O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!

Portugal meu amor

niedziela, 30 marca 2014

Znów obiecuję nie mendzić (dwa wieczory w tygodniu chadzam teraz, uwaga... do szkoły! a w między czasie odwiedziliśmy królową w Lądynie ;) tylko wracam do portugalskich opowieści.

Piątkowy poranek w Carrapateira był z tych wymarzonych - słoneczny, bez pośpiechu, miłosny, szczęśliwy, taki nasz. Zjedliśmy pyszne śniadanie w lokalnej jadłodajni, spakowaliśmy graty i pojechaliśmy na Praia de Bordeira oglądać kilkumetrowe fale oraz planować życie na emeryturze w camperze, który zamierzamy na tę okazję kupić.

Dobra, przyznam się Wam szczerze. Wracam do tych kilku zdań przez ostatnie trzy wikendy, NAPRAWDĘ próbując opisać ostatnią portugalską podróż, ale im dalej, tym bardziej mi nie wychodzi. Z pisaniem naprawdę nie jest tak, że zaplanujesz i napiszesz, no byłeś na wycieczce. Nie, pisanie musi samo do człowieka przyjść i poprosić o życie. Moje co prawda prosi, ale w tygodniu, o nieprzyzwoitych godzinach. Chwilowo oddaje się karierze prawniczej, i jakoś z pisaniem czego innego niż kazusy jestem na bakier.

Przejechaliśmy całe zachodnie wybrzeże Algarve w tamten piątek, zatrzymując się w miejscach, w których akurat przyszła nam ochota. Cudne jest takie podróżowanie - jedziesz, jedziesz, jedziesz. Zatrzymasz się, albo nie. Pamiętam jeden postój na stacji benzynowej, choć to raczej już nie było w Algarve (nie, na pewno nie było), na której kawa z plastiku (tak, ta malutka bica w miniaturowym plastikowym kubku) smakowała wyjątkowo wybornie, a my zjedliśmy aż po dwa pastéis de nata (tradycyjne portugalskie ciastko z budyniem). Na pewno dojechaliśmy w tamten piątek do Alentejo, bo zdecydowanie nigdy nie zapomnę najbardziej wstrętnego obiadu jaki jadłam w Portugalii, właśnie w jakiejś mieścinie w Alentejo. Zupa smakowała w sumie okej, ta ich tradycyjna regionalna, z toną czosnku, chlebem i jajkiem po francusku (w koszulce?), która uratowała nam życie bo zaczynaliśmy już trochę kichać i prychać po wybrykach na plaży. Ale moje drugie to była porażka, bo Bacalhau à Brás które zamówił L dało się jeszcze zjeść (dorsz z jajkiem, jedna z narodowych portugalskich potraw). Moje, mieszanka wieprzowiny z małżami, w sosie pomarańczowym i toną tłustych frytek. Właściwie wszystko ociekało tłuszczem i było po prostu wstrętne. No cóż, zdarza się nawet w Portugalii. Za to na koniec dostaliśmy do rachunku po kieliszku jakiejś zielonej nalewki, która zminimalizowała nieco kulinarną porażkę, chociaż nie wymazała innego złego wspomnienia - kobieta z dzieckiem na ręku jarająca w środku fajkę za fajką, stolik tuż obok naszego, tfu!

