O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!
niedziela, 17 sierpnia 2014

Wzruszyłam się niezmiernie przed chwilą wyjrzawszy przez okno - chmara dzieciarni wymieszanej narodowościowo bawi się w Babę Jagę. I oczywiście język polski dominuje. Myślałam, że czasy te minęły już bezpowrotnie i dzieci nie interesuje obecnie nic co nie związane z tabletem,  ajfonem, czy komputerem, ale jak widać nie do końca. Wcześniej grały w bingo, piłkę nożną i jeździły na rowerach omijając ustawione przeszkody, a wtórował im rozochocony pies jednego z nich. Widok ten przypomniał  mi moje zwariowane dzieciństwo z Bartągu, czyli czas który se ne vrati. W ogóle robię się bardziej sentymentalna z wiekiem, choć o wiele bardziej umiem być w tym powściągliwa, co też wydaje mi się zupełnie normalne. Tak samo jak mawiają, że kto za młodu socjalistą nie był, na starość świnią będzie. I chwała Panu za to, bo już się bałam, że będę miała niewyparzoną gębę do końca życia, albo jeno nostalgią emanować. Weź jednak się człowieku nie wzrusz, kiedy mężczyzna, z którym życie dzielisz opowiada ci, że spotkał dawno niewidzianą sąsiadkę, wiekową już panią (w ojczyźnie aktualnie pan bawi), a ta mu opowiadać zaczyna, że pamięta kiedy dawno temu do niej przez drzwi zaglądał, a ona cukierkami go raczyła, on zanim podziękował i uciekł, skrzętnie je liczył. I jak trzy były na przykład, to mówił, że jeszcze jeden potrzeba, bo ich czwórka rodzeństwa jest w domu... Teraz oczywiście twierdzi, że nic nie pamięta, ale ja tam tej pani wierzę na słowo. Nic mnie tak nie wzrusza i nie ciągnie do ludzi jak ich szczerość, dobroć i prostolinijność, i przyznać muszę, że te ciągoty są mi szczodrze wynagradzane - dzielę to swoje życie z mężczyzną o pięknym sercu (żeby jednak jasnym też było, nikt też tak pięknie jak on nie potrafi doprowadzić mnie do białej gorączki; Baba Jaga patrzy whaaaaaa  ;)

Bawiliśmy w Polsce przed dwoma tygodniami, na pięknej Warmii i zachodnich Mazurach, w okolicznościach niecodziennych i pewnie mało znanych przeciętnemu zjadaczowi chleba, dlatego odsyłam do zdjątek w zakładkach po lewej, co by poznał. Po raz 30 zjechaliśmy się tłumnie na wyspę Czaplakiem zwaną (wschodni kraniec Jeziora Jeziorak) i choć i tragedię przeżyliśmy, bo śmierć jednego z naszej czaplakowej rodziny, piękny to był czas i niezapomniany. Tylko cenę za te nienormalne upały płacę do dziś - od tygodnia leżę w łóżku i szprycuję penicyliną, sic! Czytam za to przecudowną książkę, którą ze sobą z kraju przywiozłam (sześć przywiozłam wszystkich), jedną z tych, które żal skończyć, dlatego się odkłada co kilka rozdziałów żeby przetrawić, żeby treść dotarła do każdej jednej szarej komórki. Mowa tu o Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931 - 1936, czyli zapiskach Kazimierza Nowaka z jego wyprawy po Afryce. Jestem absolutnie urzeczona - mądrością i czystością duchową autora, jego barwną polszczyzną i przepięknymi opisami oraz fenomenalnymi zdjęciami, jakich się od lat wielu już nie robi. Jak skończę całość to opiszę na pewno.

Tymczasem wyłączyłam telefon i wiadomości. Staram się nie myśleć co się dzieje na świecie i o tym jaki człowiek potrafi być zły i zepsuty do szpiku kości, a czasem zwyczajnie śmieszny w swojej głupocie. Staram się więc myśleć i otaczać tymi o pięknych sercach i umysłach jedynie oraz im swoją energię posyłać. Niedopuszczalnym jest bowiem żeby zły pieniądz wyparł ten dobry, prawda Apiat? A Baby Jagi niech się gapią i żal im ściska cztery litery. Po czym niech idą do pieca! :)

piątek, 25 lipca 2014

Jestem złym człowiekiem.

Na tym powinnam skończyć ten wpis, po czym zakończyć bloga. Źli ludzie nie powinni pisać blogów. Żyć niech żyją, niech się męczą, ale prawo pisania powinno być im odebrane.

Trzy razy w tym tygodniu dostałam kosą pod żebra. Raz było tylko zadraśnięcie, raz kilka dni rekonwalescencji, ostatni cios śmiertelny.

Pierwsze to tak naprawdę był kamień. Doskonale wiecie czym jest Intifada. Kamieniem we wroga. Wróg przyjął razy bo miał równorzędnego do dyskusji. Drugim razem gojenie trwało dłużej, bo zły człowiek mówił, pisał i wyjaśniał, ale znokautowano go splunięciem i zmową milczenia, choć ten się dwoił i troił (dobry sposób swoją drogą). Trzeci raz zły człowiek padł. Zwyczajnie, z zaskoczenia dostał w aortę.

Pomyślicie, że zły człowiek zwariował. Ojciec się w grobie przewraca, Matka się modli, bo jedyne dziecko znów na zakręcie. A dziecku łzy żalu, rozpaczy i bezsilności płyną, zakrapiane goryczą i złością.

A tak na nasze, wiecie o co chodzi? Na pewno nie, więc Wam powiem. Pierwszy raz był we wtorek. Rozmawialiśmy w lunchu z dobrym kolegą. Powiedział, że się nie dziwi, że jestem jednostronna (chociaż mnie się wciąż wydaje, że jestem obiektywna?) ale muszę też bardziej otworzyć oczy na drugą stronę, bo mrzonki o pokoju i miłości tym razem nie wystarczą. Bo tam giną prawdziwi ludzie. Dostałam trochę po nosie i podkuliłam ogon, ale warto było. Bo nie wszyscy przecież to terroryści; tam też z są ludzie, którzy chcą zwyczajne żyć. Analogicznie z tekstu wychodzi, że było to zadraśnięcie, ale teraz odwracam razy. To były dni rekonwalescencji, mojego własnego punktu widzenia. Nauczyłam się, że dać rozmówcy szansę powiedzieć to jedno, jego też trzeba umieć usłyszeć.

