O powrocie Ofcy na zielone pastwiska Irlandii, widoku z okna na Wicklow Hills, obfitym biuście Molly Malone, szklance Guinnessa z obowiązkową kroplą blackcurrant, wiernych przyjaciołach i startujących samolotach. Czasem o polskim twarożku z rzodkiewką i bananowym Kubusiu w rytm wirującej pralki. Czyli o tym wszystkim co Ofce lubią najbardziej. I całej reszcie!
niedziela, 07 lutego 2010
Mariza

Dawno nie pamiętałam u siebie tak intensywnych i oczyszczających łez wzruszenia. Te będę pamiętać długo, obok tamtych na Listach Miłosnych w teatrze w Olsztynie, kiedy Janda i Olbrychski dotykali słowami nieba. Miałam lat czternaście. Nie wiem o czym śpiewa Mariza, póki co tylko się domyślam. Ale tu nawet nie trzeba rozumieć słów, kiedy umie się słuchać sercem. Absolutne piękno holistyczne. Współczesna perła fado. Huh.

wtorek, 02 lutego 2010
Dobry Wtorek

Nie, supernowa nie spadła z nieba, ja nie wygrałam w totka. Po prostu mam dziś poczucie dobrego dnia. Taki zwykły Dobry Wtorek. Nawet kiedy odebrałam wiadomość, że portugalski nie rozpocznie się jutro, a dopiero za tydzień. To live for the moment: it sounds so right and so beautiful but the more I want to, the less I understand what it means. Dziś podpisuję się tylko pod pierwszą częścią stwierdzenia Amadeu Prado (z książki Pascal'a Mercier, Night Train to Lisbon). Mam poczucie dnia spełnionego. Ot i tyle.

poniedziałek, 01 lutego 2010
Do Edb79

Nie byłabym sobą, gdybym nie przechytrzyła dziada i pojawiających się od kilkudziesięciu minut informacji, że jestem spamem i mój komentarz nie zostanie dodany. Na moim własnym blogu!!!!

Tak więc odpowiedź pod spodem Edb79 :-)

Dzięki, że tu zajrzałaś i zostawiłaś swój ślad.
Odrazu muszę Ci powiedzieć, że windykacja w Irlandii wygląda nieco inaczej niż ta, którą my, Polacy, kojarzymy z kraju rodzinnego.
- Tu nikt nie wysyła pod drzwi dłużnika odpowiednich gabarytów sąsiada zza wschodniej granicy.
- Tu bardziej nie popuszcza się tym, którzy nie płacą z przekory, jak to powiedziałaś, ale nie groźbą. Może dlatego, że tu łatwiej sądownie się "zabezpieczyć", czyli wejść na hipotekę na przykład, co nie ma nic wspólnego z wyrzuceniem człowieka na bruk.
- Tym którym los zgotował tarapaty finansowe, ale nie uchylają się od odpowiedzialności, idzie się maksymalnie na rękę, akceptując na przykład absolutnie groszowe raty, a często po prostu "odpisuje" dług, czyli wrzuca Bankowi w pule strat.
- Tu przestaje się naliczać odsetki i wszelkie inne dodatkowe opłaty w momencie kiedy taki dług przybiera status "bad debt", co chyba nie byłoby nawet do pomyślenia w PL, gdzie owrotnie - doliczają Ci jeszcze więcej, co prowadzi do paradoksów, że człowiek do końca życia spłaca same odsetki. Itp itd.
Jeżeli jednak pozwoliłabym sobie na brak taktu, a nie daj Bóg obrazę takiego człowieka, to najprawdopodobniej wylądowałabym na dywaniku, a po kilku razach za drzwiami.
Eh, odpukać dobrze zaczął się ten tydzień. Więc póki co zostaję ;-)

2 lutego 2010 - Do Edb 79 ciąg dalszy

Koniec świata trwa - po raz kolejny zostałam uznana za spam na swoim blogu, sic! Bo zorientowałam się dzisiaj, że co prawda skopiowałam wczoraj całą swoją skrzętnie wypracowaną wypowiedź, ale jakimś cudem nie wkleiła się końcówka...