Oj tam oj tam, sama przestała kopcić jakoś tak naturalnie i teraz czepia się innych. Potem zwiedziliśmy deszczowe Santiago do Cacém, a właściwie tylko kościół i cmentarz, który za to można obejść dookoła wysokim murem i jest to trochę dziwne uczucie, kiedy wędrujesz pośród ołtarzyków z urnami, i wiesz, że cmentarz zamykają o 18, a jest już za pięć... Potem ja stwierdziłam, że pragnę zwiedzić Półwysep Setubal. Nie wiem co mi odbiło i dlaczego się uparłam, ale tak właśnie zdecydowałam. To znaczy już wcześniej mieliśmy zaplanowane, że przemieścimy się promem przez rzekę z Półwyspu Troia do miasta Setubal, żeby jechać dalej na północ, ale ja się uparłam, że będziemy zwiedzać. Po drodze na prom Troia Cais zajechaliśmy jeszcze  obejrzeć pola ryżowe w Alcacer do Sal (tam wypiliśmy kawę w najbiedniejszej chyba knajpce, w jakiej byłam w życiu, a pan był chyba najsympatyczniejszy) oraz odkryliśmy skąd się biorą w Portugalii korki do wina (całe połacie przydrożnych drzew nie miało kory do połowy pnia). Sama przeprawa promem była ekscytująca, to znaczy dla mnie, bo ja z tych bojąco - ekscytujących jestem i kilka razy pytałam pana z obsługi gdzie są kapoki i czy powinnam się bać. Patrzył zdziwiony haha. Tak nie byliśmy do końca pewni co robić, bo było już dosyć późno i zdawaliśmy sobie sprawę, że niewiele z tego promu zobaczymy, a do tego padła nam bateria w aparacie, ale z drugiej strony Półwysep Troia jest tak obrzydliwie turystyczny, pełen hotelowych wieżowców, wypożyczalni łódek, basenowych zjeżdżalni i restauracji serwujących angielski śniadania, że mieliśmy drgawki na samą myśl żeby tam zostać. Nie wspominając już pewnie cen za ta wszystkie luksusy i faktu, że miejsce było wciąż mimo wszystko wyludnione (luty), a wyludnione szklane wieżowce nie są fajne. Takim sposobem dotarliśmy tej samej nocy do miasta Setúbal, gdzie spotkała nas kolejna niespodzianka, czyli niemożność znalezienia noclegu, o czym już wspominałam w poprzednim wpisie. Poirytowani, nie mogąc najpierw w ogóle znaleźć drogi wyjazdowej z portu (na czuja, żeby było jasne), przejechaliśmy w końcu kilkadziesiąt kilometrów próbując znaleźć po nocy kwaterę. Drogie i nudne hotele nie wchodziły bowiem w rachubę. Tym sposobem dojechaliśmy do miasteczka o urokliwej nazwie Santana, w którym pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam była podświetlona reklama quartos, czyli pokoje. Był to niewielki pensjonat prowadzony przez bardzo elegancką starszą panią, a nasz pokój gustownie urządzony w stylu Ludwika XIV, ze sporym patio. Użytku jednak nie mieliśmy z niego żadnego na drugi dzień rano, bo stała na nim woda do kostek po nocnej ulewie. Znów zjedliśmy pyszne śniadanko w lokalnej jadłodajni za jakieś śmieszne pieniądze - ja tradycyjnie tosta mista, czyli tosta z serem i szynką, a L zaszalał i zamówił o 9 rano bifanę - dużą bułę ze smażonym wieprzowiną i musztardą. Po kawusi znów zapakowaliśmy walizki, otworzyliśmy mapę i okazało się, że jesteśmy tylko 10 kilometrów od popularnej Sesimbry. Sesimbra też jest kurortem, ale dla turystów z klasą i zasobniejszym portfelem. Żadnych tam szklanych domów, ale piękne stylowe hoteliki i posiadłości na klifach. Powspinaliśmy się krętymi uliczkami, popatrzyliśmy na morze i surferów i ruszyliśmy dalej. Tym razem planu nie było, jedyne co chciałam to wydostać się z tego półwyspu, bo nie przemówił do mnie w ogóle. Gęsto zaludniony, gwarny, nowoczesny, taki nie portugalski, choć przypuszczam, że góry i park krajobrazowy Arrabida mogą być piękne. Zanim jednak wyjechaliśmy, zaintrygował nas na mapie sam koniuszek Półwyspu Setubal, czyli Przylądek Espichel. I był to strzał w dziesiątkę! Wiejskimi drogami dojechaliśmy do klasztoru, przy którym się okazało, że był rejwach jak na Marszałkowskiej - dziesiątki parkujących samochodów, z których po kolei wysiadali wszelkiej maści, płci i wieku...biegacze! Trafiliśmy chyba na jakieś zawody biegowe na przełaj połączone z szukaniem skarbów i postanowiliśmy przyłączyć się do towarzystwa, które podążało w tym samym kierunku. Jak się później okazało do miejsca rejestracji, poboru mapy i linii startu. Niestety nie mieliśmy czasu by oddać się całodniowym poszukiwaniom skarbów, tym bardziej, że błoto było tam wszędzie po kostki, a my mieliśmy tylko po jednej parze sportowych butów. Obeszliśmy jednak klify by napawać oczy, serca i dusze bezkresem oceanu, a cały spacer trwał z dobre dwie godziny. Trochę umorusani i nieco zziębnięci znów wsiedliśmy do auta. Kierunek był jeden - najpiękniejsze miejsce na Ziemi (zaraz po Bartążku ;) - Lizbona! Tego dnia jednak przez Lizbonę tylko przejechaliśmy, bo postanowiliśmy poszwendać się po Sintrze. Za to jak wjechaliśmy do miasta - od strony Almady, przepięknym Ponte 25 de Abril, czyli Mostem 25 Kwietnia, zbudowanym nad Tagiem dla uczczenia...moich urodzin ;) a tak naprawdę Rewolucji Goździków z 1974 (Revolução dos Cravos) która obaliła w Portugalii dyktaturę Salazara. Wyguglujcie sobie ten most, to taka mniejsza wersja tego w San Francisco. Za mostem od razu skręciliśmy na zachód i wybrzeżem odbijając na północ dojechaliśmy do Sintry, w której wizytę zaczęliśmy od obiadu - Caldo Verde, czyli tradycyjnej portugalskiej zielonej zupy, krewetek z czosnkiem w bułce tartej i białego wina. Z racji tego, że było już dobrze po południu, a my postanowiliśmy nie zostawać w Sintrze na noc, musieliśmy wybrać co zwiedzić. Sintra znana jest z wielości zamków, rozległych posiadłości należących niegdyś do ekscentrycznych arystokratów, w których bywali nie mniej ekscentryczni angielscy kupcy i artyści (Lord Byron na przykład) oraz malowniczych i tajemnych ogrodów. Z racji tego, że ja już kiedyś byłam w Sintrze i zwiedziłam kilka z tych miejsc, a L i tak nie miał szansy zobaczyć wszystkiego, zgodził się że pójdziemy tam gdzie ja nie byłam, czyli do Quinta da Regaleira. To nieco ocierająca się o kicz można powiedzieć, ale sympatyczna rezydencja, którą postawił sobie na początku XX wieku i rękami włoskiego architekta pewien ekscentryczny właśnie milioner, Antonio Carvalho Monteiro. Najpiękniejsze i wręcz baśniowe są ogrody, po których chodziliśmy też ze dwie godziny. Pamiętacie starą dobrą polską wersję Alicji w Krainie Czarów na winylu? To właśnie tak sobie wyobrażam to miejsce gdzie trafiła Alicja. Fontanny, sadzawki, groty, tajemne przejścia, posągi i słynna Studnia Wtajemniczenia - czyli idzie się długo krętymi schodami w dół do trzewi ziemi, a na końcu jest wielka, ośmioramienna o ile pamiętam gwiazda. Naprawdę jest to super miejsce na popołudniowy spacer, z resztą na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Ktoś doczytał dotąd? ;) Sobotnia noc była tą trzecią, kiedy mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Żeby jednak było jasne, są w Portugalii wszędzie normalne hotele w miastach, ale nam nie o to chodziło. My chcieliśmy małe mieściny, na uboczu, klimatyczne, tanie, jak najbliżej zwykłych ludzi, żadne tam wypasione hotele. I tak jechaliśmy w sobotę późnym wieczorem przed siebie, na północ, aż dojechaliśmy do rybackiego i surfingowego miasteczka, Ericeira. Jak się dowiedzieliśmy po powrocie do domu, to była noc kiedy wszędzie w wiadomościach mówiono o potwornym sztormie na atlantyckim wybrzeżu, alarmie przeciwpowodziowym w Portugalii i Hiszpanii oraz ofiarach tam śmiertelnych, a moja Mama się modliła żebyśmy wrócili cali i żywi do Dublina. Rzeczywiście pamiętam, że ocean był wzburzony, obijał się o falochron i trochę ludzi (włącznie z nami) zgromadziło się na nabrzeżu by to oglądać, ale żeby zaraz sztorm, powódź i trupy to zdecydowanie nie, na pewno nie w Ericeira. Aha, no bo tam właśnie znaleźliśmy sympatyczny motelik, w samym centrum miasteczka, prawie przy nabrzeżu, też u starszej pani. Coś my mamy szczęście do tych starszych pań, a może to one do nas (nie)szczęście, bo ją obudziliśmy, więc ta wysłała swoją wnuczkę, żeby nas ulokowała. Było już dość późno i wietrznie, ale nie omieszkaliśmy przespacerować się wzdłuż wybrzeża, a potem zasiedliśmy na biesiadę w domowej knajpce, którą prowadził pan w średnim wieku ze swoją starszą (!) już mamą. W całym menu na ścianie było chyba tylko z dziesięć potraw, ale zjeść można było tam właściwie wszystko co państwo mieli w swojej lodówce i nie omieszkali nam zaproponować. Ja zaczęłam od zupy na rozgrzewkę, a L od samodzielnego smażenia kiełbasy, potem jakieś bułeczki z krewetkami, kotlety, kończąc na frytkach, których zjedliśmy dwie miski, bo było to najprawdziwsze, ręcznie pokrojone ziemniaki, usmażone na oleju w metalowej misce na gazie i na naszych oczach. Pyszota! Co do trunków natomiast, ja pozostałam wierna vinho branco, a L to pan chyba do końca życia już zapamięta, bo przyznał że pierwszy raz coś takiego widział hihi. Mianowicie L zapragną popijać tego wieczora portugalska ginjinhe, czyli wiśniówkę. Tyle że ta wiśniówka, którą miał ów pan była zbyt słodka i relatywnie słaba (zdarzyło nam się to samo noc wcześniej w Santanie), L domawiał więc do każdego jej kieliszka kolejny... czystej wódki. Tak sobie pobiesiadowaliśmy w Ericeirze, o! :)

Plan na następny dzień mieliśmy już od dawna. Wstaliśmy więc wcześnie, zjedliśmy tradycyjnie pyszne portugalskie śniadanie i w strugach deszczu wyruszyliśmy autostradą na północny wschód, do Fatimy. Żeby wyjechać z Ericeiry na autostradę trzeba jednak najpierw przejechać przez Mafrę, przez którą już przejeżdżaliśmy wieczór wcześniej próbując znaleźć nocleg (bezskutecznie jak już wiecie). L jest typowym zadaniowym mężczyzną, jak ma zadanie to je po prostu wykonuje - od punktu A do B, po prostej. A ja jestem typową kobietą, czyli w opisywanej historii oznacza to - zwiedzamy Mafrę! W ten oto sposób, zaparkowawszy samochód, w strugach naprawdę sążnistego deszczu przebiegliśmy do potężnej budowli w sercu miasta - Palácio Nacional de Mafra - kompleksu pałacu, klasztoru i bazyliki. To zabytek naprawdę wielkiego kalibru, jak piszą w przewodniku "oda do barokowego zdobnictwa, rozmachu i pompatyczności (...) gdzie widać silne wpływy niemieckiego baroku i włoskiego neoklasycyzmu", zbudowany na zamówienie króla Jana V po narodzinach wyczekanego syna, który (król) spełnił tym samym obietnicę daną Opatrzności.  To tam spędzili ostatnią noc przed ucieczką na wygnanie do Brazylii ostatni władcy portugalscy z rodu Bragança. To też to samo miejsce zbudowane za brazylijskie złoto, przedsięwzięcie, które doszczętnie spustoszyło portugalski skarbiec królewski, a potem większość dóbr i tak wywieziono z powrotem do Brazylii. Tam w Mafrze właśnie nastąpił koniec portugalskiej świetności. No musieliśmy to zwiedzić i basta. L koniec końców sam cieszył się jak dziecko zobaczywszy komnatę całą wyposażoną trofeami z polowań. Z Mafry pojechaliśmy już prosto do Fatimy, bo mieliśmy tam do spełnienia pewną misję.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Lizbony. Znów zrobiliśmy to z rozmachem, nadrabiając specjalnie kilkadziesiąt dobrych kilometrów, bo wjechaliśmy od strony regionu Ribatejo, ale co tam! Kto by bowiem nie skorzystał z okazji i nie przejechał się najdłuższym mostem w Europie, liczącym 17,2 kilometry Ponte Vasco da Gama nad potężną rzeką Tag, ha! Cieszyliśmy się jak wariaci licząc wynurzające się z mgły kolejne przęsła. Potem trochę klucząc po jednokierunkowych lizbońskich uliczkach w końcu dotarliśmy do miejsca oddania samochodu. Przeszczęśliwi, na piechotkę, każde ze swoją elegancką walizeczką, poszliśmy potem od razu na porto do miejsca gdzie jadaliśmy śniadania podczas lizbońskiej przygody w zeszłym roku. Ostatni nocleg mieliśmy już wykupiony - w samym centrum Alfamy, w pokoju z przepięknym widokiem. Kolację zjedliśmy w jednej z moich dwóch ulubionych restauracji, a domowej roboty wiśniówkę popijaliśmy potem do północy w ulubionym miejscu L.