Zadrasnęła mnie jedna koleżanka, aktywna pro-palestyńska działaczka w Dublinie, na co dzień zajmująca się pomocą humanitarną. Podesłała mi link z ponad godzinna tyradą jakiegoś historyka, który udowadniał, że Izrael nie ma prawa bytu w miejscu, w którym istnieje oraz że Żydzi planowali czystkę etniczną Palestyńczyków już pod koniec dziewiętnastego wieku. Nie wiem co zasugerował na koniec ów naukowiec, jakie miejsce dla Żydów na tej planecie, bo nie byłam w stanie dosłuchać nawet kwadransa. A że było to w komentarzach pod postem, w którym wyraziłam swoje oburzenie na jednostronny bardzo obraz w mediach, i zaczęło się robić trochę gorąco, postanowiłam skasować cały post, żeby uniknąć głębszej awantury. A przede wszystkim zrobiłam to z szacunku dla swojej izraelskiej koleżanki, która właśnie biegła do schronu pod Tel Aviviem oraz tej koleżanki działaczki właśnie, która jest bardzo zaangażowana emocjonalnie po stronie palestyńskiej. Po czym napisałam z osobna prywatną wiadomość do każdego biorącego udział w dyskusji wyjaśniając powód. Z każdym popisałam chwilę, oprócz Działaczki, która ograniczyła się tylko do stwierdzenia, że jest jej przykro, że nie ma u mnie miejsca na otwartą dyskusję i że to wszystko wyjaśnia. Ale co to jest to 'wszystko' już nie dopisała. Ponieważ naprawdę ją lubię, mam szacunek do ludzi i zależy mi na moich znajomych, napisałam jej w kilku zdaniach jak ja widzę sprawę. Że ja naprawdę nie popieram izraelskiej interwencji w Gazie, że złość mnie ogarnia na wiadomość o KAŻDYM niewinnym człowieku, który stracił tam życie, ale nie mogę zgodzić się u siebie na taką 'dyskusję', w której jeden drugiemu podważa rację istnienia. I jeżeli oczekuje ode mnie, że napluję teraz na Izrael, to nie, po prostu nie. Tak jak i pluć nie będę na Gazę, czy Zachodni Brzeg Jordanu. Po czym dodałam, że nie rozumiem tej personalnej nagonki na swoją osobę, bo przecież jesteśmy koleżankami. Możemy rozmawiać i starać się siebie nawzajem zrozumieć. Działaczka nie odpisała. Poruszona jej milczeniem, ochłonąwszy na drugi dzień, napisałam jej bardzo długi list. Nie jako pro-Izraelka, pro-Palestynka, ale jako pro-kobieta. Pisałam o swoich emocjach, o tym co czuję, że cierpię podwójnie, bo nie zgadzam się na to co robi Hamas, ale i rząd izraelski, że gdyby to ode mnie zależało i miałabym pewność, że mnie ktoś tam wysłucha na tym Bliskim Wschodzie, to zamiast tłuc się teraz do pracy autobusem w Dublinie, siedziałabym w samolocie do Izraela aby zatrzymać tę rzeź. Napisałam jej o tym co robi mój wujek, że jeździ do Palestyny jako ekspert z ramienia państwa polskiego, aby pomagać Palestyńczykom budować ich własną państwowość, że ja byłam w Izraelu i jestem świadoma jak daleko ten kraj się zapędził w swoim strachu przed islamistami, za co ogromną cenę płacą niewinni Arabowie muszący na co dzień stawać twarzą w twarz z ograniczeniami serwowanymi im przez silny uścisk Knesetu oraz ze strony zwykłych żydowskich oszołomów, których też przecież jest nie mało, i że to jest bardzo nie fair. Napisałam też jako politolog, który spędził trochę czasu czytając literaturę w miarę jak najbardziej obiektywną, poza tym słuchający codziennie wiadomości ze świata i wiem co to jest dżihad, Hamas, islamiści, jaką mają politykę, cel i metody działania, dlatego potępiam ich absolutnie i postuluję do wszechmogących tego świata, aby jak najszybciej znokautować tych barbarzyńców, żeby Palestyńczycy i Izraelczycy mogli jak najszybciej usiąść do jednego stołu i uzgodnić warunki rozejmu oraz powstania wolnego państwa palestyńskiego. Ale najbardziej napisałam do niej jako kobieta, która ma nadzieję być matką, która wierzy, że rozmową, kompromisem i ustępstwami jeden na rzecz drugiego można zbudować dobry świat ponad podziałami, gdzie ludzie różnych kultur i religii będą żyć obok siebie w zgodzie i poszanowaniu i że taki świat ja chciałabym po sobie zostawić dzieciom. Że brzydzę się każdym ekstremizmem i choć może to wszystko co piszę brzmi strasznie utopijnie i że ja nie mam sposobu na rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego, to wierze, że jest to możliwe. Tylko zacząć trzeba od podstawowej sprawy - WZAJEMNEJ AKCEPTACJI SWOJEGO ISTNIENIA! A powoływanie się na Stary Testament, czy Koran i przekrzykiwanie kto ma rację i prawo do ziemi jest po prostu chore w dwudziestym pierwszym wieku. Bo prawo ma i jeden i drugi w tej sytuacji!! (wyobrażacie sobie, że moja Babcia pisze teraz list to rządu litewskiego żeby jej oddał dom pod Wilnem, a oni po prostu oddają?). I że ja zdaję sobie sprawę, iż często brzmię radykalnie w swoich poglądach, ale naprawdę serce mi krwawi, kiedy ktoś kogo przez tyle lat darzę sympatią, oczekuje, że nasram do własnego gniazda. Dopisałam na koniec, że bardzo ją szanuję i życzę serdecznie. Koleżanka, działaczka organizacji humanitarnych pomagająca ludziom na całym świecie, do tej pory nie odpisała, chociażby zwykłego fuck off.

Wczoraj natomiast dostałam strzał prosto w serce. Będzie krótko i na temat. Kolega lat 45, pacyfista, wegetarianin, oczytany, parający się sztuką, z którym nie jedno wypiliśmy wino prowadząc fajne rozmowy. Nie widzieliśmy się dość dawno, nie rozmawialiśmy też. A tu na mój zajebisty ajfon przychodzi notyfikacja, że mam wiadomość na Fejsbuku. Tam link do jakiegoś artykułu z zapytaniem czy Palestyńczycy na to zasługują i opisana lista okropieństw udokumentowana drastycznymi zdjęciami. Wracałam dopiero do domu, a wiecie jak to jest pisać na telefonie w pojeździe będącym w ruchu. Poza tym od kiedy sprawy przybrały coraz bardziej potworny obrót przestałam czytać jakiekolwiek wiadomości i fora. Nienawiść ludzka jest ponad moje siły. Zapytałam więc o co chodzi i czemu akurat mnie o to pyta. Pomyślałam, że zna mnie przecież tyle lat, wie o moim sentymencie do Izraela, ale też zna jako człowieka na co dzień, więc jak mogłabym potwierdzić że ci ludzie na to zasługują?!? Czy słyszał mnie kiedyś nawołującą do nienawiści? Zacierającą ręce kiedy dzieją się zbrodnie? Czy chociażby wyrażającą radość z cudzego nieszczęścia? Rzeczywiście mógł mnie słyszeć głośno, jasno i wyraźnie potępiającą wszelkiej maści ekstremistów i barbarzyńców - muzułmanów bawiących się w dżihad, żydowskich ultra ortodoksów, którym religia na rozum padła, katolickich księży pedofilów, hinduskich gwałcicieli i każdego z osobna skurwiela tego świata, który krzywdzi drugiego. Mógł też czytać jasne deklaracje, że Izrael ma prawo do istnienia i obrony, ale że ma prawo bezkarnie zabijać dzieci? Zaraz potem przeleciały mi przez myśl wszystkie akcje charytatywne i zbiórki, w które byłam zaangażowana, włącznie z tą na dzieci w Gazie w 2008 roku, przelewy bankowe robione w najdalsze zakątki świata kiedy ludziom działa się krzywda, te wszystkie drobniaki i jedzenie zostawione potrzebującym na ulicy, czy zwykła pomoc przyjaciołom. No ale zaraz się zreflektowałam, że skąd niby kolega miałby o tym wiedzieć, przecież nie informuję na Fejsbuku, że kiedy mogę to pomagam innym. Więc dlaczego pyta o coś takiego? Zrobiłam podstawowy błąd, czyli podtrzymałam konwersację na tym ajfonie w trzęsącym się samochodzie. Skutek: najpierw powiedział, że jestem rasistką i nienawidzę Palestyńczyków, potem że wyzywam od szczurów Hamas, czyli biednych ludzi walczących o wolność, następnie zażądał żebym przestała tak kurczowo trzymać się 'plemiennej lojalności' i posłuchała mądrzejszych tego świata, którzy mówią prawdę, a na koniec, żebym kurwa w końcu zaczęła być człowiekiem!!! Po czym wykasował, zablokował i myślę, że nawet splunął. W szoku napisałam esemesa czy to na pewno był on, bo nie mogę uwierzyć, ale pozostał bez odpowiedzi. Co miałam zrobić, też wykasowałam. I wiecie co? Dawno tak nie wyłam z bezsilności.

Nienawiść do sąsiada w imię miłości do świata, głoszona z telefonu komórkowego, gdzie za pomocą kilkudziesięciu znaków można obedrzeć człowieka z jego człowieczeństwa. Gdyby tak można skumulować te słowa i przełożyć na dobre czyny, nie było by konfliktu na Bliskim Wschodzie, eksplodujących samolotów pasażerskich, szahidów, terrorystów. Gdyby tak ci wszyscy inteligentni, oświeceni i miłujący bliźnich ludzie z wieczorków kulturalnych, wystawili nosy znad Fejsbuka i spojrzeli w żywe oczy drugiego, po czym otworzyli portfele i zakasali rękawy... Takie tam majaki złego człowieka.

Zły człowiek pokasował wszystko, odlajkował i mówi DOŚĆ!!!

niedziela, 20 lipca 2014

Właśnie sobie przypomniałam, że mam bloga. Gdzieś znad notatek z prawa europejskiego i tych z equity (w Polsce takowe prawo 'słuszności' chyba nie istnieje, jak z resztą w całym systemie prawnym kontynentalnym, co najwyżej jego fragment ma odzwierciedlenie w powiernictwie, ale i tak nie wiem pod co to przypiąć w Polsce). Generalnie kuję od jakiegoś czasu, na przemian z udzielaniem się na fejsie w kwestii dziejących się właśnie wydarzeń na Bliskim Wschodzie. A czemu mi się dziś akurat blog przypomniał? Bo czytając po raz kolejny ten sam akapit z jakiegoś Lorda uzasadniającego wyrok w dziewiętnastowiecznej Anglii odnośnie transferu własności ziemskiej, zdałam sobie sprawę, że nie tym chciałabym zaprzątać swoje myśli. Poza tym jestem z natury uczciwa, wobec siebie i świata - byłam zdecydowanie lepszym pracownikiem jakiegoś instytutu bliskowschodniego gdziekolwiek na świecie, niż będę Legal Executive w kraju anglosaskim. Ale skoro powiedziało się A... Z drugiej strony, bardzo podoba mi się tutejszy system szkolnictwa (mówię o tym wyższym, bo to niższe trochę kuleje i wielu ludzi jest tu na bakier z wiedzą podstawową, choć ma też pewne dobre strony, na przykład możliwość wyboru przedmiotów) i gdybym była o dziesięć lat młodsza i miała te możliwości co teraz i tę znajomość języka, na pewno bym skorzystała w pełnym zakresie. Tutaj każdy może się przekwalifikować na dowolnym etapie życia, w zupełnie dowolnym kierunku. Moja szefowa na przykład, prawniczka z własną prężną kancelarią, zaczynała podobno jako...położna! Jeden z wykładowców w szkole zaczynał jako księgowy, a koleżanka z ławki z poprzedniego semestru jest od ośmiu lat nauczycielką języka irlandzkiego i muzyki w podstawówce i właśnie zdała egzamin wstępny do Kings Inn, czyli będzie się uczyć na adwokata.

