O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!
wtorek, 03 października 2006
czyli Ofca wpadła pod kosiarkę.

A oto rezultat:


Czy ktoś może powie, że nie lubi jagnięciny? ;-D

P.S. Gwoli ścisłości, zapędów ekshibicjonistycznych nie mam. A że sweterek ten sam? Cóż, pozotałych 150 w praniu ;-D

... zwykł ktoś kiedyś komentować moje narzekania.

Dlaczego mam dziś poczucie, że rzeczywiście jest ?

poniedziałek, 02 października 2006
czyli c.d. przypadków w burdeliku na końcu świata.

Podobno mam talent. I to nie byle jaki, bo ten do rządzenia, hehe. A przynajmniej takie słuchy przechadzają się hotelowymi korytarzami. Obok nich spacerują również te:

A. niemożliwe, że jestem czystej krwi Polką bo:
a. nie wyglądam (czyli standard; odpowiedzi na pytanie: a jak wygląda typowa Polka? brak)
b. nie brzmię (nie wiem czego oni chcą od mojego "r", wrrrr)

B. podobam się (UWAGA!!!) kelnerce z restauracji! (ale ponoć nie tylko ja, uff :-)

Wniosek: moja babka poszła w tango z Hiszpanem/Francuzem/Chorwatem (w domu mówiło się jednak po gaelicku), a ja mam zapędy homoseksualne.

Mnie jednak najbardziej podrajcowało to bossowanie, które podobno ze mnie wyłazi w sytuacjach podbramkowych. No ale jak trzeci dzień z rzędu w burdeliku burdel pełną gębą, to ktoś musi w końcu przejąć dowodzenie, czyż nie? Nie to żebym ja się tam zaraz pchała. To.... to tak samo wychodzi ;-D
Proszę sobie wyobrazić: stoi baba upierdliwa na recepcji i nadaje, że nocleg z góry opłacony, podczas gdy w rezerwacji jak wół napisane, że depozyt 10% tylko wzięty, reszta do zapłaty tu i teraz. I tłumaczy jej to ktoś 10 minut, palcem pokazując literki wydrukowane na papierze. No to nie wytrzymałam (kolejka za tą kobitą się wije, z nas pot ciurkiem leci, w gardle sucho) i się wtrąciłam (głośno, wyraźnie, z irlandzkim "r"): 98.10 euro do zapłaty. Karta czy gotówka? Nie? Następny proszę!
Druga jęczy, że drogo, może by obniżyć cenę. Drogo? Za rogiem jest hostel. Następny proszę!
Kolejna, że klimatyzacji w pokoju nie ma. No to trzeba było zarezerwować executive room. Następny!
...
Next please to od dziś mój ulubiony zwrot! :-)

Dorzucić do tego uśmiech w głosie gdy odbieram telefon, pomoc niewidomej babci w zaniesieniu walizek do pokoju (powolutku, spacerkiem, pod rączkę; w kolejce huczy), porządek na biurku, balans w systemie plus nadwyżka w kasie, odnalezienie papierów które zginęły trzy dni wcześniej, wyegzekwowanie płatności z Chicago, kurwy puszczane tylko na tyłach w biurze, za zamkniętymi drzwiami oraz zorganizowanie obiadu dla głodujących recepcjonistów z dostawą na miejsce (no niestety muszli klozetowej nie udało mi się przekonać by przyszła).
Gdy wychodziłam do domu szef tylko zapytał: "Paulina, jesteś pewna, że nie masz niemieckich korzeni?".
Nein, habe ich nicht aber ordung muss sein!
:-D
03:04, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (3) »
sobota, 30 września 2006

Dużo listów, jeszcze więcej... Piszę je regularnie, rzadziej wysyłam. Jest jakaś magia w słowach zapisanych na kartce papieru, wtulonych w kopertę, czasem ze znaczkiem. Najpiękniejsze są te pisane na kolanie, w nieoczekiwanych momentach, kiedy tak bardzo chce się komuś coś opowiedzieć...

Zawsze mam przy sobie kartkę i długopis.

piątek, 29 września 2006
czyli o tym jak UFO przejęło pewien burdelik na końcu świata.