Chciałam bowiem powiedzieć, że w warunkach polskich, takie jak opisujesz, ja prawdopodobnie nie mogłabym nawet sprzątać w takim dziale w jakim pracuję teraz, po prostu nie dałabym rady emocjonalnie. Ja tych ludzi nigdy nie widzę na oczy, ba nie z każdym mam także bezpośredni kontakt telefoniczny/mailowy/listowny, bo często załatwiam ich sprawy poprzez prawników albo komorników właśnie. I powiem Ci, że kiedy już do mnie zadzwonią, wolę aby na dzień dobry zaczęli wieszać psy na cały Bank i bluzgać pod moim adresem, bo wtedy jest mi łatwiej się zdystansować i mieć zimno-suczy ton, wyjaśniający, że od teraz mają rozmawiać z prawnikiem lub komornikiem. Ale rzecz w tym, że tylko nieliczni tak robią. Ludzie dzwonią, bo szukają ratunku - wsparcia i zrozumienia. I ja czuję się w obowiązku im go dać w maksymalnym stopniu jakim mogę. Naprawdę trudne to. I nie bez kozery praca w naszym dziale została uznana za jedną z trudniejszych na wewnętrznym forum Banku. A koniec końców, to jest tylko Bank - korporacja, która glównie dba o własny interes!

Nawet dzisiaj spędziłam pół dnia na przekonywaniu swojego szefa (ja mogę podejmować decyzje samodzielnie tylko do pewnego limitu długu, na "większe" ustępstwa muszę mieć zezwolenie), że dziewczyna, która wzięła potężny kredyt na to by skończyć studia (architekturę) zasługuje na to, by spokojnie zrobić magistra, tym bardziej, kiedy cały dział budowniczo - architektoniczny w Irlandii właściwie przestał istnieć od czasu oficjalnego ogłoszenia credit crunch na początku 2009 i dopiero kiedy znajdzie pracę (jakąkolwiek już wtedy) skupić się na spłacie długu. Udało mi się wynegocjować 2 sierpnia 2010. Ty wiesz z jaką ja przyjemnoscią dziś pisałam list do MABS (Money Advice and Budgeting Service - instytucja, do której zwracają się  ludzie w tarapatach finansowych o pomoc w reprezentowaniu ich interesów i negocjacje w ich imieniu), że dziewczyna ma kolejne pół roku na organizację własnego życia? Głupio to może brzmi z perspektywy mojej roli w Banku, ale ja naprawdę potrafię sobie wyobrazić co czuje człowiek w kryzysie! A chwilę później mój kolega odebrał telefon, że ktoś się zabije, bo już nie ma siły na przepychanki z parwnikiem, sic!

Tak więc jak doskonale rozumiem Twoje rozterki finansowe i naprawdę się cieszę, że już udało Ci się z nich wyjść. No i obyś nigdy nie musiała już przechodzić tego samego!

Serdecznie.

21:07, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (3) »
piątek, 29 stycznia 2010
Review