Tak minął rok, nasz cały wspólny piękny pierwszy rok :)

<3

sobota, 01 marca 2014

(obiecałam sobie, że nie będę mendzić jak to nie mam czasu, jak nie ma mnie w domu po dwanaście godzin dziennie od poniedziałku do piątku, jak z wyra się nie zwlekam w soboty, a w niedziele już o świcie i wypiekam ciasta, tylko od razu przejdę do meritum :)

Z okazji tego wyjazdu policzyłam nawet razy, które byłam w Portugalii. Wyszło że był to siódmy, z czego piąte odwiedziny w Lizbonie. Ale od początku.

Wylądowaliśmy w Faro wczesnym środowym wieczorem i po całej organizacji z samochodem, parkingiem i kwaterą u jakiegoś dziadka, który chyba nie odezwał się ani jednym słowem, wypiliśmy po zasłużonej szklaneczce porto, po czym padliśmy jak przysłowiowe kawki. W Faro i okolicy byłam już w 2010 roku na pamiętnym wywczasie z "dziewczętami w letnich sukienkach" i do dziś mam uśmiech na twarzy na tamto wspomnienie. Zaciągnęłam więc L. w to samo miejsce, w którym wtedy w oparach dymu i przy meczu piłki nożnej lokalnej ligi (???) zapijałyśmy się do rana porto po 1,20 euro za porcję. I tak jakby nic się nie zmieniło od tamtego czasu - dalej panowie oglądający mecz, chichrające w kącie młode dziewczęta, jakiś zagubiony turysta z walizką, tylko porto już po 2,20...

Powiem tak, samo Faro jet okej, Tavira na wschodzie również, przecudowne południowe wybrzeże od Luz na zachód i później w górę, wzdłuż oceanu, ale tak naprawdę polecieliśmy do Algarve tylko dlatego, że był tani bilet. Wiedziałam od razu, że długo tam nie zagościmy, tylko ruszymy wybrzeżem do Lizbony, a Albufeirę to ominiemy szerokim łukiem. Na serio nie kumam i nie zakumam nigdy, jak ludzie mogą latać do tych turystycznych resortów, spać w tych wielkich betonowych apartamentowcach, kisić się w sosie swoich własnych sąsiadów z domów w Anglii, Irlandii, Niemiec, czy ostatnio nawet Polski. Nie wspomnę już o jedzeniu "najlepszych hamburgerów w mieście" i piciu Guinnessa aaaaaaaaaa. MA-SA-KRA! Nawet L. który był w Portugalii dopiero drugi raz, zapytał kolejnego dnia czy to na pewno Portugalia, bo nie tak ją sobie wyobrażał po ostatnim pobycie. Generalnie Algarve jest pełne obcych mieszkańców, bo ci ludzie z bogatej Europy kupują w nim mieszkania. A że trzeba je potem wyposażać/remontować, przy drodze roi się wręcz od supermarketów oferujących dosłownie WSZYSTKO co niezbędne takiemu bogaczowi w jego nowym lokum, od śrubki po pisuar. I to wszystko tak nasrane w tym Algarve. Humory nam poprawiła jedynie portugalska ręcznie malowana ceramika i te markety sprzedające ją właśnie. O Panie! Zatrzymywaliśmy się chyba przy każdym, obiecując sobie, że jak już będziemy urządzać nasz własny dom, to przyjedziemy z Polski ciężarówką po kafle do kuchni, misy, wazy, talerze, donice i wszystko inne, po czym odjeżdżaliśmy dalej niepocieszeni. Bo do podręcznego bagażu niewiele przecież można zapakować, oprócz talerza z przegródkami na różne zakąski oraz dwóch filiżanek.

Tak więc po porannej kawuni w czwartek (portugalska uma bica jest najlepsza na świecie!) przemieściliśmy się na wschód do wyżej wspomnianej Taviry, po czym ją zwiedziwszy wróciliśmy górą na zachodnie wybrzeże w okolice Luz, omijając te turystyczne miasteczka leżące po środku. Aha, jest jeszcze jedna rzecz obok portugalskiej ceramiki, z której słynie Algarve i dla której warto pojechać tam chociaż raz w życiu - mandarynki! Ojajego, ja owocowy zwierz nie jestem za grosz, tym bardziej cytrusowy, ale smak tych mandarynek kupionych od dziadka przy drodze (3 kilogramowa siatka za 2 euro) będę pamiętała do końca życia. Słodkie, soczyste, mięsiste, skórka odchodziła wręcz sama w palcach, absolutna poezja. I te drzewa cytrusowe prawie wszędzie, całe zagony we wsiach, ale też na każdym skwerze w miasteczkach, dodające niepowtarzalnego uroku, takiej dziecięcej sielanki. Nie wiem czemu, bo za komuny w Polsce cytrusy były tylko w Boże Narodzenie jak pamiętacie i to w limitowanych ilościach, ale tak mi się skojarzyło, z dzieciństwem i błogością. Oczywiście też zrodził nam się od razu pomysł w głowach - a może by tak rzucić wszystko w pip i pojechać do Portugalii uprawiać mandarynki? Kto wie, kto wie.

Powygłupiawszy się na słonecznym, kamienistym wybrzeżu w Luz i zrobiwszy multum zdjęć, bo światło akurat nas rozpieściło, udaliśmy się w trasę jaką proponuje moja portugalska "biblia", czyli ilustrowany przewodnik National Geographic. Plaże, ruiny, urokliwe wioseczki, zaspane rybackie porty po drodze, prosto do najdalej na południe wysuniętego kawałka Europy, czyli Przylądka Świętego Wincentego. Pogoda o tej porze roku w Portugalii jest iście irlandzka, czyli deszczowa, tyle że jest cieplej. Tak więc liczyliśmy się z tym i byliśmy przygotowani na deszcz, który zresztą nas nie zawiódł. Ale tamtego dnia i następnego również los nam sprzyjał. Było słonecznie, pięknie i romantycznie. Muszę też się pochwalić, że to ja nas dowiozłam na ten przylądek i szkód ani rannych nie było ;) Mieliśmy za to mały problem w znalezieniu kwatery, tej nocy i kolejnych dwóch z resztą też (z pięciu noclegów podczas tego wyjazdu zarezerwowaliśmy wcześniej tylko dwa - ten pierwszy w Faro i ostatni w Lizbonie). Przyznam się szczerze, że się tego nie spodziewałam, bo doświadczenie z podróży po północnej Portugalii i hiszpańskiej Galicji mam takie, że nocleg znajdowało się za pierwszym razem kiedy się o niego pytało w przydrożnym barze. Myślę jednak, że nie o region tu chodzi, bo przecież całe zachodnie wybrzeże Algarve i Alentejo to są plaże i raj surferów z całego świata, ale bardziej o porę roku. Bo kto jeździ na takie wycieczki w lutym? Rzeczywiście turystów było jak na lekarstwo, plaże wyludnione, nawet Lizbona potem okazała się jak nie Lizbona, pusta, ociekająca deszczem, jeszcze bardziej cudowna, ale to akurat nie przeszkadzało nam za grosz. Rozkoszowaliśmy się okolicznościami przyrody i własnym towarzystwem rzecz jasna :D

