O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!
sobota, 30 kwietnia 2016

Przypomniało mi się dziś, że mam bloga. Wiem, brzmi to okropnie ze wpisu na wpis (nie mylić z PiSem bleeeee :/ ) ale nic poradzić na to nie umiem. Zatrzymałam się na lutym i wpisie o Excentrykach, włączyłam więc tę płytę, żeby zachować wątek, choć tak naprawdę żeby poczuć się lepiej w tej swojej Blox-owej ignorancji. Luty się skończył, marzec minął, ba, kwietnia dziś dzień ostatni. Po 25-tym ani już widu ani słychu. Z ciekawości zajrzałam dziś na pierwszą stronę Ofczusi i rozrzewnieniem stwierdzam, że we wrześniu minie 10 lat, całe okrąglutkie 10! Koniec świata normalnie. Ofczuś jest już dawno Myszą i na dokładkę jeszcze żoną, trzydziesto-siedmio już letnią aaaaaa ;)

Urodziny miałam niezwykłe w tym roku. To znaczy takie zwykłe, że aż niezwykłe. Mąż mój bawił w Polsce w tym czasie, co było zaplanowane już dawno. Połowę tych baletów miał spędzić u swojej teściowej, ha!, czyli Maminy mojej jedynej ukochanej. Miał załatwiać swoje ważne sprawy, które akurat w Olsztynie trzeba było załatwić, a przy okazji pomóc przy remoncie szajerka/garażu w Bartążku, co też summa summarum uczynił. Ale zanim jeszcze wyleciał, wpadł na niecny pomysł. Niecny, nie niecny, koniec końców wspaniały. Mysza, ja mam urodziny w kwietniu (12-go, ukochany mój Baran!), Ty masz urodziny w kwietniu (ten sławetny już 25-ty ;) , ja muszę lecieć do Polski na dwa tygodnie, no bo wiesz, to może i Ty dolecisz chociaż na przedłużony wikend? Tak zagaił mój Mąż wieczorem kilka dni przed wylotem. Trochę mnie zamurowało, bo nawet mi do głowy to nie przyszło, a bardziej chyba zmierziło, no bo kto da mi urlop z dnia na dzień w nowej od miesiąca pracy?!? W każdym razie, nazajutrz miałam już zakupiony bilet i to w bardzo przyzwoitej jak na tygodniowe wyprzedzenie cenie, o czym dowiedzieli się wszyscy... oprócz mojej Maminki :) Chodziłąm jak na szpilkach przez ten tydzień i starałam się ze wszystkich sił co by jej nie wygadać, a blisko już było. Ostatni raż taką niespodziankę uczyniłam Maminie w 2005 roku, kiedy jako sołtys organizowała bal we wsi z okazji 670-lecia istnienia wsi tejże. Zacierałam łapki i czekałam z niecierpliwością. W końcu nadszedł wyczekiwany poranek kwietnia 22-go kiedy wylądowałam na Okęciu. Potem jeszcze 2,5 godziny w bardzo przyzwoitym pociągu i dotarłam do Olsztyna. Na koniec taksówka do Bartążka (Mąż zgodnie z planem siedział na dachu remontowanego szajerka; tylko nie pytajcie co to jest szajerek! :P ) Tadaaaam. Taksówkarz musiał poczekać na swoje 20 złotych, bo ja nie miałam już żadnych złotówek, a Mamina, zanim mi je dała,  przecierała oczy w oknie kilka dobrych minut. W końcu widziałyśmy się niecały miesiąc wcześniej, bo gościła u nas w Dublinie na Wielkanoc, i nie spodziewała się dziecka do jakichś letnich wakacji. Niespodzianka udała się wybornie, uściskom i radościom nie było końca, a wieczorem pojechaliśmy wszyscy na szantowe śpiewanie do olsztyńskiej Kotwicy. Dla takich chwil warto żyć, naprawdę, tak cholernie warto. Zagrali Żagle po raz drugi specjalnie dla mnie oraz IX Pieśń Gałczyńskiego, najpiękniejszą na świecie.

A w poniedziałkowy poranek, w swoje piękne urodziny (jestem nauczona od dziecka, że 25 kwietnia to jest przepiękny dzień) obudziłam się rano i miałam w domu ich obydwoje - Mężulka i Maminkę oraz wielki bukiet tulipanów z bartążkowego ogródka. Najpiękniejszy kwiecień świata :)

czwartek, 04 lutego 2016

Tak sobie czasem rozmyślam o blogowaniu i tęsknię do czasów kiedy przychodziło mi ono lekko. Pojawiała się myśl, temat, podróż, a post sam się układał w głowie i ja go potem tylko wpisywałam w szablon. Teraz są i myśli i tematy i podróże, ale jakoś ich opisywanie nie przychodzi mi naturalnie. Nie wiem, może kiedyś znów coś 'kliknie'. A zanim to nastąpi i znów zacznę pisać elaboraty, pochwalę się Wam, że miniony wikend (przedłużony, bo od czwartku) spędziłam z moimi Zuzami w Krakowie. Było cudnie, po prostu cudnie. Stwierdziłyśmy jednogłośnie, że się starzejemy, bo jeszcze nie tak dawno każdy wspólny wyjazd stał pod znakiem 'od jednego bar do baru' z przerwami na zwiedzanie okolicy rzecz jasna. A tym razem kino, teatr, muzeum, kolacja i nawet na drogę do pociągu (jechałyśmy z Warszawy) nie wzięłyśmy żadnej flaszeczki! Koniec świata normalnie ;) Fakt, że temu kinu i teatrowi sprzyjały polskie okoliczności (trudno przecież iść do kina spędzając trzy dni na przykład w Rumunii), nie zmienia to jednak faktu, że zachowywałyśmy się bardzo statecznie i nad wyraz spokojnie jak na nasze możliwości.

Hitem okazali się Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, film Janusza Majewskiego, zrealizowany na podstawie pięknej (choć nieco przerażającej, patrząc na to, co aktualnie dzieje się w Polsce) historii, przepięknie opisanej przez... polonistę z mojego LO w Olsztynie, Pana Włodzimierza Kowalewskiego, ha! Film jest naprawdę wyjątkowy, jeden na milion w polskim kinie. Młody Stuhr, Dymna, Pszoniak, Zborowski, Ferency, nawet Sonia Bohosiewicz i nieznana mi wcześniej Natalia Rybicka, wszyscy, naprawdę wszyscy zagrali rewelacyjnie i razem stworzyli perełkę w polskiej kinematografii. Szykowałam się na ten film już od dłuższego czasu i skorzystałam z okazji, że byłam w Olsztynie na święta - kupiłam książkę Pana Kowalewskiego. Wstyd przyznać (chociaż w sumie czemu wstyd?) ale nie czytałam wcześniej żadnej książki naszego nauczyciela, ba, nie wiedziałam nawet, że on w ogóle książki pisze! Pamiętałam go z zastępstwa, kiedy nasza Rzepcia była chora przez kilka tygodni, ale do tej pory nie było to najcieplejsze wspomnienie. Pamiętam, że wszedł do klasy, zrobił rozeznanie na jakim etapie jesteśmy w realizacji programu, po czym... zaczął pytać z gramatyki aaaaaaa ;) Jako, że my w większości artyści i literaci z natury byliśmy w naszej klasie, a Rzepcia odkrywała przed nami świat Marqueza, Cortazara, Conrada i Tokarczuk, nie w głowie nam były lektury obowiązkowe, tym bardziej gramatyka. W każdym razie nie rozbiór gramatyczny zdania i wszystkie inne związane z nim regułki. A tu nagle trzeba te zdania rozbierać na części, huh! Było to jednak już bez mała dwadzieścia lat temu, a Pan Kowalewski zakończył swoją nauczycielską przygodę w LO II w 2007 roku, mnie natomiast urzekł jego styl, język oraz powieść Excentrycy, także wspomnienia mam już li tylko najmilsze; oczywiście zamierzam też kupić i inne jego powieści. W ogóle Pan Kowalewski współtworzył scenariusz razem z Januszem Majewskim, także film i książka są naprawdę podobne i równie wspaniałe. Nie będę Wam opowiadać, obejrzyjcie zwiastun, a potem KONIECZNIE przeczytajcie książkę oraz obejrzyjcie cały film. Nie pożałujecie tego powrotu do Polski z czasów głębokiej komuny i przekonacie się, o zgrozo!, że podobny scenariusz próbuje w XXI wieku, w tej samej Polsce, realizować jedna, jedynie słuszna partia... Tfu! No i ten jazz, swing, jazz i swing! Polecam.