Dzisiaj miałam review. Czyli - najprostszymi słowy - spotkanie z szefem w cztery oczy, jedno z takich, które w korporacjach muszą się odbywać co kilka miesięcy. Taka nieformalna dyskusja, na której Ty masz prawo wylać swoje żale i wypluć wszystko co siedzi na wątrobie, ale szef ma równakie prawo pod Twoim adresem. Wstałam, że tak powiem już wkurwiona o 7:24 (powinnam o 6:50!) i szlag mną miotał na myśl, że pierwotnie miało się ono odbyć w poniedziałek, ale okoliczności zewnętrzne i urwanie głowy totalne ostatnimi czasy, przesunęły je na dziś. No dziś to zdecydowanie nie był mój dzień! Bo jedyne co miałam światu do powiedzenia  od rana to fcuk off! No i zaczęłam swoją litanię od wejścia równo w południe - że mam dość, że nie daję rady, że za dużo, że mam za cienką skórę i zbyt słabą odporność na finansowe nieszczęścia w tym kraju, że nie umiem ludzi z zimną krwią pozywać do sądu, ani wysyłać komornika pod ich drzwi i w ogóle to się już nie dziwię dlaczego w naszym dziale są sami faceci, itepe itede. A biedna Mary B. robiła coraz większe oczy, patrząc na zmianę w moje i na zapisane kartki papieru przed sobą. Potem wzięła głeboki oddech i prawie że wyszeptała: a ja właśnie chciałam Ci powiedzieć, że dawno nie miałam takiej przyjemności powiedzenia komuś, iż tak bardzo jestem z niego zadowolona, bo robi świetną robotę...

Keith, mój najbliższy sąsiad biurkowy, mówi, że nigdy w życiu nie spotkał kogoś, kto aż tak na poważnie bierze swoją pracę, tym bardziej, że robi ją perfekcyjnie, mało tego, bierze ją personalnie. I przedrzeźnia mnie regularnie, imitując wschodnio-europejski akcent (którego zresztą ja nie mam o ile mi wiadomo), żebym nie była taka wrażliwa, bo się spalę przed 40-tką, a takie fajne babeczki nie powinny. Kuźwa, uwielbiam tych chłopców, autentycznie! Jak tak patrzę z perspektywy swoich dotychczasowych prac w życiu, to nigdy nie miałam tak fajnej załogi jak w prawnej windykacji! I nie czułam się nigdy tak prawdziwie kobietą! Bo z jednej strony regularnie co rano patrzą na kolor moich rajstop i czy przypadkiem nie wystaje mi kawałek cycka, a z drugiej traktują zupełnie poważnie kiedy w rachubę wchodzi podjęcie poważnej decyzji - wsiąść komuś na majątek i ciągać po sądach, czy dać kolejną szansę. Lubię to, nie ukrywam. Mam autentycznie równe prawo i głos jak oni, chociaż do czasu mojej przygody z BOI nie miałam nigdy w życiu nic współnego z prawem w pojęciu naukowym (no może oprócz wieloletniej przyjaźni z obecną Panią Sędziną ;-) I oni się autentycznie ze mną liczą! Mało tego, co piątek punkt 17:00 pytają czy pójdę z nimi "na jedno"!

Wiem, że czasem przesadzam, i to sromotnie, ale naprawdę, wielokrotnie mam za cienką skórę. Nie umiem zimnym tonem komuś oznajmić, że od teraz nie jest klientem (customer), a dłużnikiem (debtor) i że zabawa się skończyła. Ale może właśnie powinnam? Przecież ja nie mogę żyć finansowymi sprawami Polaków po godzinach pracy i budzić się w środku nocy z myślą o nich (jestem w głównej mierze odpowiedzialna za dłużników obcokrajowców, a pech chce że większa ich część to Polacy właśnie)! Ja nie mogę walczyć za każdego nieznajomego, nawet jeżeli znalazł się w długach bo życie spłatało mu figla! Zdziwilibyście się, jakbyście wiedzieli ilu z nich uratowałam od ciąganiny po sądach, albo kontaktu z polskim komornikiem za długi w Irlandii! Albo ile mam już "kaw" obiecanych!