Po nie udanym objechaniu miasteczka Vila do Bispo (kwatery były, ale nikt nie otwierał drzwi, ani nie odbierał telefonu!), udało nam się w końcu znaleźć nocleg w oddalonej o kilkanaście kilometrów wsi Carrapateira, która jak później wyczytałam jest bardzo popularną bazą wypadową dla surferów właśnie. I tam rzeczywiście nocleg zaoferowano nam już w pierwszym barze. Pani była brzydka, wredna i z wąsem, a jedyny pan który mówił w lokalu po angielsku i nam pomógł się z nią dogadać, sam powiedział o niej dick haha. Ale co tam pani, zapomnieliśmy o niej szybko, kiedy wprowadziwszy nas krętym traktem na szczyt wsi, otworzyła drzwi do niedużej, ale czystej i świeżo wyremontowanej chatki. Z kominkiem! Tej nocy mieliśmy prawdziwy raj, chociaż zanim ten raj się zaczął było trochę piekła. Okazało się bowiem, ze kominek jest, rozpałka też, ale nie ma co do tego kominka wrzucić. Nie mieliśmy więc innego wyjścia jak pod osłoną nocy i przy świetle z telefonu udać się na szaber. Łamiąc siódme przykazanie Boże, przytachaliśmy do chatki kawały spróchniałego drewna z cudzej posesji, otworzyliśmy butelkę porto za 3,60 euro (!) i dalej delektowaliśmy się rajem. Potem znów było trochę piekła, bo porto wyszło, kominek wygasał, nam natomiast spać się w ogóle nie chciało. Poszliśmy więc w dół do wsi na kolejny kieliszek portugalskiego nektaru. Oczywiście na jednym się też nie skończyło bo jak by mogło, ale kiedy już stwierdziliśmy że jednak chwatit, trzeba było pomyśleć o kominku, który przecież czekał tam w górze ziębnąc coraz bardziej. No i wtedy dokonaliśmy zbrodni... urwaliśmy nogi małemu taborecikowi znalezionemu na tyłach baru. Blat się nie nadawał bo był z jakiejś marnej sklejki, ale drewniane nóżki jak najbardziej. Wsadziliśmy więc sobie te nóżki pod pachy i jakby nigdy nic ruszyliśmy przez wieś do naszej chatki, wprost w ramiona Morfeusza :)

CDN

P.S. Zdjątka tradycyjnie w tym samym miejscu, zakładka po lewej.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Jestem jestem jestem. A Lizbona obok Bartążka jest nieustannie najpiękniejszym miejscem na Ziemi.

Przewinął się jakoś ten wikend niespostrzeżenie. Po pięciu upalnych dniach na końcu Europy, deszczowy z natury Dublin zaskoczył upałami. Nie ma co, odzwyczaiłam się od słońca i nie bardzo umiem już sobie radzić z jego nadmiarem na dłuższą metę. Jak się okazuje, mój towarzysz podróży ma zupełne jednakie odczucia, spędziliśmy więc sobotę i niedzielę bardzo leniwie i w cieniu. W końcu ktoś mi bliski, kto nie marudzi za słońcem przez cały rok ;) Ale Lizbona to zupełnie inna bajka, tam zniosę z radością każdy upał, absolutnie nie siedząc wyłącznie w barowym ogródku pod parasolką. Wyjazd był cudowny. Przemierzyliśmy wzdłuż i wszerz wszystkie moje ukochane miejsca, on po raz pierwszy, ja któryś z kolei. Do Alfamy, zamku św. Jerzego, na Bario Alto i Portas do Sol mogę wracać wielokrotnie; jeść sardynki i bacalhau oraz kupować kolejny korek do wina w tym samym miejscu. Sangrię i porto za to popijać w coraz to nowej kafejce. Niby czas płynie, płyną masy nowych turystów, a Lizbona jest niezmiennie ta sama. Bałam się trochę, nie ukrywam. No bo to pierwszy wspólny długi wyjazd (nie licząc wikendu w Wexford w św. Patryka), bo co będzie jeżeli on nie załapie bakcyla fado, wszędobylskich owoców morza i wspinaczki po tych siedmiu wzgórzach, na których leży miasto? Załapał, jesssss :) Szwendaliśmy się tymi wąskimi uliczkami, w górę i w dół, co rusz popijając drineczki w egzotycznych zaułkach, zakąszając na zmianę sałatką z ośmiornicy, krokietem z suszonym dorszem, czy kultowym pastel de nata. Kawę też Portugalczycy mają najlepszą pod słońcem, na serio. Dałam się też namówić na jeden dzień spędzony na plaży (proszę pamiętać, że ja z natury nie plażowy człowiek jestem) i był to strzał w dziesiątkę. Za poradą pana w informacji turystycznej nie pojechaliśmy do obleganego przez tabuny ludzi Cascais (to znaczy tam też pojechaliśmy, ale później, aby jeno pospacerować promenadą), tylko wysiedliśmy dwie stacje wcześniej, w Carcavelos. Tak jak mówię, obcym jest mi leżenie plackiem nad wodą na wakacjach all inclusive (chyba, że jest to Czaplak na Jezioraku ;) ale jeden dzień na wbijającym się dosłownie wszędzie piasku, w żarze południowego słońca, z chłodnym (przez jakiś czas przynajmniej) piwkiem pod ręką i w fajowym towarzystwie jest zdecydowanie przyjemny. Wieczorem natomiast zaplanowaliśmy wrócić do hotelu, oporządzić, elegancko ubrać i iść na kolację. Kto by tam jednak trzymał się planów w Lizbonie! Wysiadłszy z pociągu, w klapkach, z plecakiem i ręcznikami pod pachą, stwierdziliśmy, że pójdziemy przedtem na jeden kieliszek Ginjinhii, tej kultowej portugalskiej wiśniówki, sprzedawanej jak to mówi moja koleżanka 'z tej dziury w ścianie' przy Rossio. Wypiwszy po kieliszku udaliśmy się w drogę do hotelu, po czym kilka kroków dalej natknęliśmy na kolejną dziurę w ścianie (nie odkrytą mi wcześniej!), na przeciwko której siedział pan z gitarą i pięknie, sentymentalnie grał i śpiewał fado. Nie było już odwrotu, zasiedliśmy pod ścianą i tak dokonała się noc. L wstawał co jakiś czas aby przynieść nalewkę, a ja żeby wrzucić panu kilka pieniążków. Tamtej nocy padło kilka ważnych słów :)

W ogóle mieliśmy niezłego farta, bo od razu po wylądowaniu w sobotę pan autobusiarz nas poinformował, że dojeżdża jedynie do przystanku Restauradores (i tak była to nasza stacja docelowa), bo centrum jest zamknięte z racji koncertu rozpoczynającego Festival da Sardinha, czyli festiwal sardynek, ha! Przez pięć dni i cztery noce cała Lizbona śpiewała, tańczyła, jadła, piła i się weseliła. Alfama była przaśnie udekorowana, a sangria lała się strumieniami. Tradycyjnie przemierzyłam Rua dos Remédios kilkakrotnie wzdłuż i wszerz, myśląc przy tym ciepło o AMJ i opowiadając L o mojej z nią przygodzie, ale wszechobecny zapach saudade nie był już tak ściskający w dołku. Muzyka chyba nie tylko łagodzi obyczaje, ale i ludzkie uczucia. Piękny, naprawdę piękny, ciepły, niezapomniany czas.

Oczywiście, ze wrócę do Lizbony jeszcze wielokrotnie, kto wie, może nawet będę kiedyś miała mały lofcik w Alfamie i jak Marcin Kydryński z okna robiła wciąż to samo zdjęcie o różnych porach roku - wielkie monstrum cumujące u moich drzwi. Tymczasem z Portas do Sol.