Ale o czym ci ja Mości Panie... Aaa, Kraków! Poszłyśmy też do Teatru Bagatela na sztukę Sex dla opornych. Nie wiem, może rzeczywiście trzeba mieć ten problem, żeby się z nim identyfikować i potem bić brawo i rechotać na przedstawieniu, może. Ja go nie mam, nie urządzam też sobie z mężem dzikich awantur, nie roszczę o nic pretensji, ciężko mi więc się identyfikować. Poczekam 25 lat, wtedy pewnie będę miała więcej do powiedzenia w temacie ;)

No i muszę jeszcze wspomnieć o Szufladzie Szymborskiej, czyli zaplanowanej na 4 lata (do 31.01.2017) wystawie w Muzeum Narodowym w Krakowie, poświęconej rzecz jasna Poetce. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. Chciałam Wam wkleić link, bo strona zaprojektowana jest rewelacyjnie, ale nie działa mi formuła wklejania, której nauczyłam się 10 lat temu. Pewnie blog, w przeciwieństwie do mnie, poszedł z postępem... Nie ukrywam, że tak naprawdę odkryłam Poetkę dopiero po Jej śmierci, kiedy zewsząd otoczeni byliśmy Jej poezją i wspominkami o Niej, mimo że wspomniana wyżej moja polonistka Rzepcia była Jej wielką miłośniczką (tak samo namiętnie paliły papierosy ;) i próbowała w nas tę miłość zaszczepić już dwie dekady temu. Przeczytałam jakiś czas temu Pamiątkowe rupiecie Pań Szczęsnej i Bikont, biografię, czytałam wiersze Poetki rzecz jasna oraz Błysk rewolwru, obejrzałam kilka wykładów Bronisława Maja i Teresy Walas poświęconych Poetce, a wizyta w Szufladzie była naturalnym dopełnieniem mojej z nią przygody. Raptem dwie salki pełne bibelotów, książek i pamiątek, ale jakich! Przeszło mi tam przez myśl, co pozostanie po mnie kiedyś... Siedziałyśmy sobie z Zuzami na kanapie i czytałyśmy wiersze z tomików udostępnionych zwiedzającym. Cudowność. Na zakończenie zakupiłam w muzealnym sklepiku świeżutko wydaną, napisaną przez Pana Michała Rusinka, byłego sekretarza Szymborskiej, książkę Jej poświęconą - Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej. A żeby było jeszcze śmieszniej, kilka godzin po powrocie z Krakowa włączyłam Trójkę, w której Pani Baszka Marcinik akurat rozmawiała z Panem Rusinkiem o tej książce właśnie i już w trakcie audycji... wygrałam egzemplarz z autografem. Powinnam chyba wspomnieć przy okazji, że dużo rzeczy ostatnio wygrałam. Płyta z muzyką z Excentryków od Wydawnictwa Marginesy dopiero 'idzie' pocztą. Ale w domu już mam kilka książek z Trójki, Dużego Formatu, płyty z jazzem z Polityki i nawet klocki z loterii podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie wspominając już o diamentowych kolczykach z International Charity Baazar. W horoskopie piszą, że mam zagrać w totka ;)

Widzicie więc, że Kraków był magiczny, to znaczy jest. I że czas z moimi Zuzami jest wyjątkowy. Szwendałyśmy się po Wawelu, Kazimierzu, jadłyśmy żydowskie potrawy, piłyśmy grzańca i oczywiście gadałyśmy bez wytchnienia. Świat bez Zuz byłby potwornie ubogim światem!

A dziś nasmażyłam faworków. Mówcie co chcecie, ale moje faworki są NAJLEPSZE na świecie! Dobranoc :)

czwartek, 07 stycznia 2016

Halo halo, dzień dobry w 2016 :)

Nie wiem czy ktoś tu w ogóle jeszcze zagląda, ale jak tak, to niech przyjmie ode mnie serdeczne życzenia noworoczne. Żeby kolejne 12 miesięcy obfitowały w same tylko miłe niespodzianki. Zdrowia i miłości, tyle nam do życia potrzeba (i podróży, i wina, i kilku jeszcze innych rzeczy pewnie ;)

Przed chwilą dopiero się zorientowałam, że nigdy nie upubliczniłam zdjęć z naszych wojaży po Cabo Verde. Tak więc jeżeli ktoś ma jeszcze ochotę na wspominki oraz pogrzać się trochę w kabowerdyjskim słońcu, to zapraszam do zakładki po lewej.

Ja chwilowo nie mam czasu, bo nawiozłam książek z Polski.

Do zobaczenia :)

sobota, 31 października 2015

Postanowiłam nie męczyć Was już Wyspami Zielonego Przylądka, będzie więc krótko i na temat (właśnie zaczęłam obrabiać zdjęcia) ;)

Wylądowaliśmy więc w Prai na Santiago po tygodniu spędzonym w Mindelo i z wypadem do Santo Antão. I to było jak uderzenie obuchem, jako że Praia... w ogóle nam się nie spodobała! Zaczęto nas na dzień dobry molestować na ulicy - kup, daj, chodź, zobacz. Zesraj się miałam ochotę dodawać za każdym razem, a potem nauczyłam się mówić 'spierdalaj'. Przepraszam, ale to właśnie ma człowiek ochotę mówić kiedy jest aż tak napastowany. I przepraszam po raz kolejny, ale to właśnie DOSŁOWNIE mówi w Lizbonie, w której ilość wszelkiej maści hołoty oferującej na głównych ulicach hasz, marihuanę, kokę i Bóg wie co tam jeszcze, jest nie do ogarnięcia. O tym i o mojej dyskusji z lizbońską policjantką mogłabym napisać osobny post, ale nie będę Was przecież molestować ;)

Tak jak to w życiu zazwyczaj bywa, pierwsze wybory są zazwyczaj najlepsze (pomijając kandydatów na męża rzecz jasna ;) Tak i tym razem zaufaliśmy panu, który podszedł do nas jako pierwszy jeszcze na lotnisku i zaoferował taxi do hotelu. Wzięliśmy od niego wizytówkę i powiedzieliśmy, że się zgłosimy następnego dnia na wycieczkę po wyspie, jeżeli nie zdecydujemy się na wynajem auta i samotne zwiedzanie. Nie zdecydowaliśmy, jako że po pierwszym dniu w Prai mieliśmy tego miejsca dość (to jest naprawdę duże i chaotyczne miasto). Stwierdziliśmy więc, że pojedziemy na wycieczkę z przewodnikiem, który mówił bardzo dobrze po angielsku i w ogóle był bardzo serdeczny i komunikatywny (jak się okazało był z São Vicente!) oraz że wrócimy wcześniej do Lizbony. Bardzo chcieliśmy odwiedzić wyspę Maio, nazywaną 'zapomnianą', ale okazało się że aktualnie nie płynie tam żaden prom, a loty były tylko we wtorek i piątek. O Bravie i Fogo raczej nie marzyliśmy, bo mając jedynie kilka wolnych dni do dyspozycji, człowiek naprawdę niewiele może poskakać między wyspami Cabo Verde. O Fogo to można by zrobić kilka oddzielnych wpisów z tego co wyczytałam i obejrzałam w przewodniku. Fogo to znaczy ogień po portugalsku (i po kreolsku chyba też), a nazwa pochodzi od aktywnego wciąż tam wulkanu (ostatni raz obudził się w 1995 roku). Zdjęcia są fenomenalne. A kawa z Fogo podobno jedną z najlepszych na świecie!