Eh, nie ukrywam, bardzo miłych rzeczy się dziś o sobie dowiedziałam, jak już dopuściłam Mary do głosu. Bardzo pozytywny feedback! No rzeczywiście spasowałam po godzinie - poszłam na kawę; nabrałam dystansu do ton papierów na moim biurku. Kurczę, to jest takie ważne mieć fajnego szefa, i naprawdę mogę powiedzieć uczciwie - mam zajebistą szefową! Pomijam fakt, że to ona właśnie "pokazała" mi Imeldę May, że to ona zawsze zaprasza na drinka po pracy, albo że podsuwa fajnę literaturę do czytania. Bo najważniejszym jest to, że to też ona dba, by interes Banku nigdy nie stał w kolizji z interesem pracownika. I cholera, zawsze jej się to udaje! A że rodzaj pracy, którą nam przyszło wykonywać, jest taki a nie inny,  cóż... życie! Wcale się więc nie dziwię, że to ona właśnie została "Szefem Roku" w 2009! I śmiać mi się zachciało jak mi powiedziała, że była dziś w szoku o 9:15, kiedy zobaczyła tę czarną chmurę nad moją głową kiedy weszłam do biura - myślałam, że Ty nigdy nie jesteś w złym humorze! ;-)

Wybaczcie jak czasem przesadzam, tutaj też. Wydarzenia dnia dzisiejszego dały mi do zrozumienia, że życie naprawdę jest za krótkie i zbyt piekne by je marnotrawić na zły humor, nawet kiedy ktoś próbuje Ci wbić szpilkę w tyłek stwierdzeniem, że pracuje w BOI juz 40 lat, więc co ja, obcokrajowiec (z Portugalii zresztą, jak też dziś usłyszalam w rozmowie z managerem z Limerick haha) próbuję mu wmówić? Tym bardziej jak daje się z siebie 100%. I już mi się nie chce wracać do Polityki Kredytowej (dostałam dziś zaproszenie powrotu). Bo w zanadrzu mam trzy kursy, między innymi ten z pisania pism prawnych oraz asertywności, chociaż podobno ten drugi nie jest mi wcale potrzebny. Cieszę się. A coż więcej trzeba od życia, niż się cieszyć?

Życzę Wam samych pozytywnych review! Ja, póki co, zostaję w Legal Administration. A w środę zaczynam portugalski! :-D

Miłego wikendowania! (ja już czekam na Majkę)

22:01, hadassa79 , Roboczo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 stycznia 2010
List

No dawno mi tak nic krwi nie zepsuło na całe osiem godzin w pracy jak  list. Zwykła kartka papieru, zapisana i zaklejona w kopercie. A najlepszym jest to, że ja nawet tego listu na oczy nie widziałam, ba, nie wiem nawet kto go wysłał, podpisał i dlaczego. Bo do kogo dotarł już mi wiadomo; nazwiska nie zapomnę na długi czas.

Dziś o 9.30 rano dowiedziałam się, że jestem niewłaściwą osobą na niewłaściwym miejscu. Że za co mi niby płacą, skoro nie umiem się ustosunkować do korespondencji wysłanej na papierze firmowym mojego pracodawcy?  A przecież w tym kraju są całe rzesze o wiele bardziej kompetentnych ludzi, którzy z przyjemnością zajęliby moje miejsce! Potem nastała cisza na telefonicznej linii Dublin - Cork. Cień tego stwierdzenia stanął mi kołkiem w gardle podczas lunchu; ciągnie się za mną do teraz i za cholerę nie chce nawet zginąć w otchłani butelki z porto. Tak, nikt dawno nie zalazł mi pod skórę jak niejaka Mary R.