Ha, zostaliśmy sprzedani! Bliżej nie zidentyfikowany obiekt (nie wiem czy latający, choć nie sądzę by przemieszczał się na własnych nogach, i z grubym portfelem na pewno) kupił przytułek dla ubogich na skraju lotniska w Dublinie, pod piękną, choć nijak się mającą do jego położenia nazwą, Great Southern Hotel. Sama transakcja nastąpiła co prawda kilka tygodni wcześniej, ale fizyczne przejęcie dokonało się dziś, a właściwie wciąż się dokonuje. Atrakcji przy tym co niemiara. Jakieś kilkadziesiąt osób (w tym słaniająca się już z wycieńczenia fizyczno-psychicznego autorka tego wpisu) zostało postawionych w stan gotowości bojowej i zmuszonych do pracy w godzinach znacznie wykraczających poza ustawowe normy i wykonywania zadań nie należących do zakresu ich obowiązków. A wszystko to na obrotach grubo zwielokrotnionych. Sytuacja na recepcji **** hotelu z 230-oma pokojami wyglądała w skrócie tak:

- jakieś 150 przyjazdów, w tym grupa sfrustrowanych przedstawicieli Irish Wheelchair Association (żaden z nich na wózku inwalidzkim!)
- kilkadziesiąt osób z dnia poprzedniego, które akurat potrzebowały: zmiennika do prądu amerykańskiego/kontynentalno-europejskiego/japońskiego, żelazka, gotówki (najbliższy bankomat na lotnisku, sic!), pralki, szczoteczki do zębów, połączyć się z internetem, który akurat dziś nie działał itp. oraz całego szeregu informacji: rozkład jazdy pociągów do Limerick, loty do Filadelfii, najlepsza włoska restauracja w mieście, teatr komediowy, najbliższy autoryzowany dealer Renault, tanie noclegi, restrykcje odnośnie bagażu podręcznego na Heathrow i ch... wie co jeszcze!
- wszystkich z w/w towarzystwa musiałam poinformować indywidualnie, że: z karty kredytowej biorę tylko autoryzację, płacić będę przy wyjeździe, darmowy autobus na lotnisko jeździ 24 h na dobę co 15-20 minut sprzed drzwi wyjściowych, restauracja jest czynna do 22.00 ale trzeba najpierw zarezerwować stolik, w barze natomiast mogą się nażreć bez rezerwacji do 23.00, potem tylko room service, do centrum mogą się dostać taksówką (którą z przyjemnością im zamówię wrrr) lub autobusem linii 41 tudzież 16A (których niestety nie zamówię, choć przy większym wysiłku byłabym w stanie, bo przecież ja wszystko jestem skłonna zorganizować!), a jak tylko będą czegoś potrzebować niech śmiało dzwonią do recepcji pod 160!
- w międzyczasie odebrałam 10 tysięcy telefonów w rozmaitych sprawach, wykonałam ich niewiele mniej po całej Europie (w Australii nikt się nie zgłosił, więc się nie liczy), wysłałam 5 faksów, przyjęłam 10 przesyłek, wydałam 100 toreb z przechowalni, 3 razy wymieniałam walutę, zamknęłam pakunek w sejfie, zarejestrowałam kilkanaście samochodów na hotelowy parking, przepuściłam setki biletów parkingowych przez maszynkę do uaktywniania ich ważności, kłóciłam się z szefową housekeeping'u, że nie ma czystych pokoi w systemie (była akurat na kawie, więc mnie zbeształa, że jej przeszkadzam, a w ogóle to ona mi ich nie urodzi, niech się czepiam tych co sprzątają) i nie wiem już sama ile skarg na cały ten burdel odebrałam od ludzi.
- przez 45 minut tłumaczyłam czerwonowłosej, nafaszerowanej Bóg jeden wie czym kobiecie, że nie mamy wolnych miejsc na dziś, ale mogę podzwonić po okolicznych hotelach, a nawet zorganizować dla niej transport. I tyle razy ile to powtarzałam, ona odpowiadała z ciężkim wschodnim akcentem: "Ale my swoi, już 14 lat w Kilarney mieszkamy, po długim locie jesteśmy, my nie zwierzęta, my ludzie".
- z racji tego, że panny z rezerwacji zrobiły sobie wolne przed czasem, od 18.00 przejęłam także i ich obowiązki.
- około 50% taksówek, które zamówiłam dla gości odjechały na pusto, bo ci zmienili zdanie albo się ulotnili, co daje jakieś 10 awantur z sałaciarzami.
- a wszystko to w choreografii wijącej się po całym holu kolejki do recepcji, dwóch nieustannie dzwoniących telefonów, kilku bipczących pagerów, wyjącego alarmu jakiegośtam i odgłosu help button wciskanego na parkingu.
I tak przez 9 godzin!!!
Dodam tylko, że bohaterów tego dramatu było dwóch: ja i Ryan, rodem z Południowej Afryki, najbardziej cierpliwy człowiek świata. Reszta zaangażowana była m.in w ważenie mięsa w lodówkach, liczenie butelek w piwnicy, wkręcanie żarówek na korytarzu, płakanie z powodu bólu brzucha, awanturowanie się o zaległe płatności z dłużnikami, zbieranie czarnych kłaków z podłogi w pokoju 219 i takie tam różne.
A na koniec dodam, że o 12 w nocy nastąpiło przeinstalowywanie systemu komputerowego, co oznacza, że...