Santiago też jest piękną wyspą i naprawdę bardzo warto wyjechać z Prai i ją zwiedzić, jeden dzień wystarczy. Wizytówkę João Afonso wkleiłam nawet do przewodnika i jestem w stanie go z czystym sercem polecić, jeżeli ktoś się do Santiago wybiera. Mówi on po kreolsku, portugalsku, francusku i angielsku, dużo też opowiada podczas jazdy. Zapłaciliśmy mu 10000 CVE (niecałe 100 euro) za cały dzień, ale byliśmy ponad 8 godzin. I jego też zamówiliśmy kolejnego dnia na kurs na lotnisko.

Nasz trasa podróży: Praia - Fortaleza Real de São Filipe (fort  zbudowany dla ochrony przed korsarzami) - Cidade Velha (oficjalnie Ribeira Grande de Santaigo, czyli dawna stolica, która jest na liście UNESCO) - Praia - São DomingosSão Lourenco dos Órgãos - São Salvador do Mundo - Assomada (drugie największe miasto na Santiago) - Picos - Boa Entrada - Achada Lem - Figueira das Naus - Ribeira da Parta - Chão Bom (były obóz koncentracyjny! Tak, tak, dobrze czytacie!) - Tarrafal - Porto Formoso - Mangue das Sete Ribeiras - Calheta de São Miguel - Pedra Badejo - Praia. Tak bowiem mniej więcej biegnie główna droga po Santiago, chociaż jest jeszcze kawałek innej szosy, ale był akurat zamknięty z jakiejś naturalnej chyba przyczyny (obsuw ziemi, czy powódź). Santiago jest najbardziej afrykańską wyspą, najbardziej czarną. To na niej z jednej strony rozpoczął się proces mieszania kultur i ras (métissage), ale z drugiej tak wyszło, że najbardziej jednak zdominowały afrykańskie geny. Miało to związek z tym, że ograniczone możliwości komunikacji na tak dużej wyspie sprawiły, że biali kolonizatorzy pozostawili czarnoskórych niewolników na tych plantacjach w interiorze nieco samopas. 80 km z północy na południe i 29 ze wschodu na zachód. Są na niej i piękne plaże (Tarrafal), i góry (najwyższy szczyt Pico d'Antonia 1392 m n.p.m.) i zielone doliny z wielkimi plantacjami warzyw i owoców też. Naprawdę podobała nam się ta wycieczka. Warto zatrzymać się na dłużej w dawnej stolicy, Cidade Velha, i pospacerować. Nas na sławnej i najstarszej w tropikach prawdziwej uliczce (wyznaczonej rzecz jasna przez Portugalczyków), Rua Banana, zaczepiła nas pewna pani artystka, Rita, i zaprosiła do domu. Pokazała nam swoje obrazy, opowiedziała o wenie twórczej (João Afonso dzielnie tłumaczył), a na koniec dała mały obrazek (namalowany na dżinsie), papaję i pomarańczę do zjedzenia oraz zrobiła sobie z nami zdjęcie :) W centrum Cidade Velha stoi pilori, czyli ta słynna (a raczej niesławna!) kolumna, podobno oryginalna z 1515 roku, do której przywiązywano schwytanych w Afryce niewolników i wystawiano na sprzedaż... Poszwendaliśmy się trochę po okolicy, kupiliśmy obrazki namalowane przez mamę sprzedającej je dziewczyny i stamtąd pojechaliśmy dopiero dookoła wyspy. João jest w ogóle bardzo komunikatywny i zna chyba wszystkich i wszędzie, bo co rusz się zatrzymywał i zagadywał do ludzi, trąbił, pozdrawiał, ale dzięki temu ludzie chętnie nam pozowali do zdjęć. Jak się ogarnę z ich obrabianiem to Wam pokażę :)

Żeby nie przynudzać więcej, krótko wspomnę jeszcze Chão Bom, czyli zbudowany przez Salazara obóz koncentracyjny dla więźniów politycznych - portugalskich, hiszpańskich (Generał Franco!), angolańskich, gwinejskich kabowerdyjskich. Małe klitki z betonu, tzw 'patelnie', bo wystawione na działanie tropikalnego słońca, zasieki, izba tortur, to wynalazki rodem ze stalinowskich i hitlerowskich czasów w Europie. Nazywany Campo de morte lenta - obóz powolnej śmierci, ze względu na to niemiłosierne słońce. Pani Sieradzińska pisze w przewodniku, że były tam ofiary śmiertelne, ale João nam powiedział, że choć bardzo torturowani, nikt jednak nie umarł. Pokazał nam nawet zdjęcie jednego z więźniów, którego zna i który podobno jest do tej pory kierowcą autobusu w Prai. Nie robiłam jednak dalszych dochodzeń, nie szukałam informacji, więc nie powiem Wam jak to było naprawdę. W każdym razie miejsce przywołuje okropne wspomnienia z naszej europejskiej historii, ale na pewno warto je odwiedzić. Wstęp to tylko jakieś 300 CVE.

Na tym zakończę swoje kabowerdyjskie opowieści i dam Wam odetchnąć ;) Ostatnie trzy dni naszych miodowych dwóch tygodni spędziliśmy w Lizbonie i było prze-cu-do-wnie! Jak już wiecie, kocham to miasto absolutnie i nigdy nie przestaje mnie ono nudzić. Szwendaliśmy się dużo i do oporu, byliśmy w końcu w oceanarium (świetne!), jedliśmy sushi i dużo pastéis de nata, a ostatniej nocy poszliśmy do Mesa de Frades, czyli tej sławetnej, aczkolwiek nieco ukrytej (trzeba po prostu wiedzieć w które drzwi zapukać) restauracji, w której śpiewają największe sławy lizbońskiego fado, do wczesnych godzin porannych dosłownie! Wróciliśmy do Dublina uszczęśliwieni absolutnie i zakończyliśmy podróż z przytupem, jako że Ryanair... zgubił naszą walizkę (wszystkie moje ubrania, ukochane sandały i cztery butelki egzotycznych alkoholi wysłał do Bergamo podobno). Pan który ją przywiózł do domu kolejnego dnia życzył nam na koniec wszystkiego dobrego na nowej drodze życia oraz samych hepi endów ;)

The End :)

wtorek, 27 października 2015

Opowiem Wam jeszcze trochę o Cabo Verde, bo nie będę przecież się denerwować i pisać o wynikach wyborów w Polsce. Też uważam, że potrzeba w polskiej polityce zmian i nowych twarzy, ale takiego obrotu sprawy nie zakładałam, ani tych samych gęb z lat 2005-2007. Śmiać mi się jedynie chce, kiedy czytam komentarze, że młodzi i wykształceni ludzie z dużych miast tak już byli niezadowoleni z rządów PO, że postanowili teraz zaufać PiS. Zapominają tylko ich autorzy dodawać, że są to ludzie sfrustrowani, którym po prostu w życiu nie wyszło, a popsuta pralka w ich domu jest winą Tuska. No i że licencjat na prywatnej uczelni to wcale nie jest porządne wykształcenie! Tym złośliwym akcentem zakończę temat wyborów i przejdę do Wysp Zielonego Przylądka ;)