A ten słodziak jest równie słodki i niezmienny od lat.

Reszta zdjątek tradycyjnie w tym samym miejscu. Widzicie, ja naprawdę lubię niezmienność :)

czwartek, 09 maja 2013

Pańcia Paulincia uprzejmie donosi, że za 3 tygodnie będzie lądować w Lizbonie, w pięknym a jak towarzystwie. Nic dodać, nic ująć. Alleluja!!!!

A następnym razem w PL kupię o to, amen!

poniedziałek, 09 lipca 2012

Jestem, jestem, powrócona :) Zaczęłam od zdjęć, tradycyjnie w zakładkach po lewej. Frajdę mam z tym photoshop'em wielką od kiedy wiem jak go uruchomić. Ale spokojnie, tłuszczy nie odsysam, zmarszczek nie wygładzam, tylko na prośbę Goethe'go światła dodaję.

Pięć dni w Portugalii, dwa w Galicji, całe siedem pięknych wakacji. Oprócz zarezerwowanego na lotnisku w Porto samochodu i pierwszego noclegu w oddalonym o 50 km Amarante, planu nie mieliśmy żadnego. To znaczy trochę kłamię, bo ja swoją perełkę znam prawie na pamięć i wiedziałam gdzie chcę pojechać, ale rzeczywiście postawiliśmy na żywioł, głównie jeżeli chodzi o noclegi. I powiem Wam tak - to najłatwiejsza rzecz pod słońcem znaleźć TANI dach nad głową na Półwyspie Iberyjskim, nawet o północy. A jeszcze łatwiej, kiedy jest to małe miasteczko, albo wioska. Czasem mogą Cię nawet wziąć za Czecha i wyściskać gratulując dokopania Polakom na Euro 2012 ;)

1. Amarante. Prześliczne preludium do dania głównego północnej Portugalii - Doliny Douro. Zwane mekką poetów i malarzy, takie ospałe trochę miasteczko, ale przepiękne i stylowe. Tam można zabalować do syta wieczorem za 25 euro oraz zjeść lekki lunch za 30 następnego dnia :)

2. Dolina Douro. Rzadko mam tak, że się wzruszam patrząc przed siebie, bo jestem z tych, którzy zazwyczaj patrzą do tyłu, ale właśnie tam, w Dolinie się wzruszyłam. Co prawda nikt o tym nie wiedział, ale teraz Wam zdradzam tajemnicę. Jeżeli miałabym kiedyś dużo pieniędzy, to zaraz po kamiennicy w lizbońskiej Alfamie kupiłabym dom nad rzeką Douro, gdzieś w okolicy Pinhão. Miałabym winorośl na stokach, dużą winiarnię i generalnie resztę świata w poważaniu! Tam można dokonać żywota patrząc na sennie przesuwające się po rzece łodzie, otulone zielonymi zboczami, w leniwych promieniach słońca, rozmarzyłam się. Sabrosa (urocza, rodzinna miejscowość F. Magellana!), Vila Real (zbyt duże i tłoczne, więc tylko przejazdem), Fisgas de Ermelo (bajkowo zachodzące nad górami słońce, ale nad sam wodospad nie dojechaliśmy ze względu na niespodziewanie zapadnięte ciemności), Modim de Basto (główny bar w miasteczku oferuje podwójny pokój za 25 euro, ze śniadaniem, a kieliszek wina za 1.20 :) Do barkokowej rezydencji Casa (Solar) de Mateus nie udało nam się jednak dotrzeć w godzinach otwarcia, więc nie pospacerowaliśmy po oszałamiających podobno ogrodach. Żal okazał się jednak mniejszy, kiedy zaraz potem wyczytałam, że wbrew pogłoskom, to nie to miejsce jest kolebką sławetnego Mateus Rosé (różowe, półsłodkie wino musujące), a jedyne co je łączy to nazwa.

3. Guimarães, piknik na szczycie Penha, na który koniecznie należy wjechać kolejką linową Teleférico da Penha, Braga (trafiliśmy na festiwal bębniarski) i Bom Jesus do Monte, sanktuarium 6 km od Bragi, usytuowane na szycie miejsce pielgrzymek, do którego wiodą kręte barokowe schody. Barcelos (stąd pochodzi ten sławetny kogut, symbol Portugalii, ale poza pustą restauracją w centrum, serwującą przepyszną zapiekankę z dorsza i ziemniaków, nie ma tam zupełnie nic). Ponte de Lima, serce regionu Vinho Verde (Minho) - najstarsze miasto Portugalii i odkrycie jakich dokonywać bym mogła codziennie. Trafiliśmy tam późnym wieczorem i po właściwie natychmiastowym znalezieniu noclegu (akademik bez studentów) poszliśmy na spacer. Byliście kiedyś na Warmii? Potraficie sobie wyobrazić zapach lata wśród jezior? To tak właśnie jest w Ponte de Lima mimo, że zamiast jeziora jest rzeka, Lima. To jest też chyba urok małych miasteczek, tzw laid-back - wolniej płynący czas, leniwa nieco atmosfera, cicha muzyka w tle (Frank Sinatra, z głośników, publicznych, a jak!), luz jakiś taki wszędobylski, a do tego przyjemne okoliczności architektoniczne - kamieniczki, wąskie ulice, ciemne zaułki, knajpki, ogródki oraz cykady i wygrana Portugalii na Euro 2012 na deser, uff. Rano natomiast się okazało, że mamy niebywałe szczęście i akurat trafiliśmy na odbywający się raz w miesiącu targ. Świat w Ponte de Lima zatrzymał się wiele lat temu.

4. Park Narodowy Peneda-Gerês. Jedyny park narodowy w Portugalii, jedna z ostatnich ostoi wilka i orła przedniego na Półwyspie Iberyjskim, jeden z ostatnich pejzaży portugalskiego życia wiejskiego. Tak, bo w tym parku narodowym mieszkają ludzie! Jest kilka wiosek, ale populacja kurczy się w zastraszającym tempie na skutek migracji młodych do miast. Bo kto chciałby w tych cywilizowanych czasach mieszkać w dziczy i głuszy, wśród wilków!? Niesamowite to jest, naprawdę, albo sami starsi ludzie, albo dorastające jeszcze dzieci (gdzie ich rodzice, nie wiem). No i oczywiście wizytówka północnej Portugalii i Galicji - espigueiros, czyli wspólnie użytkowane, kamienne i zwieńczone krzyżem spichlerze, stojące na nogach wysoko nad ziemią, co ma chronić zawartość przed szkodnikami (w Hiszpanii nazywane są hórreo). Te krzyże to chyba pozostałości z czasów, kiedy trzeba było komunikować jasno i wyraźnie, że to ziemie, które nigdy nie poddały się Maurom, domyślam się. Tam w jednej z wiosek, Lindoso, spotkaliśmy przy barze grupę bardzo sympatycznych dziadków, z których jeden okazał się... pół Polakiem :)

5. Poprzez portugalskie Monção oraz hiszpańskie Vigo i Pontevedra, wylądowaliśmy w Sercu Galicji - Santiago de Compostella, miejscu, do którego pielgrzymował św. Jakub. Camino de Santiago (Droga św. Jakuba) to jeden z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, ale na pewno to wiecie. Niektórzy zarzucają miejscu komercjalizm, ale każdy chyba odnajduje to, czego szuka. Ja kiedyś przejdę cała trasę na nogach, od Francji, przez 6 tygodni, postanowione. Będąc tam nie mogliśmy oczywiście nie pojechać kilka kilometrów dalej na zachód do Cabo Fisterra, czyli na koniec świata. Tam pielgrzymi kończą swoją Drogę i... palą buty. To akurat nie wiem czy jest konieczne (ja kocham wszystkie swoje buty!) ale rozumiem, że są ludzie potrzebujący dokonać tego symbolicznego aktu. Coś się kończy, coś się zaczyna. Z tym końcem świata to jest jednak mała ściema, bo już od dawna wiadomo, że najbardziej na zachód wysuniętym fragmentem Europy (czyli przed odkryciami geograficznymi końcem świata!) jest portugalskie Cabo da Roca w Sintrze, nieopodal Lizbony. W Galicji też postanowiliśmy zostać drugą noc i zakotwiczyliśmy w bardzo przyjemnej wiosce na wybrzeżu, Muros. Pokój z widokiem na zatokę, z haftowaną pościelą 40 euro za noc. Piszę o tych cenach tylko dlatego, że 'zarzucono' mi kilkakrotnie, że jak ja tak mogę często podróżować, kiedy hotele są przecież takie drogie (czyli, że skąd mam na nie pieniądze?), a do tego bez wcześniejszego planu i rezerwacji (w jednym miejscu, przez tydzień?). Niektórzy nie potrafią zrozumieć, że ja po prostu nie sypiam w drogich hotelach, ani nie umiem usiedzieć w jednym miejscu. Mam też podejrzenie, że im się wydaje, że ja bardzo oszczędzam podczas swoich podróży haha.