Bóg zapłać UFO, że mam jutro wolne!

P.S. 28 października idziemy z Zośką na koncert Kayah. Hurra!

03:10, hadassa79 , Roboczo
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 września 2006

Śnił mi się dziś tygrys. Ale nie ten z LLamy, tylko taki prawdziwy, kudłaty zwierz. Lizał mnie po twarzy i się łasił. Trochę się go bałam na początku ale koniec końców miłe to były pieszczoty (bez obaw, cierpię tylko na permanentny brak zwierząt w otczeniu odkąd wyprowadziłam się z rodzinnego domu). Zaglądam więc rano szybciutko tu, i takie oto rewelacje czytam:

"Uwaga! Coraz większą rolę w twoim życiu odgrywają prymitywne popędy".

No comment!
Dodam tylko, że mój prymitywny popęd ciągnie mnie teraz w kierunku łazienki (no, żadnej rzeki, czy bajora na horyzoncie nie widać, więc zmuszona jestem skorzystać z dobrodziejstw cywilizacji) aby dokonać rytuału obmycia, a następnie bezwolnie wysyła do pracy w celu upolowania zwierzyny na kolację.
I ktoś mi może powie, że nasze popędy uległy zmianie od czasów kamienia łupanego?


Presja, presja i po presji! Jeszcze rano narzekałam na problemy z artykulacją, a teraz nie mogę nadąrzyć za słowotokiem myślowym. A wszystko to za sprawą... mężczyzn! Tak, tak, pewien Mężczyzn (a właściwie trzech, chociaż ten pierwszy się nie liczy, bo sam się spalił na starcie, drugi pozostał postacią ze zdjęcia, więc też go odstawmy, drogą dedukcji ostał się jeden), pobudził moją wyobraźnię! I guzik mnie obchodzi, że ma żonę i dziecko, fascynacja, choć tylko platoniczna, pozostaje fascynacją. Sęk w czym innym. A w tym moi drodzy, że Ofca znów zaczęła dostrzegać mężczyzn wokół siebie! Choćby właśnie takiego pana Boxall'a. Przystojny, elokwentny, szarmancki (przepuścił mnie w windzie; wszystkie proszę i dziękuję na miejscu), z wielkimi oczami i ślicznym uśmiechem. No dobra, żona. Ale ilu jest takich Smith'ów, Hudspeth'ów, czy nawet Kowalskich, bez żon w domu!?! No? Ilu? (w Ofcy obudził się matematyk - statystyk) No musi być przynajmniej kilku na tym globie! ;-)

I pomyśleć, że jeszcze niedawno świadkowałam rozmowie koleżanek:
"X: - Ty, widziałaś, Boxall znów przyjechał. Jezu, jakie ciacho. Ty, ty widziałaś jak się na mnie spojrzał? Z takim to bym...
Y: - Ale ty głupia jesteś, on ma żonę i dziecko mu się niedawno urodziło.
X: - No to co, popatrzeć chociaż nie mogę?
Y: - A patrz, tylko te check out'y na czas zrób!
____________________

X: (do mnie) - A ty co o nim myślisz?
Ja: - O kim?
X: - No wieszzzz, a kogo przed chwilą wczekinowałaś!?!
Ja: ??? (i pomyślałam, co za durne kozy!)

Kilka tygodni później własnym słowom nie dowierzam:
- "Dziewczyny, dziewczyny, właśnie wczekinowałam Boxall'a. Jezu, jaki on jest przystojny! :-)

Tak więc z tego miejsca wszystkie przystojne i smakowite ciasteczka płci męskiej, bez żon w domu (tudzież w pracy, czy na wczasach) zapraszam do Great Southern Hotel Dublin Airport. Swoją uwagę gwarantuję!

P.S. Z góry uprzedzam, że gust mam wyrafinowany i taniej bielizny z chińskiego importu nie strawię, więc jak któremuś z zainteresowanych przyjdzie do głowy zmieniać odzienie na korytarzu i świecić przed mym niewieścim obliczem takim właśnie egzemplarzem (jak to pewien skośnooki pan dziś uczynił), to... to ja tego nie zniesę. I znów oślepnę! ;-D