Przypomniało mi się ostatnio po wpisie o Mindelo, że nie powiedziałam Wam o... pogrzebach. Widzieliśmy ich bowiem trzy podczas tam pobytu i byliśmy urzeczeni, o ile to adekwatne słowo. Za pierwszym razem dopiero po chwili się zorientowaliśmy, że to w ogóle był pogrzeb. Najpierw usłyszeliśmy piękną muzykę, a potem wyłaniający się zza rogu tłum podążający za autem z trumną. Naprawdę niesamowity to był widok. Za autem najpierw idą muzycy (gitary, saksofon, klarnet, nie pamiętam dokładnie ilu, ale było ich naprawdę sporo) i grają przecudne morny, za nimi dopiero rodzina i najbliżsi, dalej reszta ludzi. I myliliśmy się w naszych domniemaniach, że pierwszy pogrzeb to był pewnie jakiejś ważnej osobistości, bo tłum był ogromny. Takie same tłumy były jednak podczas kolejnych dwóch pogrzebów; no chyba że trzy dni z rzędu grzebali jakichś prominentów, ale nie sądzę. Tam po prostu jest taki zwyczaj - znałeś bliżej, czy nie znałeś, uczestniczysz w jego/jej ostatniej drodze jeśli tylko możesz. Ma to zapewne związek z tym, że jest to mała społeczność i ze sobą zżyta. Widzieliśmy potem w muzeum nagranie z pogrzebu Cize. Boszzzz, to był dopiero potężny tłum! No ale Ona to była przecież zupełnie inna bajka. W ogóle relacje międzyludzkie zdają się być tam bliskie i rodzinne, taki chyba naród. Skoro napomknęłam już o relacjach społecznych, to dodam że z racji tego iż kobiet jest na Wyspach o wiele więcej niż mężczyzn, relacje damsko-męskie są tam dość luźne. Oczywiście ze strony mężczyzn bardziej luźniejsze ;) Normalnym jest tam zupełnie, że facet ma dzieci z kilkoma kobietami i wcale się z tym nie kryje, niestety również dość częstym jest (szczególnie wśród starszych pokoleń), że się tymi dziećmi w ogóle nie interesuje. Trochę inaczej jednak zaczyna te sprawy postrzegać młode pokolenie i stawia, a przynajmniej się stara, na trwałość rodziny. Tak przynajmniej mówił wspomniany we wcześniejszym wpisie Didi, z którym byliśmy na kolacji. Powiedział nam że jego ojciec ma piętnaścioro o ile dobrze pamiętam dzieci, z pięcioma chyba kobietami. On sam jednak ma już żonę i z nią bliźniaki, a innych kobiet nie planuje ;) W ogóle dużo tam jest dzieci, każda niemalże dziewczyna ma jedno na ręku, a i za rękę kilkoro czasem (a na głowie tobołek, czy miskę z rybami do tego!). I podobno aż 70% kobiet to matki samotnie wychowujące te dzieci! Płodny naród, nad czym też się zastanawialiśmy, jak to możliwe w takim nieznośnym upale i w większości przecież bez klimatyzacji ;) Pasuje mi tu też zacytować za Panią Sieradzińską to, co mówiła Cesária o Kabowerdyjkach: W moim kraju kobieta musi być silna. Mężczyźni są bardzo niestali w uczuciach, niemal normą jest, że porzucają swoje partnerki, nawet jeśli kochają, wyjeżdżają na emigrację w poszukiwaniu pracy. Rozstania są wpisane w nasze życie. Kobieta zostaje sama. Przez całe życie musi walczyć, żeby utrzymać i wychować dzieci. Może polegać wyłącznie na sobie. Tak więc my trzymamy kciuki za wierność i wytrwałość Didi :)

Teraz w końcu przejdę do meritum tego, o czym chciałam dzisiaj napisać - Santo Antão!! Dostać się na tę wyspę można tylko promem, jako że lotnisko zostało zamknięte w 2003 roku. Okazało się bowiem w trakcie jego użytkowania, że jest tam po prostu niebezpiecznie - wiatry zbyt silne do startów i lądowań. Nie wiem jak to możliwe, najpierw położyć pas startowy wzdłuż linii brzegowej i wybudować terminal, a potem sprawdzić bezpieczeństwo, ale tak właśnie było. Nie wiem również dokładnie jak to jest z promami z innych wysp, bo informacja w internecie jest marna (na Wyspach wciąż najlepiej wszystko jest załatwiać w okienku), ale na Santo Antão najprościej jest się dostać właśnie z São Vicente. Prom kursuje kilka razy dziennie (jest kilku przewoźników), cena za osobę w jedną stronę to 800 CVE (my płynęliśmy ARMAS Ferry), a czas podróży to 60 minut. Ciężko nam było zaplanować wcześniej czy zostaniemy na wyspie na noc, czy raczej wrócimy ostatnim promem do Mindelo, postanowiliśmy więc zdać się na los i własne wrażenia - jak nam się spodoba, to zostaniemy, a jak nie to nie. Na miejscu też mieliśmy zdecydować, czy wypożyczymy samochód i będziemy zwiedzać na własną rękę, czy raczej skorzystamy z usług jakiegoś przewodnika (auluger - prywatny środek transportu). Los szybko podjął za nas decyzję, a ja miałam ukraińskie déjà vu. Ilość bowiem przewoźników jaka się na nas rzuciła zaraz po wyjściu z portowego terminala nie ustępowała ilości chętnych oferujących swoje noclegi na dworcach autobusowych na Krymie (sprzed Putina, bo teraz to nie wiem jak tam jest). Mąż natomiast pomyślał, że jakaś znana osobistość z nami przypłynęła, choć też przeszło mu przez głowę, że to na naszą cześć takie zbiegowisko ;) Wygrał pan, który podszedł do nas jako pierwszy i zwyczajnie nie molestował, tylko spokojnie wytłumaczył co oferuje, za ile itd. Koniec końców, całodniowa wycieczka kosztowała 7000 CVE, czyli jakieś 64 euro plus obiad dla pana, na który sami go zaprosiliśmy. Generalnie na Cabo Verde nie ma zwyczaju targowania się (z wyjątkiem Senegalczyków wciskających na straganach afrykańskie gadżety), ale w tym przypadku, prywatnych wycieczek i przewodników, jest. Tam też na Santo Antão, w Porto Novo, z samego rana tego pamiętnego dnia, popełniłam ogromny błąd, którego konsekwencje wpłynęły znacznie na jakość mojej dalszej podróży - poprosiłam o lód do (butelkowanej!) wody. Ale dowiedziałam się o tym błędzie dopiero na sam koniec podróży, kiedy dojeżdżając późnym popołudniem z powrotem do Porto Novo, zaczęłam mieć dziwne skurcze jelit, zrobiło mi się słabo i potrzebowałam bardzo szybko iść do toalety... Nie wiem na 100%, ale domyślam się że to był ten lód, chociaż długo też mnie skręcało na myśl o catchupie, czyli narodowym kabowerdyjskim daniu (dwa rodzaje kukurydzy, fasola, wieprzowina, jajko), skądinąd bardzo pysznym. Nie będę się rozpisywać o szczegółach, ale trzymało mnie dość mocno przez kilka dobrych dni, dlatego upewnijcie się przed wyjazdem, że zabierzecie ze sobą stosowne leki. Mi te lokalne pomogły tylko na tyle, że nie musiałam cały czas siedzieć w hotelu i mogłam dalej zwiedzać (choć oczywiście w mniejszym komforcie), ale tak całkowicie wyleczyłam się dopiero w Lizbonie i to dosłownie na drugi dzień. Po raz pierwszy w mojej podróżniczej karierze nie zadziałały wypijane procenty, ba, nie mogłam też przez dłużej na nie patrzeć ;)