Teoretycznie powinnam wrzucić na luz już od południa, kiedy - po kilkudziesięciu takich rozmowach odebranych przez moich współpracowników również i zainteresowaniu kwestią przez bankową starszyznę - okazało się, że jakiś kretyn w centralnym dziale operacyjnym, nadzorujący automatyczną produkcję listów informujących o pobraniu opłat bankowych i odsetek naliczanych proporcjonalnie do rozmiaru kredytu, wysłał je także do ludzi, którzy co prawda mieli długi na kilkadziesiąt tysięcy euro, ale spłacili je w całości, a nawet z nawiązką, na przykład w 2002, albo i wcześniej! Tylko kont bank nie zdążył jakoś zamknąć od tamtej pory, sic! O ile dobrze sięgam pamięcią, w 2002 przygotowywałam się właśnie do zimowej sesji na studiach w Polsce i rozpoczynałam przemyślenia odnośnie w czym by tu się specjalizować. Kilka miesięcy później padło na Izrael. A w 2010, w Irlandii, przyszło mi o tej porze nasłuchać się obelg od jakiegoś babsztyla, w związku z błędem idioty, który pewnie nie ma nawet matury! Jasne nieba! Bóg mnie pokarał ułaskawiając pół roku temu przeniesieniem z nudnego działu polityki kredytowej do prawnej windykacji BOI. No bo komu najlepiej nawsadzać? Oczywiście tym, którzy na wizytówce mają Legal Administration! I to nam właśnie, mnie i moim dwunastu chłopcom, przyszło dziś świecić oczami i przepraszać za pomyłkę całej, zatrudniającej prawie 15 tysięcy ludzi, w trzech krajach, organizacji finansowej. Bez najmniejszego nawet, wizualnego pojęcia, za co przepraszamy!

Mało rzeczy w życiu jestem tak bardzo świadoma, jak to, że pod czymkolwiek się podpisuję i wysyłam w świat, jestem za zapisane słowa odpowiedzialna od A do Z. I przyjmuję tego wszystkie reperkusje. Dlatego, zanim cokolwiek podpiszę, czytam trzy razy. Ale odpowiadać za coś, czego się w życiu nie widziało za oczy? To jest tylko do cholery możliwe w korporacjach! Szlag by trafił tę recesję, deficyt budżetowy i paniczne grzebanie w kieszeniach u ludzi w poszukiwaniu jakiegokolwiek dodatkowego grosza. Nie na moje nerwy, nie mój styl! A na koniec informacja, że nasze emerytury są w zagrożeniu, bo firma ma miliardowe długi. Jeden pieprzony list!

Ukłony wobec wszystkich, którzy robią w  życiu to, co lubią, są sternikami na własnych okrętach i mają z tego satysfakcję. Nawet, gdy nie mają fajnych pieniędzy.

23:04, hadassa79 , Roboczo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 stycznia 2010
Rachel

Dziwny jest ten świat. Jak to mawiają, umarł król, niech żyje król? Wczoraj rozpacz, dzisiaj radość. Joey ma nową dziewczynę!

Panna Rachel jest trochę zblazowana. Na początku myślałam, że onieśmiela ją nowe środowisko, czyli po naszemu - dom, w którymi przyszło jej zamieszkać. Ale po godzinie mogę spokojnie stwierdzić, że nie onieśmiela jej nic, starszy chłopak również! W sumie to jej się nie dziwię, bo ja też wolę starszych od siebie chłopców. Przynajmniej jeszcze hehe. Trochę nawet się pośmiałam bo iście komiczny jest widok stonowanego, wyblakłego już nieco złotego rybka, z gracją przemierzającego długość akwarium i uganiającej się za nim w oszalałym tempie, wciąż jaskrawo złotej rybiej pannicy. Aż mi się z ust wyrwało w jej kierunku, że kobiecie tak nie przystoi... Ale z drugiej strony, w dupie z konwenansami, niech tylko żyją w zgodzie i jak najdłużej.

Zawsze byłam beznadziejna w kwestii godzenia się ze stratą wszelaką, ale nie przypuszczałam, ze agonia rybki może mnie wyprowadzić z wewnętrznej równowagi aż na taką skalę. Widok umierającej kilka godzin w konwulsjach Fibi i pływającego wokół niej niestrudzenie Joey'go, próbującego ją podnieść i przywrócić do życia, wstrząsnął mną autentycznie. Sama nie mogłam sobie znaleźć miejsca w dzień, a noc spędziłam na gadaniu do akwarium, do obijającego się o ściany rybka, że jeszcze tylko kilka godzin i przywiozę mu towarzystwo. A potem to oczekiwanie dziś rano pod zoologicznym - otworzą, czy nie otworzą... Otworzyli, w niedzielę i chwała im za to!