6. To był dzień, który noc wcześniej postanowiliśmy, że spędzimy na plaży, gdzieś na portugalskim wybrzeżu. Rozsmarować opaleniznę po całym ciele i pojeść grillowanych sardynek. Na postanowieniu też się skończyło, bo im dalej jechaliśmy na południe, tym bardziej lało; dosłownie ściana deszczu. Ale nigdy nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Odkryliśmy bowiem portugalską Wenecję, czyli Aveiro. Tam też w końcu pojadłam sardynek i popiłam Mateus Rosé mrau :) A drugiego dnia od rana świeciło takie piękne słońce, ze hoho, więc popływaliśmy po kanałach tradycyjnym moliceiro (barka), posiedzieliśmy pod parasolami praktykując tzw people watching, ja trochę pozakupowałam :) i pojechaliśmy dalej na południe.

7. Coimbra, czyli kiedyś rezydencja monarchów, a obecnie siedziba najbardziej prestiżowego w kraju uniwersytetu. Co ja tam będę Wam miasto opisywać, poczytajcie jak chcecie. Mi tam się ono kojarzy z bramką Ronaldo przeciw Czechom w 81 minucie i sławetną Café Santa Cruz

A następnego dnia musieliśmy wrócić do Porto, oddać samochód i polecieć do Dublina, bo zgodnie z tym co ludzie mówią, wszystko co dobre, musi się skończyć. Mówią też, że jedno się kończy, żeby ustąpić miejsca drugiemu, co też musi być prawdą, bo spędziwszy jedną noc w Dublinie, wyleciałam na Słowację. Dodam tylko jeszcze à propos tygodnia iberyjskiego, że jak tradycyjnie na swoich wojażach, to co się najadłam ambrozji i popiłam nektaru, to moje. A jedyne co mnie irytowało, to wszędobylskie opłaty za autostrady i rachunki, których się jeszcze za nie spodziewam.

Owocnego tygodnia.

sobota, 13 listopada 2010

Trzy tygodnie! Tak, całe, okrąglutkie 3! Tyle mi zajęło, aby wygospodarować chwilę i tu zajrzeć. Nie wiem, czasy się zmieniają, czy ja, ale jakoś coraz trudniej mi się zmobilizować. A może to wcale nie o mobilizację chodzi, a to, co w duszy gra? Nie wiem. Wiem na pewno, że świat się kręci i zmienia nie do poznania. Blogowi znajomi się ohasłowywują i nawet nie dają cynku. Ani autoryzacji, by by dalej można było ich "czytać". W końcu człowiek to nie tylko ręce i wątroba, ale też przywiązanie. Właśnie zdałam sobię sprawę, że Felendzerów czytam już piąty rok. A oni nawet nie wiedzą o moim istnieniu. Smutno by mi było, gdyby teraz zastrzegli bloga. Pamiętam przecież jak Kuba się rodził... Teraz dorasta, a i ja dojrzewam.

Spotkałam się w środę z Emilką, poznaną w Banku cztery lata temu. Powiedziała na odchodne: Wiesz Paula, patrzę na ciebie przez te lata i napatrzeć się nie mogę. Tak pięknie dojrzewasz.

Porto... Porto też jest dojrzałe, a właściwie stare. Stare i piekne, jak cała Portugalia zresztą. Już uzgodniłyśmy z portugalską koleżanką Paulą, że gdybyśmy mogły pobierać swoje irlandzkie wypłaty nad Tagiem, już dawno by nas tu nie było. Ale nad Duero też jest fajnie. Biednie, brudno, obdrapanie, ale błogo. A duża lampka wina kosztuje 1,2 euro!!! Problem nasz z M. polegał jedynie na tym, że pojechaliśmy tam potwornie zmęczeni. Ja wycieńczona festiwalem, on nie nadąrzający z sesjami fotograficznymi i budowaniem rowerów. Pierwszej nocy poszliśmy tylko na kolację do pierwszej z brzegu knajpy, a potem padliśmy jak kawki. I jak nie my na wyjeździe, piłowaliśmy do południa na drugi dzień. Inaczej się nie dało. Musieliśmy odespać i ustawić na nowo zegarki biologiczne. W ogóle całe cztery dni spędziliśmy na totalnym luzie, chodząc tam gdzie nas niosły nogi, a nie gdzie kierował książkowy przewodnik. Zakupiliśmy pakiecik atrakcji za całe 19 euro na głowę i oddawaliśmy się rozkoszom typowego turysty - autobus hop on - hop off, rejs statkiem po rzece, winiarnia, od jednego bar do baru (koszty dodatkowe jednak ;) To jest coś niesamowitego w tej Portugalii - ceny! Wczoraj poszliśmy z M. do IFI na kolację, bo kto by gotował w piątek wieczorem! IFI (Irish Film Institute) ma najlepszych kucharzy w mieście, a sałatka Thai Prawn & Sweet Chilli Noodles nie ma sobie równych chyba nawet w Tajlandii! Najedliśmy się przednio, ale nie OBjedliśmy. Całość, plus piwo i wino kosztowała nas 40 euro. W Portugalii natomiast z trudem przychodziło nam wydać 35 co wieczór, a turlaliśmy się z powrotem do hostelu. Nie wiem ile szklanek porto wypijałam, ile M. piw, a obiad zawsze kończył się uma bica e pastél de nata. Jedno jest pewne, nie pamiętam kiedy ostatnio tak włóczyłam się po restauracjach i barach cztery dni pod rząd, nie musząc co rusz zaglądać do bankomatu. Piękny czas, piękni ludzie ;)

Rivioli Cinema Hostel. Pokój o nazwie Amelia. Wiem, że powtarzam się do znudzenia, ale Portugalia ma naprawdę najlepsze hostele na świecie! Byłam w różnych, w wielu krajach, ale tamtych nie da się porównać do żadnych. Stylowe, klimatyczne, czyste, jak w domu. Był nawet kiedyś plan, że miałam w jednym z nich pracować zaraz po porzuceniu pracy w Banku. Ale okoliczności się zmieniły niespodziewanie, dalej więc mieszkam w Dublinie...

Ehh, język, ludzie, miejsce, czas, muzyka. Wszystko razem do kupy. Tak, kiedyś zamieszkam w Portugalii!