Wyobraziłam dziś sobie, że zamiast czytać o tych zawiłościach prawnych przy transferach ziemi (lokalni mają pierdolca na punkcie majątku i posiadania hektarów), oświecam tych ludzi na temat tego co tak naprawdę dzieje się na Bliskim Wschodzie, jaka jest tego geneza oraz czyje jakie racje, bo póki co jedyne co wiedzą i powtarzają na oślep za brukowcami to to, że rządni krwi Izraelczycy strzelają do palestyńskich dzieci, dla zabawy rzecz jasna, sic! Boli mnie to co się dzieje teraz w Gazie, boli mnie zarówno śmierć tych 13 jak do tej pory żołnierzy IDF'u, jak i tych setek biednych i zahukanych przez Hamas Palestyńczyków. I choć już czytałam i widziałam na zdjęciach jakie żniwo zebrały wydarzenia ostatnich dni, niezmiennie i nieustępliwie powtórzę - ISRAEL HAS A RIGHT TO DEFEND ITSELF!!! IZRAEL MA PRAWO DO OBRONY!!! Nie zgadzam się na rakiety wystrzelone na Izrael i nie zgadzam się na podniesioną przez islamskich terrorystów rękę na ten ostatni przyczółek demokracji i NORMALNEGO, CYWILIZOWANEGO życia w tamtym rejonie świata. I skoro muszą w obronie tego poświęcić swoje życia młode i niewinne dzieci (izraelscy żołnierze to też dzieci!), to znaczy że muszą, choć wiem, że mi to łatwo powiedzieć. Czasem jednak nie mam już siły mówić...

A jak ktoś chciałby więcej poczytać o tym konflikcie i z pierwszego źródła, to zapraszam do Essy, fantastycznej dziewczyny, dziennikarki, która poznalam lata temu w Izraelu wlasnie.

czwartek, 19 czerwca 2014

Gdzie to ja skończyłam? ;)

Gubię się strasznie w wątkach, które chciałabym poruszyć, skaczę trochę z kwiatka na kwiatek mam wrażenie, ale jakoś nie mogę ogarnąć sensownie. Za dużo odnóg od wątków. Najważniejsze jednak, chciałabym podkreślić raz jeszcze, że prawdziwa Rumunia (Bukareszt) nie ma nic wspólnego z tym, z czym nam się na ogół kojarzy - żebrzącymi na polskich ulicach w latach dziewięćdziesiątych dziećmi . Nie chcę wciąż dyskredytować Cyganów, bo od kiedy poznałam historię Papuszy, to i do nich też mam niejaki sentyment, ale fakty są faktami. A kto wciąż nie dowierza niech obejrzy Czas Cyganów Kusturicy.

Jak już pisałam, pierwszej nocy zabalowałyśmy z kuliżanką Joanną. Więc niech też nikogo nie zdziwi, że kolejnego ranka wstałyśmy już dobrze po południu. Siłą rzeczy nie zdążyłyśmy na tę darmową wycieczkę, nie miałyśmy też żadnego planu, li tylko kilka karteluszek wydrukowanych z netu z ogólnymi informacjami o głównych atrakcjach miasta. Poszłyśmy więc na przysłowiowego czuja i rozpoczęłyśmy dzień od poszukiwania jadłodajni, w której można by się napić porządnej kawy i zjeść jakieś jajka. Kawa i jajka są bowiem najlepsze na kaca! :) I uwierzcie albo nie, że śniadanie (około już drugiej chyba) zjadłyśmy w knajpie francuskiej! Nie pamiętam nazwy, ale Aśka mówiła, że jadła w takowej w Belgii chyba i jajka na pewno mają. Oczywiście zeszłyśmy pół miasta najpierw w poszukiwaniu kuchni rumuńskiej, ale po pierwsze była już pora obiadowa i jajek raczej nigdzie nie serwowano, a kiedy  znalazłyśmy super miejsce (Stefano nam to potwierdził dzień później) to się okazało, że wszyscy w środku palą pety. Muszę teraz dodać, że unijne zakazy w tej kwestii w Rumunii jeszcze nie obowiązują i palą wszyscy i namiętnie w każdym miejscu, ale nawet mnie, która lubi sobie zajarać w miłych okolicznościach, zapach peta nad jajecznicą po prostu zmierził. Nie byłyśmy w stanie w tej knajpie nawet wystać przez chwilę, co dopiero mówić o skonsumowaniu śniadania, na kacu!? Tym sposobem zjadłyśmy posiłek w sieciówce chyba Paul, o ile dobrze mi się teraz przypomina. Potem trafiłyśmy do tego kościoła, który wspomniałam w najpierwszej notce i wpatrywałyśmy się półtorej godziny na klęczkach w tych piękniusich ministrantów ;) Na kolację natomiast trafiłyśmy na wesele, też chyba już pisałam. Wesele było w jednej sali restauracji, a my się stołowałyśmy w drugiej i do tej pory mam przypuszczenie, ze było to cygańskie wesele, tudzież bardzo zbliżone. Tam też skosztowałyśmy w końcu sarmale, czyli rumuńskie danie narodowe - takie nasze mini gołąbki serwowane z polentą (zdjątka są już w zakładkach po lewej, więc proszę sobie obejrzeć). Na ostatniego przed snem drinusia poszłyśmy natomiast do arabskiego zakątka. Jest to bardzo fajna miejscówka, gdzie pod pięknie zdobionymi arkadami, w półkolu, znajdują się same przybytki arabskie, a zapach sziszy czuć już z ulicy. Tam też przydarzyła nam się fajna historia. Nie bardzo chciałyśmy już konsumować alkohol, bo ile to można, ale o pustym pysku spędzać noc w Bukareszcie też nie pasowało. Zobaczywszy więc na pierwszym z brzegu stoliku sangrię, postanowiłyśmy nią właśnie zakończyć noc. Im dalej szłyśmy pod te arkady, tym więcej różnokolorowych dzbanów z tym trunkiem widziałyśmy na stołach, przy których ludzie biesiadowali. Co stolik to inna knajpa jak się okazało i do każdej z nich obsługa chciała nas zaciągnąć. A my jak te trzpiotki, że może tu, a może tam usiądziemy, tu chuchają sziszą w twarz, tam nie ma kocyków na oparciach krzeseł itepe i tede, jak te rozpuszczone paniusie, wczorajsze na dodatek. W końcu pytam jednej kelnerki - sangria? A ona, że jej przykro, ale nie serwują. To idziemy dalej. I to samo - sangria? I kolejna pani, że yyy yyy (tu proszę sobie wyobrazić zaprzeczające kręcenie głową). Więc ja już oburzona, pytam podniesionym głosem: co yyy yyy sangria? Tu piją, tam piją, te cytrusy aż wychodzą z dzbanków, a pani mi tu że sangria yyy yyy?!?!? Na co odwrócił się jakiś pan z najbliższego nam stolika i oznajmił: proszę pani, my wszyscy przychodzimy tu na arabską herbatę i...lemoniadę! Naprawdę pyszną tu serwują, wszystkie możliwe smaki, proszę spróbować. No i opadły nam ręce i biusty z resztą też. Mnie w tym momencie zamurowało, ale Aśka zachowała trzeźwy umysł i szybko poprosiła o aperol spritz w takim razie. Pierwszy raz piłam ów wynalazek i tak naprawdę smakował jak oranżada, ale do końca wieczora wstydziłam się już cokolwiek powiedzieć ;) Oczywiście, ze przesadzam, no ale muszę podkolorować, w końcu mam nadzieję, że ktoś to doczyta do końca :P

Kolejny dzień był za to bardzo intensywny. Rozpoczęłyśmy wcześniej już wspomnianą darmową wycieczką z przewodnikiem i było suuupppeeeeerrr! Tu muszę dodać, że oczywiście (sorry, za niepoprawność polityczną, ale tak właśnie było) wkurzyli nas Anglicy. Nie dość, ze waliło od nich nie przetrawioną jeszcze wódą,  to na dodatek zaprezentowali ten najgorszy typ wyspiarza, czyli że jemu to się wszystko należy i to ZA DARMO, bo on jest z Królestwa, sic! Tak kuźwa piali z zachwytu nad przewodnikiem, tak się udzielali w dyskusji i tacy byli rozentuzjazmowani, że na koniec zostawili przewodnikowi za trzy godziny jego świetnej pracy, uwaga... 10 lejów (lei?), czyli całe 2,5 euro!!! Ja momentu wręczania pieniędzy sama nie widziałam, ale Aśka nie mogła przeboleć tego widoku. No cóż, studiuję obecnie prawo europejskie, więc na własne oczy i uszy się przekonuję jakie to zdanie mają niektórzy o całej reszcie zjednoczonej Europy - to z serii, że są równi i równiejsi i on nic na to nie poradzi, że przynależy do tych drugich; poza tym skoro jest w Rumunii tak tanio, to i czemu nie za darmo, sic! Świnią pojechałam teraz, ale do miłości do Anglii to raczej nikt mnie już nie przekona. A na koniec ten wielkolud angielski z potwornym zniewieściałym akcentem podszedł do mnie i zapytał skąd ja tak naprawdę jestem, bo wcześniej mówiłam, że z Polski (każdy się przedstawiał przed wycieczką, w końcu było nas niewielu) a teraz brzmię jak z Irlandii. No to mu odpowiadam, że mieszkam w Dublinie od dziesięciu lat. I on na to tym z tym swoim pip akcentem: Dublin? (wyobraźcie sobie to Daaaaapppplyyyyn?) Why would you live in Dublin? Bo kuźwa, nie London psia mać! Oczywiście byłam miła i udzieliłam jakiejś kurtuazyjnej odpowiedzi, ale wiecie o so chozi ;)