Santo Antão jest drugą co do wielkości wyspą archipelagu (zaraz po Santiago) i najbardziej zróżnicowaną pod względem krajobrazu - najbardziej górzystą i jednocześnie rolniczą; przez wielu nazywana najpiękniejszą. Byliśmy naprawdę w wielkim szoku, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się aż takich kontrastów. Muszę nadmienić, że my zwiedziliśmy tylko północną i wschodnią część wyspy, bo na całość jeden dzień zdecydowanie nie wystarczy. Część zachodnia jest bardziej dziewicza i rajem dla tych, którzy lubią piesze wycieczki, a nawet wspinaczkę (najwyższy szczyt Pico de Coroa ma prawie 2 tysiące metrów). Wyprawa taka wymaga więc dłuższego czasu oraz większego przygotowania i sprzętu (chociażby kryte buty i długi rękaw), a my jak już wspominałam, nie jesteśmy aż takimi fanami trekkingu ;) Początek trasy nie zapowiadał wielu wrażeń, bo krajobraz w Porto Novo niewiele różni się od tego na São Vicente - też taki pustynny, trochę księżycowy. Ale im wyżej wjeżdżaliśmy tą krętą drogą, tym większe robiliśmy oczy. Najpierw zaczęło się powoli robić zielono, drzewko tu, drzewko tam, jakaś trawka, a potem znienacka dosłownie wybucha tropikalna roślinność. Soczysta zielona trawa, kolorowe kwiaty, plantacje trzciny cukrowej, bananów, papai, mango, gujawy, cytryn, czego tam jeszcze. Nie mogliśmy się napatrzeć na pola uprawne w dawnym kraterze wulkanu, wszechobecne ribeiras, czyli cieki wodne, tereny między zboczami gór, takie wilgotne doliny sprzyjające właśnie rolnictwu oraz małe wioseczki jakby poprzyklejane do tych zboczy. Na najwyższym punkcie tej drogi natomiast tak jakbyśmy znaleźli się... w Polsce! Iglasty las, szyszki na drzewach i pod nimi, temperatura spadła do jakichś 18 - 20 stopni (mówię na tzw. czuja), mgła, kropiący deszcz i TEN zapach! Kazaliśmy zatrzymać auto, wyszliśmy na zewnątrz i napawaliśmy się nim kilka dobrych minut. Potem droga zaczęła prowadzić w dół i naszym oczom znów ukazały się rolnicze poletka pełne egzotycznych upraw, aby dochodząc do samej linii brzegowej oceanu dać nam wrażenie bycia w jakimś kolejnym z rzędu miejscu na świecie - francuskiej riwierze, czy innej Costa Brava. Oczywiście wille nie są tam takie ekskluzywne... Tam właśnie, w tych górach Santo Antão przyszło mi do głowy, aby wysyłać na tę wyspę każdego polskiego malkontenta psioczącego jak to Polska jest w ruinie, żeby zobaczył jak NAPRAWDĘ wygląda bieda. Domy niczym chlewiki - surowy beton, bez żadnych wygód, dzieci idące po kilka kilometrów do szkoły. Ale jakoś wszyscy są uśmiechnięci, przyjaźnie machają i wydają się być szczęśliwi. To ten właśnie nasz pan przewodnik rozdawał dzieciom po drodze kredki, długopisy i inne gadżety, a jedyne czym my mogliśmy je wspomóc to były monety. Nie byliśmy po prostu na takie okoliczności przygotowani :(

Cidade Porto Novo - Morro - Fajã de Cima - Corda - Ponta do Sol - Ribera Grande - Xoxo - Sinagoga - Paúl - Pombas - Janela - Aguada - Porto Novo. Tak biegła trasa jaką objechaliśmy w ponad 5 godzin. Na mapie wygląda na krótszą niż ta, którą przejechaliśmy quadem na São Vicente, ale tyle właśnie zajmuje przebijanie się przez góry. Plus zatrzymywanie na trochę w urokliwych miejscach i czas na obiad. To tam właśnie (w Ponta do Sol dokładnie) jedliśmy tę tradycyjną catchupę i to tam też pod koniec dnia zaczęłam się czuć nieswojo, mimo wypitej szklaneczki grogu (lokalny rum z trzciny cukrowej), który miał mnie uleczyć od ręki. Powrót promem do Mindelo był dla mnie koszmarny (zaznaczę, że ja nie mam choroby morskiej), noc też była koszmarna. Później już było w miarę okej :) Trzy dni później polecieliśmy do Prai na wyspie Santiago. Przeszło nam przez myśl przez chwilę, aby popłynąć na wyspę São Nicolau (4 godziny promem z Mindelo), ale dowiedzieliśmy się w porcie, że promy pływają tylko we wtorki, a my nie mieliśmy dodatkowego tygodnia wakacji. Tak jak pisałam na samym początku, przemieszczanie się między wyspami nie należy na Cabo Verde do najprostszych i trzeba mieć przede wszystkim dużo czasu w zapasie. Można bowiem popłynąć w jedną stronę, ale już nie mieć jak wrócić przez kolejne kilka dni. São Nicolau jest jednak jedną z piękniejszych wysp z tego co wyczytałam, tak więc na pewno warto ją odwiedzić. Kto posłał Cię w tę daleką drogę, drogę do São Tomé, sodade, sodade, sodade, za moją ziemią, za São Nicolau, jak śpiewała wspaniała Cesária (przekład Pani Sieradzińskiej oczywiście).

To co Moi Mili, do zobaczenia na Santiago. A potem dam już Wam odetchnąć od Wysp Zielonego Przylądka. Oczywiście dopóki nie skończę ogarniać 1,5 tysiąca zdjęć! ;)

piątek, 23 października 2015

Czy widzieliście /słyszeliście ten paryski koncert Cize z 2004 roku? Bo ja się nie mogę od niego uwolnić od wielu dni. Majstersztyk pod każdym względem!



Obudziliśmy się pamiętnego wtorkowego poranka w Prai i ruszyliśmy na lotnisko (jak już wspominałam wcześniej, wszystko było opłacone przez TACV) aby po niecałej godzinie lotu znaleźć się w Mindelo. Znów powitał nas niemiłosierny upał. Lotnisko w Mindelo jest międzynarodowe i nazwane - bo jakże mogłoby być inaczej! - imieniem Cesárii Évory. W hali przylotów wisi Jej olbrzymie zdjęcie, a na zewnątrz stoi pomnik. Jako, że mieliśmy już w paszportach wizy z dnia poprzedniego, odebrawszy bagaże (zaginął nasz KOT, czyli w kształcie kota plakietka z imieniem i nazwiskiem), ruszyliśmy prosto do wyjścia. Taksówka za 1000 CVE (bo każdy jeden przejazd w obrębie któregokolwiek miasta jest za 10 euro) i znaleźliśmy się w Casa Solarino przy Rua Franz Fanon, kilka domów dalej od ulicy 3F (Fernando Ferreira Fortes), przy której mieszkała Cesára.