Wartym wspomnienia jest jeszcze coś, czego byliśmy świadkami przez cały pobyt - Rag Week, bo Porto to w końcu studenckie miasto! Próbowałam znaleźć jakieś adekwatne tłumaczenie na polski, ale nie znalazłam, być może dlatego, że u nas się tego nie praktykuje w takiej formie. Chodzi bowiem o to, że studenci przejmują władzę w mieście (tak akurat jest i u nas), ale nie polega li tylko to na tym, że chleją do upadłego na każdym skwerku (tak jak tylko u nas! I've been there, I've done that ;) Nie znam na tyle portugalskiego, żeby poczytać w necie, więc sobie sama dedukuję. Są zaawansowani stażem studenci i są ci najświeżsi. Wyjadacze poubierani są jednakowo jak jeden mąż - dziewczyny w czarne garsonki, chłopacy w czarne garnitury, a wszyscy mają jednakowe czarne peleryny. Co niektórzy do tgo gumowe pałki i skoroszyty w rękach. Młodych natomiast rozpoznaje się grupkami różnie poubieranymi - kolorowe koszuli z napisami, jednakie czapki na głowach, tudzież inne elementy mające daną grupkę wyróżniać. Przypuszczam, że podzieleni byli wydziałami. I generalnie polega to na tym, że starzy musztrują młodych. Dają im poszczególne zadania do wykonania, włączając w to zaczepianie przechodniów (też zakładam, że zbiórki charytatywne są częścią całej imprezy). Zaczepili i nas, ale nie mieliśmy zielonego pojęcia o co chodziło, nie wydawało się nam jednak, że chcieli pieniądze. Albo śpiewają na całe gardło. I pic polega na tym, że są ich niezliczone setki, w każdym zakamarku miasta, przez całe dnie i noce, i przemieszczają się z miejsca w miejsce niczym nomadzi. Drą się w niebogłosy, śpiewają, tańczą, urządzają scenki rodzajowe. Starsi oczywiście popijają od bar do baru podczas tych wędrówek, co mnie nie dziwiło, ale nie mogłam się napatrzeć jak ci młodzi byli gromadnie posłuszni. Tarzali sie po ziemi, klęczeli, kwiczeli jak prosiaki, albo oddawali inne odgłosy na komendę. Cośtam pisali, rysowali, biegali na przełaj. Widziałam jak jedna "stara" czubkim buta strąciła młodemu czapkę z głowy jak klęczał! Na to bym się raczej nie zgodziła, ale cóż, co kraj, to obyczaj. I autentycznie ten cały galimatias trwał przez cały nasz pobyt. Nie ukrywam, że po jakimś czasie nie wzbudzało to już w nas większego zainteresowania, co nie przeszkodziło za to jednej nocy wbić się w tłum starszaków i balować razem z nimi. Grali, śpiewali i tańczyli przednio! A ja wypiłam straaaasznie dużo porto tamtej nocy ;)

Zdjęcia poniżej oczywiście by M. A te moje sierotki w My Picasa, link w zakładkach po lewej ;)

niedziela, 09 maja 2010

Tak wiem, miałam wytrzymać do jutra z kolejną porcją zdjątek z Portugalii, no ale ostatecznie nie mogę. Właśnie dostałam wiadomość, że Mrufce udało się bezpiecznie wylądować w Warszawie, stąd musiałam upamiętnić tę chwilę. Teraz już wszystkie są na powrót całe i zdrowe w swoich domach i mogą się delektować wspomnieniami z Portugal Bonito. Ja wcale się Mrufce nie dziwię, że była taka zestresowana przez ostatnie dwa dni w tej Lizbonie. Cieszyć się miejscem jest fajnie, ale jak jest się samej, tak daleko i z niepewnością gdzie się będzie spało kolejnej nocy, to wcale nie jest wielce kolorowo. Mógłby więc już ten islandzki wulkan iść w cholerę spać na kolejnych sto lat i dać nam się delektować podróżami! To taka moja osobista prośba do tego cholerstwa, którego nazwy nie jestem nawet w stanie wymówić. Tym bardziej, że za niecały miesiąc wybieram się do Bratysławy i Wiednia i chciałabym wrócić na czas. No, to tyle z moich próśb na dziś. Jeszcze tylko raparigas Polacas bonitas em Lisboa! :-)

Boa noite amigos!

sobota, 08 maja 2010

No, w końcu mi się udało rozpracować swojego bloga i załączyć więcej zdjęć, huh! Nie jestem dobra w te kolcki techniczne w ogóle, ale mam za to inne zalety ;)

No to od początku... Tydzień temu w piątek wieczorem wylądowałam w Faro, na samym południu Portugalii. Tam już była Majka, Karina, Ewa Sroczka, Monika vel Nordic Walk, jak ją później ochrzciłyśmy oraz Angela. Pic polegał na tym, że wszystkie o moim przybyciu widziały, oprócz Kariny. Dla niej to była jedna z urodzinowych niespodzianek. Trzeba było widzieć jej minę, kiedy weszła do pokoju spod prysznica, a ja wyskoczyłam z szafy niczym pancia z tortu i zaśpiewałam jej Sto Lat! :)

Krzykom, tańcom i podrygiwaniu nóżkami nie było końca. A potem poszłysmy w tango, do socjalistycznego baru między innymi. Spędziłyśmy w Algarve bite dwa dni, bo w poniedziałek pojechałyśmy na 12 godzin do Lizbony. O tym jednak będzie kolejny wpis i porcja zdjątek. Południe Portugalii jest OK, ale ja to jednak jestem concrete girl i zdecydowanie bardziej europejska, czyli w kategoriach Portugalii, od Lizbony na północ. Nie zmienia to jednak faktu, że czas spędzony z laskami w Algarve był cudowny! W piątek przybalowałyśmy w Faro do godzin porannych, a w sobotę rano byłyśmy już w Lagos, gdzie m.in. pływałyśmy łódką. Bo że co rusz zachodziłyśmy na kieliszeczek porto, kawunie i inne słodkości, to jest jasne jak słońce, które już w maju świci tam na potegę. W niedzielę natomiast pojechałyśmy do Loule na market, ale się okazało, że Portugalia to przykładny kraj katolicki i wszystko było pozamykane oprócz... kościołów rzecz jasna. Poszłyśmy więc na chwilę do jednego, potem na porto, i wróciłyśmy do Faro prosto na plażę. Na tamtej plaży właśnie zrodził się plan, aby pojechać do Lizbony na drugi dzień. Dziewczyny miały taki zamysł na wtorek, jak ja już pojadę, ale dzięki Bogu Sroczka wpadła na świetny pomysł, żeby pojechać tam razem ze mną, w poniedziałek właśnie. No bo kto jak kto, ale Ofczusia Lizbonę już zna i przydała się jako przewodnik. Wilk więc się najadł do sytości, a i Ofca zachowała swoje raciczki, mało tego, skakała ze szczęścia jak kózka :)

A pod spodem kilka zdjątek upamiętniających jak nam razem było fajnie. Dziewczynki kocham Was! :-*

 

czwartek, 06 maja 2010

A teraz niskie pokłony dla portalu Facebook, który umożliwia ściągnięcie zdjęć na drugi dzień po powrocie z urlopu, nawet kiedy nie posiada się własnego aparatu fotograficznego, bo się go oddało :)

I już mam kolejnych 12 zdjęć, tylko za cholerę nie dają się tu wstawić wrrr! Spróbuję więc jutro...

wtorek, 04 maja 2010

Ah, jak ja kocham Portugalię, i ugrzęznąć w niej na dłużej wskutek pyłów wulkanicznych z Islandii ;)

Szczęścia miałam dziś tyle ile zazwyczaj tylko głupi miewają i też jak głupi do sera się teraz cieszę. No bo żeby to Lisboa była, to bym się nawet z powrotem bardzo nie spieszyła do Dublina, ale wizja samotnych nocy w hostelu w Faro jakoś mnie lekko zestresowała. Udało się jednak, w ostatniej chwili zajrzałam na internet i zobaczyłam dodatkowe samoloty podstawione do Irlandii. Zarzuciłam więc tylko spodnie i bluzkę na strój kąpielowy i zawróciłam z drogi na plażę na lotnisko. Teraz, z czerwonym jak u renifera nosem i jak raczek ramionami, siedzę uhahana w domu w Dublinie i popijam zimne piwko, delektując się wspomnieniami z ostatniego wikendu. Prawda to jednak, że wszystko można człowiekowi odebrać, ale wspomnień i tego co przeżył, nigdy!