Po południu przedostatniego dnia zwiedziłyśmy niżej wspomniany Pałac Parlamentu. Fajne miejsce, ale jak to mawia jedna z moich ulubionych kuliżanek - dupy nie urywa. Przewodnik był nudny, mówił jakby czytał z kartki, a my i tak wiedziałyśmy już swoje. Wczoraj zdradziłam Wam już główną ciekawostkę, a dziś tylko dodam, że najnowsza legenda jest taka, że dwóch żołnierzy, którzy pełnili kiedyś służbę w tym budynku zgubiło się w podziemiach i odnaleźli dopiero po dwóch dniach, pod lotniskiem! Takie krążą historie o tym molochu i to podobno prawda, że nawet pracownicy nie znają w nim wszystkich zakamarków. Ja jedyne co wiem to to, że na czas wejścia zabierają paszporty (co mi się bardzo nie spodobało, ale w końcu to rządowy przybytek) a na koniec dwu godzinnego chodzenia jest człowiek poinformowany, że właśnie zwiedził... 8% całego budynku! Nudne niestety się staje po jakimś czasie zwiedzanie po raz kolejny ogromnej i podobnej do poprzedniej, ale z rzekomo unikatowym żyrandolem czy dywanem sali, pójść jednak tak czy inaczej warto. Chociaż by po to, aby stanąć na balkonie, z którego Michael Jackson pozdrawiał Budapeszt :)

Obiad tego dnia jadłyśmy wcześniej, pomiędzy 'darmową' wycieczką a tą płatną i to w jednym z tych miejsc, które... odradzała Magda Gessler. Wyczytałyśmy bowiem wcześniej, żeby broń Boże nie jeść w restauracjach, w których stoły są przykryte białym obrusem, bo to oznacza, że personel pali w środku papierosy i nie myje rąk przed przyrządzaniem posiłków. Chyba się Magdzie wszystko pokiełbasiło, bo pamiętam jeden z jej programów, kiedy mówiła, że Polacy boją się restauracji z białymi obrusami (że niby drogo) i nigdy tam nie wchodzą, a szkoda. W każdym razie, ja w takiej restauracji w Bukareszcie jadłam jedną z lepiej przyrządzonych karkówek i prawdziwe domowe frytki! I następnym razem na pewno zapuszczę się w gąszcz uliczek poza centrum, żeby właśnie w takim miejscu z białym obrusem zjeść. Bo sławny Hanul Manuc w samym centrum jest bardzo przereklamowany jeżeli chodzi o jedzenie (jadłyśmy tam pierwszej nocy), ale rumuńskiego wina tam popić, posłuchać muzyki na żywo i zachwycić się jego architekturą jest naprawdę warto.

To chyba na tyle z tej mojej bukaresztańskiej podróży Moi Mili. Na pewno nie opowiedziałam Wam wszystkiego do końca, bo tak się nigdy nie da. Zapomniałam choćby o tych świeżo pieczonych na każdym rogu ulicy bułeczkach z serem albo czekoladą! Ale tak to już jest - trzeba samemu pojechać, skosztować, przeżyć i porozmawiać z lokalnymi ludźmi, co nam się wielokrotnie udało. O jedno Was tylko proszę, nie sugerujcie się stereotypami na temat Rumunii, bo ona jest doskonałym przykładem na to, jak można się potem zawstydzić. Tak jak zawstydziłam się ja sama, wypakowując z walizki w domu z powrotem żel antybakteryjny do rąk i kilka paczek mokrych chusteczek...

Na dobranoc Wam powiem, że pod koniec lipca lecimy z L. na warmińsko - mazurskie jeziora, a we wrześniu na Maltę. Będę więc miała o czym opowiadać :)

Pokój Wam.

wtorek, 17 czerwca 2014

Stolica Rumunii to turystyczna bomba z odpalonym zapłonem… metropolia kontrastów, która na każdym kroku zaskakuje i absorbuje. Miasto seksowne, asertywne, nieskrępowane. Miasto, które poszukuje dziś nowego scenariusza dla siebie. Tak napisał Tomek Ogiński na swoim blogu Niesamowity Bukareszt. Też miałam trochę takie wrażenie, że jak ta bomba naprawdę wybuchnie, to będzie po przysłowiowych ptakach i miasto będzie podobnie jak Kraków dziesięć lat temu - długo leczyć rany po angielskich i irlandzkich wieczorach kawalersko - panieńsko - kurewskich. Pierwsze co zobaczyłam na bukaresztańskiej starówce, to stado podchmielonych Anglików właśnie, przy czym jeden (domyśliłam się, że przyszły małżonek) paradował w stroju misia, tygryska, czy innego zwierzaczka i akurat coś pokazywał kolegom turlając się po deptaku, ku rzeźnickiej uciesze całej reszty rzecz jasna. Miałam jednak podskórne przeczucie żeby się tym widokiem nie sugerować i broń Boże nie zdeterminować nim całego pobytu. Po pierwszym wrażeniu z lotniska, autobusu w drodze do centrum i potem hostelu czułam, że Rumuni łatwo nie kupią tego zachlanego motłochu. A raczej, że łatwo się jemu nie sprzedadzą. Nie myliłam się. Jest to naród, który w przeciwieństwie do wyspiarzy biesiaduje do rana i wraca do domu o własnych siłach, a do tego dumny i wysoko się ceniący. Sama byłam świadkiem jak skąpo ubrana i stylizowana na lata dwudzieste przepiękna kelnerka w rewelacyjnym naprawdę klubie Bordello, złapała sztywno za rękę jednego absztyfikanta próbującego ją miziać po cycku kiedy ta szła z tacą, po czym szepnęła mu coś do ucha tak, że biedak tylko spuścił oczy, podkulił ogon i się odwrócił na pięcie. Przypuszczam, że za drugim razem dała by mu po prostu w ryja bez jednego słowa. Urzekła mnie naprawdę w Bukareszcie kultura życia nocnego, eleganckie i piękne dziewczyny z klasa oraz pachnący i świetnie tańczący panowie, nie wiem nawet czy nie piękniejsi niż te panie ;) Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, pierwszej nocy zabalowałyśmy do czwartej rano, zupełnie niezamierzenie. Z racji tego, ze różnica czasu miedzy Dublinem a Bukaresztem jest dwie godziny, ze lot trwa ponad trzy i pol, dojazd z lotniska zajmuje kolejne półtorej, dotarłyśmy do hostelu późnym popołudniem. Ogarnąwszy się tylko z grubsza postanowiłyśmy zrobić rekonesans na starówce, po czym wrócić, wykapać się, wystroić i iść na kolację. Żadna z nas nie miała porządnego przewodnika o Rumunii ani nawet Bukareszcie, jedynie trochę informacji z internetu, nie miałyśmy więc wyjścia jak zdać się na żywioł, przypadek i własne szczęście. Tak więc w momencie kiedy tylko skręciłyśmy z głównego (i ogromnego!) skweru Piata Unirii w uliczkę wiodąca do Starego Miasta, już wiedziałyśmy że do hostelu przed wschodem słońca nie wrócimy i przebalujemy tę noc w dżinsach i trampkach (i pomijając zupełnie fakt, że jednym z pierwszych widoków był wyżej wspomniany Anglik). Olać go. Ulice, uliczeczki, zakątki, zaułki, cały gąszcz, a wzdłuż nich puby, restauracje, bary, kafejki, kebaby, pip showy, sklepiczki i czego tylko jeszcze dusza zapadnie, wszystko na przemian w secesyjnych kamienicach oraz czynszówkach odziedziczonych z poprzedniego ustroju. Nie mogłam się napatrzeć na ornamentykę budynków i komunistyczny beton na jednej szachownicy.