Casa Solarino to otwarty dopiero we wrześniu tego roku mini pensjonacik (trzy pokoje tylko), prowadzony przez bardzo sympatyczną włoską parę Barbarę i Mauro oraz ich Bardzo Bardzo Czarnego Kota :) Dom jest urządzony po prostu przepięknie, ze smakiem i od wejścia wiadomo, że właściciele to muszą być artyści, a przynajmniej mieć artystyczne zajawki. Pokazali nam też trochę swoich zdjęć z podróży (pierwszy raz od lat widziałam, żeby ktoś jeszcze drukował zdjęcia, a do tego w postaci albumu) i są naprawdę artystyczne. Nie mówili oni niestety zbyt dobrze po angielsku, nie wywiedzieliśmy się więc o nich dużo, ale wiemy, że postanowili uciec z Włoch i zaszyć się na jakiejś małej wysepce. Objeździli tych najpierw sporo po całym świecie i koniec końców zdecydowali na Mindelo na São Vicente. Widać i czuć, że są jeszcze świeżakami w prowadzeniu tego biznesu, bo jeszcze zbyt nadgorliwi i nadopiekuńczy w stosunku do gości. Oczywiście przyjemnym jest świeży ręcznik co drugi dzień, ale żeby zaraz przestawiać wszystko w pokoju, ustawiać prosto buty, albo podczas śniadania stać nad głową i dopytywać co chwila czy wszystko w porządku, to trochę za dużo. Tym bardziej dla nas, hostelowych bardziej i samodzielnych turystów. To jednak było nic w porównaniu z jednym podstawowym mankamentem, który to miejsce ma - brakiem klimatyzacji! Nie wiem jak to możliwe - centralna lokalizacja, przepiękne i nowoczesne wykończenie, dobre śniadania, świetne obiady, prześliczny widok z tarasu na Porto Grande, fajni właściciele, ale bez klimatyzacji w tej części świata!! Wystawiliśmy im co prawda najwyższe referencje na Booking.com i FB, ale napisałam potem do nich prywatną wiadomość doradzając zamontowanie klimatyzacji w trybie natychmiastowym. Bo jak wszyscy goście będą na okrągło i przez całą noc mieć włączony wentylator oraz brać kilka zimnych pryszniców dziennie, tak jak my to robiliśmy przez cały pobyt, to wysokość rachunków za prąd i wodę (woda to towar deficytowy na São Vicente, ale na Santo Antão już na przykład nie) zdecydowanie przewyższy koszty klimatyzacji. No i ludzie nie będą chcieli do nich wracać. Ktoś może pomyśleć, że się uwzięłam, ale zaufajcie - na Wyspach Zielonego Przylądka jest NAPRAWDĘ niemiłosiernie gorąco.

Ale się rozpisałam o Casa Solarino, tak jakby innych atrakcji w Midelo nie było! Już się poprawiam. Spędziliśmy w Mindelo dokładnie tydzień i potem trochę żałowaliśmy, że nie dłużej. Praia bowiem na Santiago w ogóle nam się nie podobała i koniec końców skróciliśmy cały nasz pobyt na Wyspach o trzy dni. Wróciliśmy po prostu szybciej do Lizbony i tam dokończyliśmy nasz hanimun ;) Ale po kolei, bo to też ważne, jeżeli ktoś chciałby pójść w nasze ślady i odwiedzić Cabo Verde, a nie wie jak się do tego logistycznie przygotować - gdzie lecieć, na ile itd. Jak już wspominałam w poprzednich wpisach, Mindelo jest kulturalną stolicą Wysp, miastem z duszą i wszechobecną muzyką. Zatoka Porto Grande jest uważana za jedną z najpiękniejszych na świecie i ja się pod tym absolutnie podpisuję. Ze wszystkich plaż na jakich tez tam byliśmy, mindlowska Laginha podobała nam się najbardziej i to na niej spędziliśmy najwięcej czasu (spędzanie przez nas czasu na plaży jest to jednak sprawa względna, bo my plażowi nie jesteśmy za grosz ;) Jesteśmy bardziej statecznym typem turystów, nastawionych na jedzenie, picie, muzykowanie i kulturalną oprawę, rozkoszujących się po prostu wolnym i wspólnym czasem w pięknych okolicznościach. Nie nurkujemy, nie uprawiamy trekkingu, nie skaczemy ze spadochronem, tak więc o takich atrakcjach się od nas nie dowiecie. Ale jest w przewodniku u Pani Sieradzińskiej zakładka 'aktywnie', więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ja najbardziej chciałam poczuć klimat z piosenek boskiej Cize i przeżyć te sławetne 'mindelowskie noce' i to się nam udało. Co prawda we wtorek i środę nie było nigdzie muzyki na żywo, ale już w czwartek pewien zapoznany na ulicy Kabowerdyjczyk (z nimi w ogóle bardzo łatwo i przyjemnie jest nawiązywać kontakty), o dźwięcznym imieniu Didi, zaprowadził nas do Casa da Morna, klubu założonego przez samego Tito Paris (do lizbońskiej Casa da Morna niestety nie dotarliśmy tym razem, ale to oznacza tylko tyle, że mamy kolejny powód do powrotu nad Tag ;) Tam poucztowaliśmy sobie trochę w towarzystwie nie tylko Didi, ale i Belgijki o polskich korzeniach oraz Francuza, który dzielił nasz los na lotnisku w Prai kilka dni wcześniej. W sobotę natomiast przeżyliśmy prawdziwą 'mindelowską noc'. To jest niesamowite jak ci ludzie potrafią się bawić i celebrować chwilę. Zamknięta główna ulica, naprędce sklecona scena, na niej muzycy, a przed nimi kołyszący się rytmicznie tłum - starzy, młodzi, dzieci, wszyscy. I tyle. Tyle potrzeba człowiekowi do szczęścia w sobotę w Mindelo. I wcale nie potrzeba do tego pieniędzy, ani... alkoholu. Byliśmy trochę w szoku, bo tamtejsze imprezy na świeżym powietrzu niczym nie przypominają tych z Polski czy Irlandii. Nawet Mąż zapytał, czy dobrze widzi, że nie ma nikogo kto by trzymał w ręku butelkę, albo jakiś kubek. Oni po prostu nie chleją na umór, nie zataczają się, nie awanturują. Był co prawda jeden pan, który trochę się chwiał oraz próbował zaczepiać innego, ale zaraz podeszli do niego znajomi i go spacyfikowali. Położył się więc delikwent na asfalcie i...zasnął! Kabowerdyjczycy piją naprawdę mało i palą z resztą też, a potwierdzeniem tej reguły jest wyjątek w postaci samej Cesárii, która kopciła bardzo dużo, wszędzie i namiętnie :)

Żeby jednak nie było, iż jesteśmy aż nadto stateczni, a cały tydzień spędziliśmy tylko w mieście od jednego bar do baru. W środę wypożyczyliśmy więc quada (70 euro za dzień) i objeździliśmy wyspę dookoła (25 km ze wschodu na zachód i 17 km z północy na południe). Wjechaliśmy na najwyższą górę wyspy, Monte Verde (oczywiście nie na sam szczyt ;) , pojechaliśmy do Baia das Gatas (Zatokę Rekinów, której jedynym odwiedzającym jest zupełnie nieszkodliwy rekin koci, a na początku września tłumy ludzi na popularnym festiwalu muzycznym), do urokliwych rybackich wiosek São Pedro i Calhau. Tu winna jestem Wam BARDZO istotną informację - na São Vicente jest JEDNA droga asfaltowa (plus jej trzy krótkie odnogi na plaże) oraz JEDEN JEDYNY znak - w Mindelo, na lotnisko! Dlatego upewnijcie się, że jak będziecie chcieli pojechać na plażę do Palha Carga, to najpierw znajdźcie kogoś, kto Wam wskaże do niej drogę, bo na mapę nie macie co liczyć (to nawet nie jest żużlówka, ale ubita wąska ścieżyna!) oraz że nie jest zbyt późno. Bo możecie się potem zdziwić, że noc na Cabo Verde zapada tak szybko i bez zapowiedzi, a Wam quad się zagotował na jakimś pustkowiu w górach po horyzont, a jedynymi istotami żywymi są kozy na zboczach i to wcale niezbyt chętne do rozmowy ;)  Drugą istotną i BARDZO ważną informacją jest ta, że Wyspa Św. Wincentego jest bardzo księżycowa, to znaczy księżyc przypomina. Najbardziej sucha, skalista i jałowa ze wszystkich wysp archipelagu, a jej kolor jest rudo - brązowo - czerwony. Tak więc upewnijcie się, że na całodniową po niej wycieczkę quadem nie zakładacie białej koszulki, ani białego kapelutka ;) Frajdy jednak jest co niemiara na takiej wycieczce. Aha, i spokojnie z pływaniem w São Pedro! Co prawda napisała Pani Sieradzińska w przewodniku, że tam fale i prądy są największe, ale kto by tam się przejmował. Nie przejmowałam i ja, do momentu, gdy fala mnie zabrała na chwilę, zdecydowała potem jednak oddać Mężowi. Tyle, że... bez majtek! :)