Czas miałam absolutnie rewelacyjny! Maja, Karina, Ewa Sroczka, Angela, Monika vel Nordic Walk, no i ja, Ofca, w Faro, a wczoraj w Lisboa jeszcze Ewcia Mrufka moja i Krzyś (też już jak mój :) potraficie sobie wyobrazić tę wybuchową polską mieszankę w Portugalii? Ale bez obaw, kraj ten piękny dalej leży na swoim miejscu, ino może smutniejszy już trochę bez mojej obecności hihi. Jestem zakochana w Portugalii z każdego w nim pobytu na drugi coraz bardziej. No i już się dogaduję po portugalsku jupikaej! Nie dałam nikomu mówić po angielsku w restauracjach i pytając o drogę. A w Lizbonie to nawet spędziliśmy z godzinę z samymi Brazylijczykami nie mówiącymi za grosz po angielsku! I dużo, dużo os copos de vinho porto e vinho tinto e Gingha em frente do Ginghina e uma bica e pastéis de nata e Bacalhau à Brás e muito bonito paisagem i wszystko inne portugalskie razem do kupy. Poezja dla ciała i duszy!

Eh, znów mam za dużo emocji w sobie, idę więc spać.

Ate logo meus amigos :)))

niedziela, 14 lutego 2010

Oszalałam zupełnie. Mam nadmiar emocji. A to zdecydowanie grozi katastrofą. Wszędzie widzę stop-klatki z Lizbony, słyszę Marizę, czuję smak porto i zapach uma bica. Dziś kupiłam płytę do nauki języka, i już umiem zamówić tosta z szynką i serem, choć jeszcze nie bardzo wymówić słowo pomarańcza. Boję sie, że to już nie jest normalne, szczególnie gdy za oknem właśnie śpiewają Galway Girl (mieszkam nad barem, w Dublinie, gwoli przypomnienia). Lisboa płynie z moją krwią, żeby tylko w dół proszę Jaśnie Pana... Przypomniało mi się jak chciano mnie okraść w ostatnią Wigilię, nie później niż 15 minut po wylądowaniu. I pytanie koleżanki kilka dni temu, kiedy jej o tym opowiadałam - i Ty nadal lubisz to miasto? Mnie okradli w Madrycie 10 lat temu i do tej pory nie trawię miejsca. Koleżanka jest po iberystyce. Obawiam się, że nie przestanę lubić, nawet gdy kiedyś stracę portfel naprawdę, sic!

Mówią, że w Dublin się wsiąka jak w gąbkę. To co powiedzieć o Lizbonie? Pamiętam jak żywe słowa Mućki, że normalnie to potrzebuje czasu by sie oswoić z nowym miejscem, a potem dopiero - po powrocie do domu - nim ekscytować i dlatego nie wie co się z nią dzieje, kiedy tak przeżywa Lizbonę na bieżąco. Swędzi mnie pod skórą, pojechałabym na lotnisko w tym momecie, tylko z kartą kredytową. Tak nie lubię, gdy brakuje mi słów, by opisać swój stan ducha...

Dlatego w zamian Wam przedstawię plan swojej najbliższej podróży, po The Jameson Dublin International Film Festival:

20.02 @ 2pm, La Dolce Vita (Viva Fellini!)

21.02 @ 4pm, Ajami (palestyńsko-izraelska alegoria 'szybkowara', czyli stan w jakim znalazł sie ówczesny kraj)

22.02 @ 8pm, Ninio Rota, Film Music (koncert muzyki tego legendarnego pana w National Concert Hall)

25.02 @ 8.45pm, Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną (eksplanacja zbędna)

26.02 @ 8.30pm, Lebanon (o izraelskich chłopacach - żołnierzach wysłanych w 1982 z odsieczą do Libanu)

27.02 @ Rewers (też wszyscy wiedzą o co chodzi)

Być może i na Alicję w Krainie Czarów w 3D skuszę się w ramach festiwalu. Jeżeli nie, pójdę zaraz następnym tygodniu, bo będą wyświetlać do oporu. No, powinnam choć przez chwilę odwrócić wzrok od Lizbony ;-)

Atenciosamente,

P.

 

piątek, 12 lutego 2010

Bo tylko On mógł takiego Anioła jak Mariza! 

Właśnie wróciłam z National Concert Hall, gdzie było mi dane to wszystko doświadczyć, niewyobrażalnie silne emocje - łzy, śmiech, smutek, radość, jedność, alienację, spełnienie, niedosyt. Tony muzyki bez granic. Tony szczęścia nieprzekładalne na żadną walutę, żadne luksusy tego świata. To jedna z chwil, które będę pamiętać do końca życia. Moje, tylko moje, nie oddam za nic. Wie tylko ten, kto tam dziś był, kto przeżył, prawda Nomadko? A tak na marginesie, świetnie Cię było poznać na żywo! :-)

Jak zadzwonił dziś do mnie rano Frank (kolega z klasy portugalskiego, poznany notabene wczoraj!), że jednak jego przyjaciel Rui nie będzie mógł dojechać z Limerick i że jak się dowiedział o mnie - Polce zakochanej po uszy w Portugalii - polecił mu oddać mi swój bilet, mało tego, nie ważyć się wziąć za niego nawet centa, to myślałam, że zejdę na miejscu, tzn przy swoim biurku w BOI. Do tej pory nie wiem, czy to naprawdę jest tak, że głupi ma zawsze szczęście, czy po prostu jak bardzo, bardzo czegoś pragniesz, to owo się spełni, bo cały świat sprawia wszystko, by tak się właśnie stało. Cokolwiek, ja TAM byłam! Refleksji mam cały worek, jak stąd na Księżyc, ale jedno dominuje. Ja naprawdę nigdy w życiu nie wyobrażałam sobie, że mogłabym być kimś innym. No wiecie co mam na myśli, tą aktorką, tamtą dziewczyną poznaną poznaną gdzieś kiedyś, tym pisarzem, czy inną panią z warzywniaka, tudzież uniwersytetu. Kocham siebie, taką jaką jestem, z wszystkim za i przeciw; swoją integralność, indywidualność, niezależność, pogmatwanie i prostotę. Ja. Nawet nigdy, jako mała dziewczynka, nie chciałam być taka jak moja Mama. Podziwiałam ją zawsze, kocham nad życie, ale to jest Mama, Ona, inna (no dobra, jako mała dziewczynka chciałam mieć takie rzeczy jak Ona, czyli jak Ona miała koszyk na lato, to ja też musiałam mieć taki sam, w wersji mini ;-) Ale gdybym kiedykolwiek musiała określić, kim bym chciała być jak nie sobą, to zdecydowanie byłabym Marizą! Ona jest jak Anioł, który nawet nie chodzi po ziemi, a stąpa, nie dotykając jej obcasem. Jest piękna, delikatna, wrażliwa, ma charyzmę i potrafi sobie zjednać tłum za pstryknięciem palca. A głos ma jak trąby jerychońskie! Bawi się muzyką, rytmem, słowem; sprawia, że słuchacz doświadcza katharsis totalne, idzie żywcem do nieba. A chłopcy, którzy jej akomaniują są jak mali Bogowie. Lekkość z jaką trzymają instrumenty, z których wydobywają się dźwięki przeszywające do szpiku kości, gracja, a zarazem pasja i oddanie, są nie do opisania słowem. Przynajmniej ja takich nie znajduję w tym momencie (01:06, za sześć godzin wstaję do pracy). Całość była jak niespodziewane zaproszenie na ucztę Bogów na Olimpie.

Eh, jestem jak w innym wymiarze, taki Avatar w 3D. Hay totalny. Przez te 2.5 godziny miałam całe swoje życie przed oczami. Gitara akustyczna była jak L. w Durham, kiedy wracał z pracy i zamiast smażenia kotletów, które były akurat jego działką tego dnia, chwytał za gitarę i czarował. W palcie i czapce. Klasyczna była jak T. - z przymrużeniem oka i rozbrajająca, przy butelce Irish Liquer i kabanosów w Chile. Guitarra portuguesa natomiast jak X. w Dublinie - frywolny, acz oddany i absolutnie profesjonalny. Perkusja jak M. - słodki wariat. Dla trąbki i fortepianu (w jednym) jeszcze nie mam odnośnika. Świat dziś wirował, jak oszalały. Wszystkie bliskie mojemu sercu kobiety tam były.

A na deser Madame A. Libery, drugi raz, dziesięć lat po. Zupełnie inna bajka po trzydziestce. Ja. Mariza...

I Bóg Stworzył Kobietę. Bo tylko On potrafił!

 
1 , 2