Nie wiem tylko czy mogę zgodzić się z Tomkiem, że Bukareszt poszukuje dziś dla siebie nowego scenariusza, a właściwie to się w ogóle z nim nie zgadzam. Według mnie bowiem Bukareszt jako jedna z nielicznych stolic Europy ma na siebie właśnie nietuzinkowy bardzo pomysł. Trochę jest to pewnie nie zamierzone, bo olbrzymy architektoniczne po prostu zostały odziedziczone w spadku, a i charakter narodowy Rumunów już dawno jest ukształtowany. Da się jednak wyczuć, że duży jest w mieście potencjał kreatywności, wyobraźni, ciekawych pomysłów kulturalno - biznesowych na to by wykorzystać to co już mają do tworzenia nowego. Trzeciego dnia wybrałyśmy się na pieszą wycieczkę po mieście w ramach projektu zorganizowanego przez kilku młodych chłopców, którym znudziła się praca w korporacji, pod hasłem Guided Bucharest - Free City Tours, czyli darmowy przewodnik po Bukareszcie. Ulotkę wręczyła nam dziewczyna w hostelu. Strasznie fajna sprawa, naprawdę polecam. Stefano (chyba dobrze pamiętam imię, ups) okazał się nie tylko świetnym kompanem do spaceru, ale przede wszystkim świetnym przewodnikiem. Opowiadał, opowiadał, opowiadał, tak ciekawie i kolorowo, że następnego dnia kiedy poszłyśmy zwiedzać ten potężny Pałac Parlamentu, to my wyręczałyśmy tamtejszego przewodnika i raczyłyśmy współzwiedzających (jest takie słowo? Bo mi podkreśla na czerwono ;) ciekawostkami. Jedną z nich muszę Wam opowiedzieć, choć pewnie post jest już przydługi, ale co tam. Nie wiem czy wiecie (ja do tej pory nie wiedziałam) że bukaresztański Pałac Parlamentu jest drugą największą pod względem kubatury budowlą na świecie, zaraz po amerykańskim Pentagonie. Na serio jest tak potężny, że spacer wokół zajmuje ponad pół godziny żwawym marszem. W ogóle Ceaușescu miał manię wielkości jak przystało na rasowego dyktatora i w związku z tym wszystko w Bukareszcie miało być najlepsze i największe. Postawił więc sobie ten moloch (właściwie ten dokończony został już po jego śmierci - dyktator jako jedyny z komunistycznych przywódców został wraz z żoną rozstrzelany po upadku systemu w grudniu 1989, co z resztą pokazano w telewizji, ale to na pewno już wiedzieliście) a od niego poprowadził sobie z rozmachem Pola Elizejskie. Podobno zapytał wówczas swoją nadworną architektkę, Ancę Petrescu, jaka jest najszersza ulica w Europie i ta mu zgodnie z prawdą odpowiedziała, że paryskie Les Champs-Élysées. Usłyszawszy tę odpowiedź Mikołaj zarządził, że jego Bulevardul Unirii... będą o półtora metra szersze! I uwierzcie na słowo, że rzeczywiście są! Bo Mikołaj miał ambicję przemawiać z balkonu swojego pałacu do ludu zebranego na tychże ulicach i wiwatującego na jego cześć rzecz jasna. Chwili takiej Ceaușescu nie dożył, doczekał jej za to... Michael Jackson! Po koncercie w Bukareszcie w 1992 roku muzyk został zaproszony do zwiedzenia budynku. Nie była to zaplanowana oficjalna część wizyty w kraju, ale atrakcja w ramach spędzenia czasu wolnego. Ludzie jednak dowiedzieli się o tym drogą pantoflową i poczęli tłumnie ściągać na Bulevardul Unirii wiwatując. Zobaczywszy to Jackson postanowił się z fanami przywitać. Zaprowadzono go więc na ten potężny balkon, podłączono mikrofon i głośniki, a tłum zamarł w oczekiwaniu na głos idola. A co zrobił idol? Wziął mikrofon do ręki, drugą pomachał, po czym krzyknął ile sił: HELLO BUDAPEST!!! To był podobno jedyny raz kiedy na widok Michaela Jacksona masy nie piszczały z zachwytu tylko buczały, choć też się ludzie śmiali jak mówił Stefano, bo oni są przyzwyczajeni do tego, że świat ich myli z Budapesztem. I ja jemu wierzę, bo sama odniosłam wrażenie, że ludzie w Bukareszcie mają do siebie dystans i umieją się śmiać. Czy inny naród zorganizowałby ad hoc lot hiszpańskim kibicom piłkarskim, których ponad setka kupiła rok temu bilety na finał Ligi Europy właśnie do Bukaresztu zamiast do Budapesztu... Myślę, że Rumuni nie tylko są piękni i z poczuciem humoru, ale także z wielką klasą.

Ojej chyba wychodzi na to, że będzie jeszcze kolejna notka o Bukareszcie... Mogłabym opowiadać i opowiadać. Ale że jest już dobrze po północy, a przede mną jutro długi dzień, bo wtorek i prawo europejskie w szkole po pracy. Aaaaaaa, nie zdążyłam się jeszcze pochwalić. Pierwsze koty za płoty w tej mojej szkole - prawo własności zdałam na 79%, a kryminalne na 68%, sweet Jaysus! :D

Dobrej nocy. A niektórym spóźnione Happy Bloomsday. Widziałam dziś w kinie The Dead (Zmarłych) na tę okazję. Nieśmiertelny James Joyce, nieśmiertelny John Huston i piękna Anjelica.

niedziela, 08 czerwca 2014

A tak naprawdę tylko o Bukareszcie. Jestem bowiem z tych uczciwych ludzi, którzy opowiadają tylko o miejscach w których naprawdę byli.

Z Włoch byłam tylko w Rzymie i szczerze powiem (choć zdaję sobie sprawę, że to nie fair) że w ogóle mnie tam nie ciągnie, z wyjątkiem Sycylii, na którą to mam kiedyś chrapkę, nie ukrywam, choć podobno jest bardzo brudna. Nie śmiałabym jednak wypowiadać się o całych Włoszech po kilku jeno dniach w stolicy.  I chciałabym tak samo powiedzieć o Rumunii, ale strasznie mnie korci odwrotnie - powiedzieć jak to cudowny jest CAŁY kraj. Wróciłam absolutnie zakochana i tylko jedno wspomnienie podróżnicze do tej pory może uderzyć w konkury. Oczywiście, że Lizbona!

Moje pierwsze wrażenie tuż po wylądowaniu w Bukareszcie było dokładnie takie samo jak to kiedy wylądowałam w Dublinie dziesięć lat temu, czyli 'ojej, jak mi dobrze'. Nie miałam zielonego pojęcia o kraju, ludziach, smakach i zapachach, z niewielką tylko znajomością historii. I dziś, tydzień później Wam mogę powiedzieć z ręką na sercu - nie było w Bukareszcie ani jednej rzeczy, która by mnie rozczarowała, tudzież wprawiła w jakiekolwiek zakłopotanie. Bukareszt jest przepiękny! Architektonicznie jest perłą w Europie. Chodząc jego przepastnymi ulicami ma się wrażenie na przemian spaceru po Paryżu, Madrycie, Warszawie, czasem zeuropeizowanego Buenos Aires, ale za każdym razem odnajdzie się element nie pasujący do wyobrażonego miejsca, nietuzinkowy. Nie bez kozery nazywany Małym Paryżem, po prostu wyjątkowy Bukareszt! Ogromne neoklasyczne budowle (nie tylko sakralne) sąsiadują tam z post komunistycznymi straszydłami i czasem trzeba się naprawdę nachodzić żeby znaleźć zabytek opisany w przewodniku. Ale bardzo warto. Takim sposobem trafiłyśmy bowiem (poleciałam do Bukaresztu na przedłużony wikend z kuliżanką, obie w ramach zachowania balansu w związkach ;) do przepięknego kościoła Wszystkich Świętych, ulokowanego gdzieś między blokowiskami, w którym przeżyłyśmy duchowo dwugodzinną niemalże mszę. Tak, w kościołach prawosławnych wiarę i obrządki się po prostu przeżywa, bez względu na to kto jak jest ubrany i ile dał na tacę! Stałyśmy wytrwale, na przemian klęcząc to na jedno to na drugie kolano (w cerkwiach nie ma ławek jak w kościołach) zmęczywszy się przy tym niemiłosiernie, ale za to przysłuchując się i przypatrując oczywiście śpiewającym chłopcom (nie wiem jak to dokładnie działa w tym obrządku, ale oprócz popa prowadzącego mszę, po prawej stronie stało kilku chłopców, którzy na przemian śpiewali, czytali z ksiąg i się zamaszyście żegnali) wyszłyśmy lekkie i uszczęśliwione absolutnie. A było to po poprzedniej nocy, której zabalowałyśmy do czwartej rano. Bo imprezy w Bukareszcie też są wyjątkowe! Wiecie już, że ja tak zwane najt kluby do omijam szerokim łukiem, bo od czasów olsztyńskiej Galerii nie chcę sobie psuć smaku, a Dublin to już w ogóle zaścianek, ale przyznam Wam szczerze że w Bukarszcie pobalowałam sowicie. Jedyne czego żałowałam, to że miałam dżinsy i trampki, bo jakbym przypuszczała że trafię do klubu w stylu lat 20-stych i będę swingować do wschodu słońca, to zdecydowanie włożyłbym koronki! ;)

Takie trochę topsey turvey to moje pisanie wiem, ale jak zaczęłam, to nie wiem na czym się skupić. Przyznam się, ze trochę w ciemno tam pojechałam, ot tak chciałam sobie zrobić relaks po egzaminach i nawet nie miałam porządnego przewodnika (w księgarniach dublińskich takowych po prostu nie sprzedają, sic!). Trochę na czuja, trochę psim swędem był z założenia ten wyjazd. Oczywiście jak wróciłam to zaczęłam od zamówienia z Polski przewodnika National Geographic o Rumunii oraz doczytania rozdziału o Ceaușescu w książce Kobiety dyktatorów i byłam zła sama na siebie że jak mogłam być takim rumuńskim ignorantem?!? Bo powiem Wam, że się teraz wstydzę tych wszystkich razów, kiedy jechałam stereotypami i Bóg jeden wie skąd pochodzącymi stwierdzeniami, że na przykład ktoś (albo ja sama) wyglądam jak Rumun, albo że kojarzyłam ten naród li tylko z żebrzącymi Cyganami. Fakt, mieliśmy my prawo tak twierdzić przez chwilę, kiedy Cyganie z rumuńskimi paszportami oblegli wolną od komuny Europę, ale równie szybko powinniśmy się byli zreflektować. Tylko my zapatrzeni byliśmy na Zachód... Bukaresztański Rumun nie ma nic wspólnego z zapyziałym złodziejaszkiem Cyganem (jak już napisałam, wypowiadam się tylko o stolicy, bo poza nią nie wyjechałam; wyjeżdżam w przyszłym roku :)) i sami oni ubolewają mając świadomość jak są kojarzeni w Europie. Tak jak zapytał nas chłopak przewodnik pieszej wycieczki po mieście 'a wy nie macie Cyganów w Polsce?' Oczywiście, że mamy, ale to Ci z rumuńskimi paszportami jako pierwsi oblegli kontynent i tak już niestety zaczęli się reszcie kojarzyć.