Samo Mindelo jest w ogóle dość dużym i klimatycznym miastem i jest tam co robić i zwiedzać. Wspomniana powyżej przecudna zatoka Porto Grande i piękna, nowoczesna przy niej marina; plaża LaginhaMercado de Peixe, czyli Targ Rybny (Boszzzzz, jak tam śmierdzi!); Mercado Municipal  (targ miejski) - tam to jest klimat i jakie pyszne domowe nalewki można kupić za 5 euro!; Praça Estrela ze straganami oferującymi mydło i powidło (ci którzy napastują wręcz i molestują do zakupów to nie są wcale Kabowerdyjczycy, a przybysze z kontynentalnej Afryki, głównie z Senegalu!); Torre de Belém (wieża na wzór tej lizbońskiej; można na nią wejść i podziwiać widok na zatokę oraz rybaków patroszących na brzegu swoje zdobycze); Centro Cultural Mindelo (Centrum Kultury Mindelo); Praça Nova (plac Amilcara Cabrala), historyczne centrum i serce Mindelo, gdzie za czasów kolonialnych mieszkańcy pokroju Cize mieli zakaz wstępu z racji nieposiadania butów... Rua de Lisboa (oficjalna nazwa brzmi Libertadores de Africa), czyli główna, choć tylko 200 metrowa, ulica miasta przy której są kultowe już knajpy Cafe Lisboa i ta ulubiona Cize, Cafe RoyalCasa - czyli też już kultowy dom Cesárii Évory przy ulicy 3F (Fernando Ferreira Fortes); otwarte dopiero w maju tego roku muzeum poświęcone tej Bosonogiej Diwie, dzięki której świat w ogóle usłyszał o Wyspach Zielonego Przylądka (Rua Guerra Mendes). Można też posiedzieć przy Cruz Alegria do Cruzeiro, przy którym Cize siadywała i kontemplowała w trudnych chwilach swojego życia, albo odwiedzić ją na Jej grobie na lokalnym cmentarzu. Dużo naprawdę rzeczy można robić w Mindelo i jest to wszystko bardzo przyjemne.

Można też udać się stamtąd promem na sąsiednią wyspę Santo Antão, ale o tym opowiem Wam następnym razem :)

czwartek, 22 października 2015

Powinnam chyba zacząć od przedstawienia Wam Wysp Zielonego Przylądka nieco bliżej, bo nie wiem jak Wy, ale ja do niedawna nie miałam o nich sama większego pojęcia, oprócz tego że to z nich pochodziła Cesária Évora (Nancy Veira i Tito Paris też) oraz założenia że są zielone. A ku naszemu zdziwieniu się okazało, że z tym drugim stwierdzeniem to wcale tak nie do końca jest prawda. Trochę faktów zatem. Wysp jest dziesięć (jest jeszcze osiem mniejszych drobinek na mapie, ale o nich nigdzie nie piszą, muszą więc to być li tylko niewielkie skałki wynurzone z oceanu) i dzielą się na północne, czyli Zawietrzne (Ilhas de Barlavento) - Santo Antão, São Vicente, Santa Luzia (niezamieszkana), São Nicolau, Sal i Boavista oraz południowe, Podwietrzne (Ilhas de Sotavento) - Brava, Fogo, Santiago i Maio. Zagubione na 'wielkim błękicie' oceanu, jak pisze Pani Elżbieta Sieradzińska w przewodniku, w odległości 600 km od Matki Afryki [od Senegalu dokładnie] i 1750 km od Gran Canaria. Autorka przytacza też legendę, że kiedy Pan Bóg dokończył dzieło stworzenia, otrząsnął dłonie z gliny, z której ulepił człowieka. Jej drobinki spadły z boskich palców wprost na wody zwane dziś Atlantykiem - i tak powstały Wyspy Zielonego Przylądka. Niektórzy mówią o nich 'ostatni raj na ziemi'. Wszystkie są pochodzenia wulkanicznego, jedne wynurzone z oceanu już 26 milionów lat temu, a inne zaledwie 100 tysięcy lat; każda jednak jest zupełnie inna. Stolicą jest Praia na wyspie Santiago, ale tym miastem z duszą, kulturalną i muzyczną kolebką jest Mindelo na São Vicente.

To właśnie tam, w rodzinnym mieście Cize postanowiliśmy spędzić większość czasu, aby wszystkimi zmysłami poczuć esencję kreolskiego morabeza - gościnność mieszkańców, ich otwartość na świat, łagodność, pogodę ducha, radość życia, pokój i spokój. Morabeza to po prostu bycie Kabowerdyjczykiem, styl, filozofia, mentalność, z tym trzeba się urodzić. Tak samo jak tylko Hawajczyk ma we krwi istotę aloha. Czy uwierzycie, że na Cabo Verde nigdy nie było żadnej wojny, rewolucji i innych zamieszek i że jest to jeden z bezpieczniejszych krajów świata, a w Afryce najbezpieczniejszy? Oczywiście nie podobało się mieszkańcom wielokrotnie, że przez długi czas, bo do Rewolucji Goździków w 1975, byli portugalską kolonią i reżim Salazara dawał im we znaki, walk jako takich jednak nie było. Jedyną ofiarą był założyciel Afrykańskiej Partii Niepodległości Gwinei i Wysp Zielonego Przylądka i bohater narodowy, Amilcar Cabral, ale z tego co wyczytałam został on zastrzelony w 1973 roku przez własnych towarzyszy, najprawdopodobniej współpracujących z portugalską tajną policją. Nie to żeby jednak czarnych kart historii na Wyspach nie było. Najokropniejszą były tzw 'statki hańby', czyli zapoczątkowane w połowie XV wieku portugalskie wyprawy na afrykański kontynent po bardzo poszukiwany i chodliwy wtedy towar... ludzi! Wywożono ich do Brazylii, Portugalii, Hiszpanii, na Kubę, Antyle, Wyspy Kanaryjskie i Cabo Verde też, jako darmową siłę roboczą. Większość niewolników na Cabo Verde pochodziła z Gwinei Bissau, stąd teraz takie bliskie relacje między tymi państwami. Oficjalnie niewolnictwo zostało zniesione na Wyspach w 1878 roku, ale tylko oficjalnie, bo aż do lat 70-tych XX wieku ludzie byli zmuszani (suszą, głodem i biedą też) do wyjazdów do pracy na plantacjach w innych portugalskich koloniach - Gwinei, Angoli, na Wyspie Św. Tomasza i Książęcej. Ten jednak, kto najbardziej powinien się tego wszystkiego wstydzić i samemu mieć zapisane we własnej historii jako najczarniejszą kartę, to nie Wyspy Zielonego Przylądka, ale Portugalia właśnie!