Życie na Ballygall powoli wraca do normy. Cieszę się chwilą, nie myśląc, że pewnie jeszcze nie raz w życiu będę musiała stanąć twarzą w twarz ze stratą. A potem znów z zyskiem...C'est la vie.

sobota, 23 stycznia 2010

Fibi umarła.

Joey pływa wokoło jak oszalały. Mam przeczucie, że nie przeżyje do jutra. Że umrze ze zwykłej tęsknoty.

A mnie kurewsko źle.

Fibi umiera?

Ja wiem, że Ziemia się trzęsie i to w najmniej spodziewanych rejonach, że dziesiątki tysięcy ludzi umierają i każdy ma swoje własne demony, ale czy ktoś z Was jest mi w stanie poradzić co robić, kiedy jedna z moich rybiś leży od rana przy samym dnie akwarium i tylko od czasu do czasu porusza skrzelami? Zmieniam im wodę regularnie, dokarmiam też (nie prze-karmiam!) i dbam by temperatura była optymalna, więc teoretycznie wszystko jest w normie i pod kontrolą. Przejrzałam wszystkie możliwe strony o pielęgnacji rybek, ale nic konstruktywnego się nie dowiedziałam. Nie wierzę w ich własne zatoksynowanie się, bo naprawdę mają super warunki, zaczynając od faktu, że nie żyją w jakiejś klaustrofobicznej szklanej kuli, a w co najmniej 5-litrowym mini akwarium, dwie tylko. Joey też się strasznie niepokoi, bo pływa wokół niej jakby zdenerwowany, zaczepiając co chwilę płetwą. Teraz podgrzewam cały pojemnik farelką (z bezpiecznej odległości!) bo może im za zimno? Nie wiem, głupieję. Najpierw Sunia przed świętami, teraz Fibi... Eh, kurewsko smutne to wszystko!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Tak naprawdę to bym teraz wylała garnek pomyj na głowę najbliżej przechodzącemu pod moim oknem. I najlepiej, żeby był to człowiek, do tego najbardziej Bogu Ducha winny. Tak po prostu, rozładowałabym złość, którą mam w sobie i przede wszystkim wobec siebie, ale nie mam odwagi zrobić tego na sobie, czytaj: rozbić lustro własnym czołem na przykład. Nie, nic się nie stało, proszę mnie nie pocieszać, ani tym bardziej nie głaskać. Mój demon i już, nie oddam!

Publiczne mędzenie nie jest w moim tonie, jak to w zwyczaju mają niektórzy. Jadem, w sprecyzowanym imiennie kierunku, plułam tylko raz i do dziś się zresztą tego wstydzę. Nadziwić się za to nie mogę, ile rdzawych plwocin może zmieścić się w kobiecych trzewiach. Dla własnego zdrowia psychicznego muszę zweryfikować linki, w które klikam. No bo co mnie obchodzą walki na cudzym froncie damsko-męskim, skoro i tak to on jest z założenia skurwysyn? A jak nazwać córkę takiej matki? Bo podobnych egoistek znam kilka, a do tego nieprzeciętnie cwanych i interesownych. Przy okazji powinnam za Dublinią coś kąsnąć w kierunku młodych matek, którym oczy zarosły zieloną kupą, ale jakoś tamte regiony mi nie po drodze. Są, niech będą, mnie nic do tego. Bo przypuszczam, że nawet jak bym była matką gromadki dzieci, to moja Babcia i tak by mówiła, że nie mam pojęcia o życiu. I najgorsze, że pewnie by dalej miała rację.