Bukaresztańscy Rumuni są piękni, czyści, schludni, eleganccy, mili, rozmowni, uśmiechnięci, dumni, wykształceni, mówią po angielsku (włącznie z paniami sprzedającymi bułki na ulicy, kierowcami autobusów i policjantami) i NAPRAWDĘ nie mają ciemnej skóry, jak to niektórzy próbowali mi wmówić przed wyjazdem... Z resztą jakby odcień skóry miał znaczenie!?! Oni są zupełnie tacy jak my Polacy, przeszli taki sam ciężki kawał historii i jedli ten sam czarny chleb. Ba, oni są nawet lepsi niż my śmiem twierdzić, bo umieją się z siebie samych śmiać.

Już późno. Następnym razem opowiem Wam więcej. Tymczasem zdjątka w zakładce po lewej. Ściskam.

niedziela, 11 maja 2014

Oczywiście, że nie obejrzałam wczoraj Medicusa, ani nie obrobiłam zdjęć z Wielkanocy. Bo oczywiście przecież włączyłam transmisję z Eurowizji i udzielałam się na fejsie. OCZYWIŚCIE.

Śmiać mi się chce w głos. Polacy to jednak śmieszny naród, bo czy to wojna światowa, kwestia dżender, zawody w piłce nożnej, czy konkurs piosenki, Polacy cierpią. Cierpią jak mogą i żale wylewają, bo znów wróg się zjednoczył i chce nas wyrugować pod każdym względem. I tak naród zrobił postęp, bo nie tylko biernym Mesjaszem już nie jest, ale walecznym Winkelriedem. Nie będzie wróg pluł nam w twarz i dzieci nam niewolił! I dają czadu po internecie nie przebierając w słowach, jaka to Europa jest fe, wybrała 'to to nie wiadomo co, gówno i beztalencie z brodą', a takich jędrnych, krasnych, z absolutnym słuchem muzycznym Słowianek nie chciała. Ale hola hola, dziś się okazuje, że lud właśnie chciał, tylko jury nie. Hańba, na pohybel kłamliwej propagandzie (przecież NORMALNY Europejczyk nie wybrałby baby z brodą choćby nie wiadomo jakie talenta posiadała), przekręty jawne w tych krajach kapitalistyczną stonką wysadzanych, rodem z przedwyborczej Ukrainy manipulowanej przez Kijów. O tempora, o mores!

Wiecie co? I Bogu dziękować, że tak się stało. Polska na opiekę paliatywną i społeczną, domy dziecka, służbę zdrowia, schroniska dla zwierząt i walkę z biurokracją i korupcją niech pieniądze łoży, a najbardziej niech płacę minimalną podniesie i warunki życia normalne ludziom zapewni, to wtedy ci wszyscy głosujący z Irlandii, UK, Norwegii i Holandii do niej powrócą, a jury w tych krajach odetchnie i po 12 punktów jej przyzna w nagrodę. I żeby nie było, że do własnego gniazda sram, bo w końcu chcąc nie chcąc Polką jestem, ale mierzi mnie strasznie ta dulszczyzna i homofobia na dokładkę. A najlepiej skomentował ktoś na fejsie post jednego znajomego geja, który tak żarliwie tego Donatana i jego przaśne Słowianki promuje od kilku dni, dziś natomiast rozprawia nad oszustwem, którego Polska padła ofiarą: Człowieku, i Ty tego homofoba wspierasz?!? A mnie osobiście przeraża do tego słownictwo oraz język jakim się ludzie posługują w komentarzach, w których brak jest nie tylko składni, ale najczęściej logiki. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy jak bardzo to co napiszą o nich świadczy, o ich poziomie, obyciu i światopoglądzie. Nie chcę nikogo obrazić, ale mam wrażenie, że większość z tych oburzonych nie wyszła jeszcze mentalnie znad tej maselnicy pod słowiańską strzechą...

A z innej beczki. Wczorajszej nocy stwierdziłam też, że nic się nie różnię od typowej kobiety i żoną też będę bardzo typową. L poszedł wczoraj z kolegami do miasta, jak już wspominałam. Rzadko w sumie teraz z nimi wychodzi, bo przydarzyło nam się mieszkać na końcu świata, ale jak już wyjdzie, to też jest bardzo typowy - idzie po przysłowiowej bandzie i do samego rana. Zaufanie mam do niego ogromne, żadne lęki czy podejrzenia nie wchodzą w rachubę, tym bardziej, że jest naprawdę niezwykle mądrym i rozsądnym facetem (no a poza tym mnie kocha ;) a ja tak samo jak cenię sobie swoją wolność, staram się dawać ją partnerowi. Ale instynkt to jest instynkt. Jak stanął w drzwiach o 3:45 na chwiejnych nogach, zmrużył oczy i wybełkotał 'szzześć kochanie, a szzzemu ty jeszzzcze nie śpiszzz' to choć nie miałam przecież żadnego powodu (to przecież mój problem, że rzeczywiście nie mogłam zasnąć będąc sama w domu), miałam tak nieodpartą ochotę zdzielić go wałkiem po głowie że hej! :)

sobota, 10 maja 2014

Nie wiem co się dzieje, ale od kilku już dobrych miesięcy nie piłuję w soboty do południa, jak zwykłam przez ostatnie 30 lat z hakiem. Około 8:30 jestem już jak nowo narodzona, robię kawusię i czytam. L jest rano w pracy, a ja delektuję się własnym towarzystwem. Aktualnie jestem na etapie Murakamiego, trzeciego tomu 1Q84. Wszystkie trzy tomy dostałam parę lat temu, ale dopiero teraz zatęskniłam za Murakamim. Mam chyba jego wszystkie pozycje w swojej biblioteczce i uwierzycie albo nie, ale do tej pory nie przeczytałam tej najpierwszej, w twardym wydaniu, która przyleciała do mnie do Dublina w 2006, na otarcie łez, Kroniki ptaka nakręcacza. Czeka na następny czas kiedy zatęsknię za Japonią. W tygodniu to tylko tyle mogę poczytać co w autobusie, czasem przed snem chwilę, ale sobota jest cała moja. Tę i następną (jak i zresztą ostatnią też)  muszę jednak dzielić na zmianę z prawem własności i kryminalnym, bo zachciało mi się do szkoły wracać. 1Q84 to pierwsza tak surrealistyczna powieść Murakamiego, dziejąca się w dwóch światach - tym prawdziwym 1984 i równoległym 1Q84. Opowiada o dwojgu młodych ludzi, Aomame i Tengo, którzy dopiero po latach stwierdzają jak wiele ich łączy i jak bardzo za sobą tęsknią, więc zupełnie niezależnie postanawiają jeden drugiego odnaleźć, ale mieszają im się oba światy, ten rzeczywisty z równoległym. Do tego zostają zupełnie nieoczekiwanie wplątani w różne dziwne okoliczności, włącznie z oszustwem w wydawnictwie literackim, spod skrzydeł którego wyszła powieść zaczynająca nagle żyć swoim życiem oraz morderstwem przywódcy sekty religijnej. Ciekawa koncepcja narracji, czytelnik jest zmuszony poluzować trochę wodze fantazji. Wydaje mi się jednak, że trochę już wyrosłam z Murakamiego, jak wyrasta się z Janusza Leona Wiśniewskiego. A może to to, że znam jego styl już tak dobrze, tok myślenia, wrażliwość, czucie i upodobania (Murakami kocha muzykę klasyczną, jazz, softball i whisky oraz często nawiązuje do klasycznej literatury; do tego lubi się powtarzać) dlatego uśmiecham się sama do siebie co któryś akapit bo już wiem co będzie w następnym. Niemniej czytanie jego sprawia mi ogromną przyjemność. I tak sobie umilam czas przy sobocie. W międzyczasie ugotowałam, uwaga... kapuśniak! i kupiłam bilet do Bukaresztu na koniec maja. Jadę na babski długi wikend z dawno nie widzianą, acz lubianą kuliżanką i bardzo się na tę okazję cieszę. Jeszcze nic nie wiem o Rumunii i jej stolicy (no może trochę o Ceaușescu; kiedyś też widziałam super film rumuński, ale nie pamiętam tytułu), ale ze wstępnych oględzin internetowych stwierdzam, że Bukareszt to piękne secesyjne miasto. Potem przyszedł L, przyniósł mi pachnący bez i pobyliśmy razem, a teraz poszedł na piwo z kolegami. Ja natomiast otworzyłam Sangre de torro, zapaliłam kadzidełko, włączyłam Listę Osobistą, obłożyłam się notatkami z prawa kryminalnego i postanowiłam Wam szybko napisać jak bardzo jest mi fajnie w tym moim świecie. Najbardziej prawdopodobnym jest jednak, że posiedzę dziś wieczorem nad zdjęciami z wielkanocnej Maminkowej wizyty w Dublinie i naszej północnoirlandzkiej wyprawie, a potem obejrzę Medicusa :)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Jakoś tak rocznicowo i w fotograficznym skrócie u mnie ostatnio.