02:45, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 września 2006

Czuję presję. No bo jak się założyło bloga, to wypadałoby coś na nim pisać, prawda? A ja od wczorajszej nocy próbuję sklecić jakiś zgrabny, najlepiej dowcipny wpisik, ale idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa. A właśnie, dlaczego mówi się "jak krew z nosa" gdy coś idzie opornie? Przecież krew akurat leci żwawo z rozbitego kinola! A może to ja mam problemy z ekspresją w języku polskim? Jeżeli to prawda, to powinnam już od kilku godzin kopać sobie dół, bo jak z ojczystą mową mam problemy to zdecydowanie powinnam zamilknąć na dobre! Czasem łapię się na tym (za Zębatym i Cohenem, że się grzebię w przeszłości, też), że rozprawiam sama ze sobą po angielsku (wtedy na przykład gdy jesiennym popołudniem idę do pracy pod rozłorzystymi kasztanowcami Griffith Avenue, jakieś 20 minut), ale po kilkunastu metrach, jak mysz do dziury, uciekam w ramiona najpiękniejszego z języków, naszego polskiego. Próbowałam też kiedyś czytać poezję po angielsku, a nawet ją pisać: "How happy is the little stone?"... Ale jak to mawiają z czym do ludu, jak przy romansie Danielle Steel w oryginale usypiam po jakichś trzech stronach. Koniec końców, jak Ofca pisać będzie to tylko po polsku, a jak problemów z artykulacją doświadczy, to pisać nie będzie wcale. Amen.
poniedziałek, 25 września 2006
czyli c.d. o tym co Ofce lubią najbardziej.

Kochani, wróciłam do żywych! Wstaję rano, nigdzie się nie spieszę (tzn w tym tygodniu bo zgodnie z tradycją pracuję na shifty więc zdarza się, że aż zanadto się spieszę), robię kawunię proszę, proszę, zasiadam na kanapie, odpalam Asusa i... hulaj dusza, piekła nie ma! Warunki zewnętrzne nieco się zmieniły: za oknem piękny pochmurny dubliński poranek, ruch na Ballygall niczym nie ustępujący temu na Marszałkowskiej, pan w pomarańczowej kamizelce (na 99% pochodzenia wschodnio-europejskiego) szaleje z młotem pneumatycznym, a u mnie w TV... Edyta Jungowska i Piotr Malajkat w serialu o wdzięcznej nazwie "Codzienna 2 m 3". Bo teraz żeby pojeść kapusty kiszonej, ogórków kiszonych, czy kaszy gryczanej, wypić Tyskie, ewentualnie Kubusia albo posłuchać Kayah live (co nastąpi już niedługo), wystarczy wsiąść spod domu w autobus nr 19, tudzież 83, a by obejrzeć "M jak miłość" po prostu włączyć telewizor o odpowiedniej porze (w tym miejscu serdecznie pozdrawiam Cyfrę Plus i Mamę Magdy, która płaci rachunki :-). Przez rok czasu mojej tu nieobecności (nie wliczając paru kilkudniowych, ale skoncentrowanych na zupełnie innego typu atrakcjach wizyt) kraina nad Liffey stała się chyba bardziej polska od tej znad Wisły. Ale mnie, Ofczycy irlandzkiej, to zupełnie nie przeszkadza, a wręcz czarnkowski twarożek na śniadanie pobudza wenę twórczą. Bo Ofca pisarką jest i basta! ;-)
A w ogóle to się muszę pochwalić swoim wiernym fanom, że zaczęłam pisać książkę. Poki co ma tylko 10 rozdziałów i jest bardzo egzystencjalna więc pewnie nigdy jej nie skończę, bo co się zabiorę to: albo wyjdzie słońce, albo w italiańskiej za dużo wina poleją i Zośka zgubi buta :-D, albo się zorientuję za pięć 7 w pracy że... przyszłam w dżinsach, albo po prostu zostanę zabrana przez Cpt. Jamesa na kilka drinków do Werony w sobotni wieczór. No i kicha. Sił starczy mi tylko by... zalogować się na Ofcy. Ale przynajmniej będę wiedziała, że kilka osób tę pisaninę przeczyta. Za zupełne darmo ;-)

sobota, 23 września 2006
Ta-dam, I'm back :-)
Niniejszym ogłaszam wielki powrót Ofcy na blogowe pastwisko. Po życiowych perypetiach i przemeblowaniach, pozytywnie ustosunkowywuję się do apeli i nawoływań wiernych czytelników, spragnionych niusów z Ofca's crazy life przy porannej kawie. Tym razem postaram się Was nie zawieść i nie znikać bez uprzedzenia. No chyba, że... powrócę tak:



Albo tak:


Zdjątko zrobione na prędce, na potrzebę owego wpisu. W rzeczywistości czupór bardziej okazały :-)
No to coż, do zobaczenia niebawem!
Aha, i proszę o wyrozumiałość odnośnie outfitu tej strony, ale dopiero zgłebiam tajniki CSS. Samodzielnie.
1 ... 46 , 47