Czuję jak to gówno zżera mnie w środku bez pardonu. Bliżej niezidentyfikowane ścierwo. Złodziej mojego ładu wewnętrznego. Duszę się i mam potrzebę spierdalać, ale nie mogę, bo tak jakbym stała w świeżo wylanym betonie, który zaczyna tężeć. A ja nie chcęęęęęę.

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj. Mark Twain

Od jakiegoś czasu mam tak niesamowitą potrzebę zmian w swoim życiu, że dosłownie zżera mnie w środku, kipi; lada chwila wybuchnę. Nienawidzę swojej codziennej rutyny - dzwoniącego co rano o 6.45 budzika, mojego wstawania o 7.15, chociaż co wieczór sobie przyrzekam, że podniosę swoje cztery litery z łóżka zanim Bobby McFerrin dośpiewa do momentu, że mam być szczęśliwa. Tak jakby szczęście było obrazkiem, który się zawiesza na ścianie, a potem  biernie jemu przygląda, a nie sprawą sumienia jednostki, rachunkiem - sumą cierpień, rozgoryczeń, rozczarowań i przegranych miłości, przeciwstawioną sumie rzeczy dokonanych, pragnień miłości i walk (Hłasko)! Rzygać mi się chce na myśl prysznica na czas, przywdziewania zestawów biurowych ubrań, jeszcze szybciej, i doboru kolczyków - im dłuższe i bardziej krzykliwe, tym lepiej. Tyle z mojej rewolucyjnej natury w tej zasranej bankowej układance. Ten sam przystanek, autobus i ludzie, choć powinni być inni, bo jak zwykle jestem spóźniona. I nie uwierzy nikt, że ja, tak JA, w pracy jestem zorganizowana do granic możliwości, bez napiętrzonych zaległości i przy najczystszym biurku, gdzie nawet jak fruwają papierzyska, to w uporządkowanej kolejności! A tak na dobrą sprawę, do jasnej cholery, co mnie obchodzą cudze trudności finansowe?!? Co mi do czyjejś utraty pracy albo bankructwa? No co? Mnie bardziej przejmuje fakt, że wieczorem znów wracam do domu autobusem numer 83, z tymi samymi ludźmi, wyglądajcymi nijak i plotącymi bzdury! Jedyną moją pociechą jest to, że są też tacy na tym świecie, którzy mają piękne myśli i pięknie je materializują na kartkach papieru. I dzięki nim ja mogę choć trochę urozmaicać sobie codzienność. Tyle, że mi już to chyba nie wystarcza...To też jakiś paradoks, bo przecież moja bycza (ziemska!) natura powinna pławić się w luksusie stabilizacji i stałych, niezgorszych, dopływów gotówki co miesiąc! Czy to możliwe, że ta sama "ona" mi podpowiada, że mam rzucić wszystko w pizdu i jechać przed siebie, dokądkolwiek akurat mam potrzebę, tak jak to uczyniła inna Ona? Czyli nie na urlop z pracy, którego notorycznie jest za mało, ale na ten dłuższy, od marazmu ustabilizowanej i przewidywalnej codzienności? Z całym moim szacunkiem i wdzięcznością dla Irlandii!

O 8.15 zawróciłam dziś z przystanku. Zdjęłam zestaw biurowy i odmalowałam twarz. Na powrót założyłam piżamę, zamiast kawy nalałam wina do kubka, zapaliłam papierosa. Z torby wyciągnęłam Night Train To Lisbon. A w mailu znalazłam wiadomosć, że moje zgłoszenie zostało potwierdzone i o 18.00 3-go lutego zaczynam naukę portugalskiego.

Nigdy wcześniej tak bardzo nie czekałam na c.d.n.

sobota, 16 stycznia 2010
Bez tematu

Eh, takie różne zbiegi różnych okoliczności. Posłuchajcie Imeldy, a potem koniecznie przeczytajcie Guuzen-no Tabibito (Przypadkowy Podróżny) Harukiego Murakami.

Warto...

21:40, hadassa79
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32