Pozdrawiam z Irlandii :)

sobota, 26 kwietnia 2014

(no musi kochać, nie ma rady ;)

piątek, 25 kwietnia 2014

O tak dzisiaj się czuję :D




niedziela, 30 marca 2014

Znów obiecuję nie mendzić (dwa wieczory w tygodniu chadzam teraz, uwaga... do szkoły! a w między czasie odwiedziliśmy królową w Lądynie ;) tylko wracam do portugalskich opowieści.

Piątkowy poranek w Carrapateira był z tych wymarzonych - słoneczny, bez pośpiechu, miłosny, szczęśliwy, taki nasz. Zjedliśmy pyszne śniadanie w lokalnej jadłodajni, spakowaliśmy graty i pojechaliśmy na Praia de Bordeira oglądać kilkumetrowe fale oraz planować życie na emeryturze w camperze, który zamierzamy na tę okazję kupić.

Dobra, przyznam się Wam szczerze. Wracam do tych kilku zdań przez ostatnie trzy wikendy, NAPRAWDĘ próbując opisać ostatnią portugalską podróż, ale im dalej, tym bardziej mi nie wychodzi. Z pisaniem naprawdę nie jest tak, że zaplanujesz i napiszesz, no byłeś na wycieczce. Nie, pisanie musi samo do człowieka przyjść i poprosić o życie. Moje co prawda prosi, ale w tygodniu, o nieprzyzwoitych godzinach. Chwilowo oddaje się karierze prawniczej, i jakoś z pisaniem czego innego niż kazusy jestem na bakier.

Przejechaliśmy całe zachodnie wybrzeże Algarve w tamten piątek, zatrzymując się w miejscach, w których akurat przyszła nam ochota. Cudne jest takie podróżowanie - jedziesz, jedziesz, jedziesz. Zatrzymasz się, albo nie. Pamiętam jeden postój na stacji benzynowej, choć to raczej już nie było w Algarve (nie, na pewno nie było), na której kawa z plastiku (tak, ta malutka bica w miniaturowym plastikowym kubku) smakowała wyjątkowo wybornie, a my zjedliśmy aż po dwa pastéis de nata (tradycyjne portugalskie ciastko z budyniem). Na pewno dojechaliśmy w tamten piątek do Alentejo, bo zdecydowanie nigdy nie zapomnę najbardziej wstrętnego obiadu jaki jadłam w Portugalii, właśnie w jakiejś mieścinie w Alentejo. Zupa smakowała w sumie okej, ta ich tradycyjna regionalna, z toną czosnku, chlebem i jajkiem po francusku (w koszulce?), która uratowała nam życie bo zaczynaliśmy już trochę kichać i prychać po wybrykach na plaży. Ale moje drugie to była porażka, bo Bacalhau à Brás które zamówił L dało się jeszcze zjeść (dorsz z jajkiem, jedna z narodowych portugalskich potraw). Moje, mieszanka wieprzowiny z małżami, w sosie pomarańczowym i toną tłustych frytek. Właściwie wszystko ociekało tłuszczem i było po prostu wstrętne. No cóż, zdarza się nawet w Portugalii. Za to na koniec dostaliśmy do rachunku po kieliszku jakiejś zielonej nalewki, która zminimalizowała nieco kulinarną porażkę, chociaż nie wymazała innego złego wspomnienia - kobieta z dzieckiem na ręku jarająca w środku fajkę za fajką, stolik tuż obok naszego, tfu!

