradzę - puszczam sobie o TO właśnie. I to któryś już raz z rzędu, żeby nie było że się kryguję. A co by było jeszcze weselej, będę pewnie puszczać już do końca życia co jakiś czas, nie wspominając, że i na swoim weselu mam zamiar zatańczyć na tę nutę ;) Nie ukrywam, mam sentyment do tej piosenki, chociaż okoliczności nie mogę zdradzić, bo Mućka też tu czasem zagląda lol

Ja się po prostu próbuję spakować od rana. Jest już dobrze po północy, zdążyłam usmażyć naleśniki, ugotować grzybową, sprzedać 15 kilo ubrań za 10 euro, pojechać na koniec świata i z powrotem, kilka innych rzeczy też zdążyłam, ale z pakowaniem jak krew w piach. Aha, menu na imprezę za dwa tygodnie też już obmyśliłam! Bo ja się przeprowadzam Mili Moi, na ten koniec świata właśnie. Naprawdę, człowiek może bardzo dużo zgromadzić przez 10 lat, nawet jeżeli kilka razy zaczynał od początku. Jestem tego pięknym dowodem. A niespodzianki jakie się zdarzają przy przeprowadzkach! Odkryłam dzisiaj na przykład parę nigdy nie używanych szpilek Calvina Kleina koloru wrzos. A żeby było jeszcze piękniej, są mojego rozmiaru 40! ;)

P.S. Ja oczywiście mam zamiar długo widzieć i oglądać :)

02:00, hadassa79 , Domowo
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 lipca 2013

Gospodyni ze mnie jak z koziej dupy trąba. Tfu, z Ofczej rzecz jasna! Cały poranek echem odbijają mi się w uszach słowa mojej Mućki, która zwykła mawiać w ferworze przygotowań świątecznych, tudzież przy innej okazji wymagającej domowego zorganizowania (kiedy ja mędziłam kręcąc na przykład twaróg na sernik, że co jeszcze niby mam zrobić w tej minucie, a w ogóle to jest sobota, a ja musiałam wstać o 9-tej!), że jak będę miała dzieci, to jeszcze pieluchy będę musiała zmieniać w międzyczasie. Aaaaaaaa.

Tydzień temu w sobotę L. wrócił do domu i wręczając mi mała białą zapisaną karteczkę oznajmił, że MUSIMY przygotować na jutro sernik. Bo jutro jest impreza u Plumki i nasza działka to sernik na zimno właśnie! A na tej karteczce zapisany był przepis. Taka to Plumka jest zapobiegliwa ;) Żeby było jeszcze bardziej zachęcająco, do karteczki dołączony był spory kawałek sernika, który Plumeczka zrobiła dzień wcześniej, ale domownicy większość zjedli. Został się ino ten kawałeczek na zachętę. Mieliśmy robić razem, a jak, ale zanim się zabraliśmy (mój mężczyzna jest mistrzem w kuchni!), było już dobrze przed północą. Nie będę się rozwodzić, powiem tylko, że zanim zrobiłam spód, on przygotowawszy najpierw twaróg, zasnął na kanapie w salunie. Ja natomiast walczyłam z tym cholernym sernikiem do 1.30 w nocy! Zabiła mnie galaretka, a właściwie dwie - ta w kostkę do środka i ta główna na wierzch. Pominę już fakt, że i żelatyna mnie zabiła, bo na torebkę wchodzi wiele nieudanych prób. No ale wywalczyłam swoje. Moja wyżej wspomniana Mućka mawiała również, podbudowując wielokrotnie moją indywidualność wszelaką, że 'mądry nic nie powie, a głupi pomyśli, że tak ma być'. Pomyślałam więc szybciutko, że ta pomarszczona pomarańczowa galaretka na wierzchu (zamarzła mi w lodówce, więc rozmrażałam potem gorącą wodą. No co?!?!?!) jest bardzo alternatywna, a wszyscy zaproszeni na tę niedzielną imprezę są bardzo mądrzy. Dodam tylko, że tamten sernik był truskawko - pomarańczowy, a pomarańczowa galaretka na górę blada, zdechła i o grudkowej strukturze. Właściwie to jednak powinnam dodać, że sernik rozszedł się w tri miga, bo choć z wyglądu marny, w smaku był podobno ciekawy :)

Ale to wszystko działo się tydzień temu, czyli historia, amen. Dziś znów jest sobota. Zaplanowaliśmy już wcześniej, że ten wikend jest tylko dla nas i nie oddajemy się czynnościom towarzyskim, tylko spędzamy dwa dni na końcu świata (czyli tu dokąd ja się niebawem wprowadzę; konia widzę z okna, konia! ;) Wszystko cacy, tyle, że jemu znów się zachciało sernika. No to co, Chujowa Pani Domu (podobno jest już taki profil na Fejsie, sic!) działamy sernik! Powiem tak, wszystko szło jak z płatka, malinowo - jagodowy dobroć tym razem. Nawet zakumałam o co z tą żelatyną chodzi. Znów jednak zabiła mnie... galaretka. Tym razem malinowa! Inna koleżanka powiedziała mi na tej imprezie tydzień temu (tak, żaliłam się z przygód galaretkowych) że z galaretką, to prawie jak ze mną - za rękę i do baru. Czyli, że nawet zupełnie płynną można polać na ciasto, co by tylko zimna była.  No więc mam ja Mili Moi wszystko dzisiaj przygotowane, tyle, że ta pieprzona malinowa galaretka zsiąść się nie chce. Przywołuję więc szybko słowa Estery i hop siup, rzadki zimny (!) płyn wylewam na ser...

W tym momencie wyobraźcie sobie proszę moją minę i to ciasto oczywiście. Czerwona galaretka w białe kropki!

Dziękuję. Do widzenia.

P.S. Nie cierrrpię galaretek!

P.S.2. Dodałam nową zakładkę - Domowo. Koniec świata! ;)

15:01, hadassa79 , Domowo
Link Komentarze (2) »