Oj tam oj tam, sama przestała kopcić jakoś tak naturalnie i teraz czepia się innych. Potem zwiedziliśmy deszczowe Santiago do Cacém, a właściwie tylko kościół i cmentarz, który za to można obejść dookoła wysokim murem i jest to trochę dziwne uczucie, kiedy wędrujesz pośród ołtarzyków z urnami, i wiesz, że cmentarz zamykają o 18, a jest już za pięć... Potem ja stwierdziłam, że pragnę zwiedzić Półwysep Setubal. Nie wiem co mi odbiło i dlaczego się uparłam, ale tak właśnie zdecydowałam. To znaczy już wcześniej mieliśmy zaplanowane, że przemieścimy się promem przez rzekę z Półwyspu Troia do miasta Setubal, żeby jechać dalej na północ, ale ja się uparłam, że będziemy zwiedzać. Po drodze na prom Troia Cais zajechaliśmy jeszcze  obejrzeć pola ryżowe w Alcacer do Sal (tam wypiliśmy kawę w najbiedniejszej chyba knajpce, w jakiej byłam w życiu, a pan był chyba najsympatyczniejszy) oraz odkryliśmy skąd się biorą w Portugalii korki do wina (całe połacie przydrożnych drzew nie miało kory do połowy pnia). Sama przeprawa promem była ekscytująca, to znaczy dla mnie, bo ja z tych bojąco - ekscytujących jestem i kilka razy pytałam pana z obsługi gdzie są kapoki i czy powinnam się bać. Patrzył zdziwiony haha. Tak nie byliśmy do końca pewni co robić, bo było już dosyć późno i zdawaliśmy sobie sprawę, że niewiele z tego promu zobaczymy, a do tego padła nam bateria w aparacie, ale z drugiej strony Półwysep Troia jest tak obrzydliwie turystyczny, pełen hotelowych wieżowców, wypożyczalni łódek, basenowych zjeżdżalni i restauracji serwujących angielski śniadania, że mieliśmy drgawki na samą myśl żeby tam zostać. Nie wspominając już pewnie cen za ta wszystkie luksusy i faktu, że miejsce było wciąż mimo wszystko wyludnione (luty), a wyludnione szklane wieżowce nie są fajne. Takim sposobem dotarliśmy tej samej nocy do miasta Setúbal, gdzie spotkała nas kolejna niespodzianka, czyli niemożność znalezienia noclegu, o czym już wspominałam w poprzednim wpisie. Poirytowani, nie mogąc najpierw w ogóle znaleźć drogi wyjazdowej z portu (na czuja, żeby było jasne), przejechaliśmy w końcu kilkadziesiąt kilometrów próbując znaleźć po nocy kwaterę. Drogie i nudne hotele nie wchodziły bowiem w rachubę. Tym sposobem dojechaliśmy do miasteczka o urokliwej nazwie Santana, w którym pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam była podświetlona reklama quartos, czyli pokoje. Był to niewielki pensjonat prowadzony przez bardzo elegancką starszą panią, a nasz pokój gustownie urządzony w stylu Ludwika XIV, ze sporym patio. Użytku jednak nie mieliśmy z niego żadnego na drugi dzień rano, bo stała na nim woda do kostek po nocnej ulewie. Znów zjedliśmy pyszne śniadanko w lokalnej jadłodajni za jakieś śmieszne pieniądze - ja tradycyjnie tosta mista, czyli tosta z serem i szynką, a L zaszalał i zamówił o 9 rano bifanę - dużą bułę ze smażonym wieprzowiną i musztardą. Po kawusi znów zapakowaliśmy walizki, otworzyliśmy mapę i okazało się, że jesteśmy tylko 10 kilometrów od popularnej Sesimbry. Sesimbra też jest kurortem, ale dla turystów z klasą i zasobniejszym portfelem. Żadnych tam szklanych domów, ale piękne stylowe hoteliki i posiadłości na klifach. Powspinaliśmy się krętymi uliczkami, popatrzyliśmy na morze i surferów i ruszyliśmy dalej. Tym razem planu nie było, jedyne co chciałam to wydostać się z tego półwyspu, bo nie przemówił do mnie w ogóle. Gęsto zaludniony, gwarny, nowoczesny, taki nie portugalski, choć przypuszczam, że góry i park krajobrazowy Arrabida mogą być piękne. Zanim jednak wyjechaliśmy, zaintrygował nas na mapie sam koniuszek Półwyspu Setubal, czyli Przylądek Espichel. I był to strzał w dziesiątkę! Wiejskimi drogami dojechaliśmy do klasztoru, przy którym się okazało, że był rejwach jak na Marszałkowskiej - dziesiątki parkujących samochodów, z których po kolei wysiadali wszelkiej maści, płci i wieku...biegacze! Trafiliśmy chyba na jakieś zawody biegowe na przełaj połączone z szukaniem skarbów i postanowiliśmy przyłączyć się do towarzystwa, które podążało w tym samym kierunku. Jak się później okazało do miejsca rejestracji, poboru mapy i linii startu. Niestety nie mieliśmy czasu by oddać się całodniowym poszukiwaniom skarbów, tym bardziej, że błoto było tam wszędzie po kostki, a my mieliśmy tylko po jednej parze sportowych butów. Obeszliśmy jednak klify by napawać oczy, serca i dusze bezkresem oceanu, a cały spacer trwał z dobre dwie godziny. Trochę umorusani i nieco zziębnięci znów wsiedliśmy do auta. Kierunek był jeden - najpiękniejsze miejsce na Ziemi (zaraz po Bartążku ;) - Lizbona! Tego dnia jednak przez Lizbonę tylko przejechaliśmy, bo postanowiliśmy poszwendać się po Sintrze. Za to jak wjechaliśmy do miasta - od strony Almady, przepięknym Ponte 25 de Abril, czyli Mostem 25 Kwietnia, zbudowanym nad Tagiem dla uczczenia...moich urodzin ;) a tak naprawdę Rewolucji Goździków z 1974 (Revolução dos Cravos) która obaliła w Portugalii dyktaturę Salazara. Wyguglujcie sobie ten most, to taka mniejsza wersja tego w San Francisco. Za mostem od razu skręciliśmy na zachód i wybrzeżem odbijając na północ dojechaliśmy do Sintry, w której wizytę zaczęliśmy od obiadu - Caldo Verde, czyli tradycyjnej portugalskiej zielonej zupy, krewetek z czosnkiem w bułce tartej i białego wina. Z racji tego, że było już dobrze po południu, a my postanowiliśmy nie zostawać w Sintrze na noc, musieliśmy wybrać co zwiedzić. Sintra znana jest z wielości zamków, rozległych posiadłości należących niegdyś do ekscentrycznych arystokratów, w których bywali nie mniej ekscentryczni angielscy kupcy i artyści (Lord Byron na przykład) oraz malowniczych i tajemnych ogrodów. Z racji tego, że ja już kiedyś byłam w Sintrze i zwiedziłam kilka z tych miejsc, a L i tak nie miał szansy zobaczyć wszystkiego, zgodził się że pójdziemy tam gdzie ja nie byłam, czyli do Quinta da Regaleira. To nieco ocierająca się o kicz można powiedzieć, ale sympatyczna rezydencja, którą postawił sobie na początku XX wieku i rękami włoskiego architekta pewien ekscentryczny właśnie milioner, Antonio Carvalho Monteiro. Najpiękniejsze i wręcz baśniowe są ogrody, po których chodziliśmy też ze dwie godziny. Pamiętacie starą dobrą polską wersję Alicji w Krainie Czarów na winylu? To właśnie tak sobie wyobrażam to miejsce gdzie trafiła Alicja. Fontanny, sadzawki, groty, tajemne przejścia, posągi i słynna Studnia Wtajemniczenia - czyli idzie się długo krętymi schodami w dół do trzewi ziemi, a na końcu jest wielka, ośmioramienna o ile pamiętam gwiazda. Naprawdę jest to super miejsce na popołudniowy spacer, z resztą na liście dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Ktoś doczytał dotąd? ;) Sobotnia noc była tą trzecią, kiedy mieliśmy problem ze znalezieniem noclegu. Żeby jednak było jasne, są w Portugalii wszędzie normalne hotele w miastach, ale nam nie o to chodziło. My chcieliśmy małe mieściny, na uboczu, klimatyczne, tanie, jak najbliżej zwykłych ludzi, żadne tam wypasione hotele. I tak jechaliśmy w sobotę późnym wieczorem przed siebie, na północ, aż dojechaliśmy do rybackiego i surfingowego miasteczka, Ericeira. Jak się dowiedzieliśmy po powrocie do domu, to była noc kiedy wszędzie w wiadomościach mówiono o potwornym sztormie na atlantyckim wybrzeżu, alarmie przeciwpowodziowym w Portugalii i Hiszpanii oraz ofiarach tam śmiertelnych, a moja Mama się modliła żebyśmy wrócili cali i żywi do Dublina. Rzeczywiście pamiętam, że ocean był wzburzony, obijał się o falochron i trochę ludzi (włącznie z nami) zgromadziło się na nabrzeżu by to oglądać, ale żeby zaraz sztorm, powódź i trupy to zdecydowanie nie, na pewno nie w Ericeira. Aha, no bo tam właśnie znaleźliśmy sympatyczny motelik, w samym centrum miasteczka, prawie przy nabrzeżu, też u starszej pani. Coś my mamy szczęście do tych starszych pań, a może to one do nas (nie)szczęście, bo ją obudziliśmy, więc ta wysłała swoją wnuczkę, żeby nas ulokowała. Było już dość późno i wietrznie, ale nie omieszkaliśmy przespacerować się wzdłuż wybrzeża, a potem zasiedliśmy na biesiadę w domowej knajpce, którą prowadził pan w średnim wieku ze swoją starszą (!) już mamą. W całym menu na ścianie było chyba tylko z dziesięć potraw, ale zjeść można było tam właściwie wszystko co państwo mieli w swojej lodówce i nie omieszkali nam zaproponować. Ja zaczęłam od zupy na rozgrzewkę, a L od samodzielnego smażenia kiełbasy, potem jakieś bułeczki z krewetkami, kotlety, kończąc na frytkach, których zjedliśmy dwie miski, bo było to najprawdziwsze, ręcznie pokrojone ziemniaki, usmażone na oleju w metalowej misce na gazie i na naszych oczach. Pyszota! Co do trunków natomiast, ja pozostałam wierna vinho branco, a L to pan chyba do końca życia już zapamięta, bo przyznał że pierwszy raz coś takiego widział hihi. Mianowicie L zapragną popijać tego wieczora portugalska ginjinhe, czyli wiśniówkę. Tyle że ta wiśniówka, którą miał ów pan była zbyt słodka i relatywnie słaba (zdarzyło nam się to samo noc wcześniej w Santanie), L domawiał więc do każdego jej kieliszka kolejny... czystej wódki. Tak sobie pobiesiadowaliśmy w Ericeirze, o! :)

Plan na następny dzień mieliśmy już od dawna. Wstaliśmy więc wcześnie, zjedliśmy tradycyjnie pyszne portugalskie śniadanie i w strugach deszczu wyruszyliśmy autostradą na północny wschód, do Fatimy. Żeby wyjechać z Ericeiry na autostradę trzeba jednak najpierw przejechać przez Mafrę, przez którą już przejeżdżaliśmy wieczór wcześniej próbując znaleźć nocleg (bezskutecznie jak już wiecie). L jest typowym zadaniowym mężczyzną, jak ma zadanie to je po prostu wykonuje - od punktu A do B, po prostej. A ja jestem typową kobietą, czyli w opisywanej historii oznacza to - zwiedzamy Mafrę! W ten oto sposób, zaparkowawszy samochód, w strugach naprawdę sążnistego deszczu przebiegliśmy do potężnej budowli w sercu miasta - Palácio Nacional de Mafra - kompleksu pałacu, klasztoru i bazyliki. To zabytek naprawdę wielkiego kalibru, jak piszą w przewodniku "oda do barokowego zdobnictwa, rozmachu i pompatyczności (...) gdzie widać silne wpływy niemieckiego baroku i włoskiego neoklasycyzmu", zbudowany na zamówienie króla Jana V po narodzinach wyczekanego syna, który (król) spełnił tym samym obietnicę daną Opatrzności.  To tam spędzili ostatnią noc przed ucieczką na wygnanie do Brazylii ostatni władcy portugalscy z rodu Bragança. To też to samo miejsce zbudowane za brazylijskie złoto, przedsięwzięcie, które doszczętnie spustoszyło portugalski skarbiec królewski, a potem większość dóbr i tak wywieziono z powrotem do Brazylii. Tam w Mafrze właśnie nastąpił koniec portugalskiej świetności. No musieliśmy to zwiedzić i basta. L koniec końców sam cieszył się jak dziecko zobaczywszy komnatę całą wyposażoną trofeami z polowań. Z Mafry pojechaliśmy już prosto do Fatimy, bo mieliśmy tam do spełnienia pewną misję.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Lizbony. Znów zrobiliśmy to z rozmachem, nadrabiając specjalnie kilkadziesiąt dobrych kilometrów, bo wjechaliśmy od strony regionu Ribatejo, ale co tam! Kto by bowiem nie skorzystał z okazji i nie przejechał się najdłuższym mostem w Europie, liczącym 17,2 kilometry Ponte Vasco da Gama nad potężną rzeką Tag, ha! Cieszyliśmy się jak wariaci licząc wynurzające się z mgły kolejne przęsła. Potem trochę klucząc po jednokierunkowych lizbońskich uliczkach w końcu dotarliśmy do miejsca oddania samochodu. Przeszczęśliwi, na piechotkę, każde ze swoją elegancką walizeczką, poszliśmy potem od razu na porto do miejsca gdzie jadaliśmy śniadania podczas lizbońskiej przygody w zeszłym roku. Ostatni nocleg mieliśmy już wykupiony - w samym centrum Alfamy, w pokoju z przepięknym widokiem. Kolację zjedliśmy w jednej z moich dwóch ulubionych restauracji, a domowej roboty wiśniówkę popijaliśmy potem do północy w ulubionym miejscu L.

Tak minął rok, nasz cały wspólny piękny pierwszy rok :)

<3

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47