Z tego też ciężkiego i niewolniczego żywota zrodziło się sodade - klucz do kabowerdyjskiej i luzofońskiej w ogółe (portugalskie saudade przecież!) duszy. Tęsknota, smutek, żal, nostalgia, wszystko w jednym, bez odpowiednika w żadnym innym języku świata. Zacytuję znów Panią Elżbietę: Wielka Cesárii Évora, zapytana o znaczenie tego magicznego słowa, odpowiadała 'Nie umiem tego wytłumaczyć, to nieprzetłumaczalne. Sodade jest wtedy, gdy nam czegoś ogromnie brak, to wielka pustka w naszym sercu. Tęsknota za krajem, za kimś bliskim.' I o tym właśnie między innymi (bo o miłości przecież też! :) wyśpiewywała tak cudnie Cize.

Jedynym pozytywnym aspektem tej portugalskiej ekspansji było to, że w przeciwieństwie do innych kolonizatorów, Portugalczycy chętnie i masowo mieszali się z kabowerdyjską ludnością. Poza tym do portów przybywały też statki angielskie, holenderskie, hiszpańskie, włoskie, także Chińczycy, Hindusi, Żydzi nawet, no i przede wszystkim niewolnicy z dzisiejszego Senegalu, Gambii i Gwinei. Stąd teraz Kreole są tacy różnorodni i piękni! Takiej ilości prześlicznych kobiet, mężczyzn i dzieci na jednym obszarze, to nie widzieliśmy chyba nigdy, i byliśmy co do tego z Mężem bardzo zgodni. Ja nie miałam nic przeciwko temu, kiedy łypał okiem na jakąś piękną mulatkę, a on kiedy moje oczy robiły się maślane na widok lokalnego mulata ;) Połączenie europejskich rysów z ciemną skórą jest naprawdę wyjątkowe. I te włosy - kruczoczarne sprężynkowe afro, ach!

Z faktów jeszcze. Populacja Wysp to niecałe pół miliona, ale ponad 700 tysięcy żyje na emigracji. To zza granicy też głównie płynie na Wyspy gotówka (każdy jeden ma kogoś za granicą), bo na miejscu większych perspektyw nie ma. Rybołówstwo, turystyka, rolnictwo, tym głównie parają się mieszkańcy. Większość też to katolicy, choć jest też niewielki odsetek protestantów. Muzułmanów nie ma prawie w ogóle, tak jak i wyznawców mojżeszowych, ale wyczytałam w przewodniku u Pani Sieradzińskiej, że podobno wyspy Boavista i Santo Antão były niegdyś schronieniem dla wielu Żydów prześladowanych w Europie, ciekawe. To co my zauważyliśmy podczas naszej podróży to spora ilość... Chińczyków! Ja wiem, że ich jest najwięcej na świecie, ale że aż tyle na Cabo Verde to nie miałam pojęcia. Co trzeci sklep w Mindelo i w Prai to Loja China ;)

Językiem oficjalnym na Wyspach Zielonego Przylądka jest portugalski, ale i tak wszyscy mówią po kreolsku (crioulo), czyli jak pisze Pani Sieradzińska, lingwistyczną mieszanką języka białych panów i ich czarnych niewolników. Semantycznie kreolski z Cabo Verde przypomina zatem portugalski, natomiast fonetyka, gramatyka i składnia dowodzą ścisłych związków z afrykańskimi narzeczami, szczególnie z językiem mandinka. W efekcie powstał język prosty, funkcjonalny i łatwy w komunikacji.

Walutą jest kabowerdyjskie escudo (CVE) i jego kurs jest od dłuższego czasu stały, czyli 1 euro to 110,265 CVE. I wbrew pozorom, wcale nie jest tam tak tanio! Co prawda za 10 euro można się najeść i coś wypić, ale w porównaniu na przykład z Kubą, czy innymi krajami Ameryki Południowej, a nawet z Krymem sprzed Putina, to wcale nie wychodzą tanie wakacje. Chociażby sam fakt, że wypija się kilka litrów wody dziennie, a tę trzeba kupić w butelce. Bo jak się nie kupi, albo z własnej głupoty poprosi o lód do drinka w barze, to może się to skończyć baaaardzo źle. Coś na ten temat wiem ;)

Cdn.

Posłuchajcie jaka to perełka! Pani Sieradzińska właśnie podesłała mi tłumaczenie, bo jedyne co rozumiałam to 'balansa' i 'prokolansa' ;)

Umilam sobie poranek i zbieram myśli na kolejny odcinek kabowerdyjskiej opowieści :)



...czyli miłość po kreolsku na Wyspach Zielonego Przylądka :)

Dziś mija tydzień od naszego powrotu z pięknej, miodowej podróży, a ja wciąż się unoszę kilka centymetrów nad Ziemią. W tle pobrzmiewa paryski koncert Cize z 2004, biodra same się kołyszą, co ja gadam... cała ja się kołyszę! A i Mąż nie ustępuje, krząta się po domu i też podskakuje w rytm tych chwytających za serce morn i colader. Bo chcę Wam powiedzieć Mili Nasi, że wróciliśmy chwilę temu z magicznej wyprawy śladami Królowej Morn, Bosonogiej Diwy, niezapomnianej Cize, tak tak, TEJ właśnie Cesárii Évory ! Wróciliśmy z Jej ukochanych Wysp Zielonego Przylądka, których piękno Ona tak cudnie wyśpiewywała przez tyle lat.

Wariacki to trochę był wyjazd, spontaniczny zupełnie. Nie to, że nie chciałam tam nigdy pojechać, bo oczywiście, że chciałam i to bardzo, ale ciągle wypadało coś innego, gdzieś indziej i z kimś innym. Teraz już wiem, że ten maleńki afrykański kraj czekał po prostu kiedy wyjdę za mąż i odwiedzę go wraz z Mężem :) A zaczęło się tak naprawdę od miesiąca, który spędziłam w Polsce (przed, w trakcie i chwilę po naszym weselu), a dokładnie od wizyty w księgarni w Olsztynie, w której na dzień dobry wpadła mi do rąk przepięknie wydana biografia Cize autorstwa Pani Elżbiety Sieradzińskiej, śmiało mogę już teraz napisać, że przybranej córki Cesárii. Muzykę Diwy oczywiście że znałam niemalże od zawsze, a na pewno od czasu kiedy została Ona odkryta u nas w Polsce, gdzieś w połowie lat 90-tych, o Jej życiu jednak i o tym, że jedną z osób najbliższych Jej sercu była właśnie Polka, dowiedziałam się dopiero wtedy w Olsztynie. Coś mnie jeszcze tknęło w tej księgarni, bo zapytałam z głupia frant, czy mają też może przewodnik po Wyspach w sprzedaży. Pamiętam pani pokręciła przecząco głową, ale też jakby coś przeczuwała, bo poprosiła o sekundę aby się w stu procentach upewnić. I jakie było nasze obopólne zdziwienie, kiedy przyniosła z zaplecza tę malutką książeczkę autorstwa... Pani Elżbiety Sieradzińskiej! Voile, już wiedziałam gdzie polecimy w podróż! Mąż oczywiście zgodził się natychmiast :)

Trochę nie wiedziałam jak się zabrać za organizację tej wyprawy pod względem logistycznym. Wysp jest bowiem dziesięć, z czego jedna nie zamieszkana, a doczytanie tego wcale nie ułatwiło mi organizacji. No bo jak zwiedzić dziewięć wysp w dwa tygodnie, tym bardziej, że samoloty nie na każdą latają, a przemieszczanie się statkiem zależy od fanaberii pogody? I kiedy każda z tych wysp jest ZUPEŁNIE inna? Spędziłam więc jeden CAŁY dosłownie dzień przed komputerem - przeanalizowałam wszystkie możliwe opcje, wymieniłam kilka maili ze 'znalezioną' na Cabo Verde inną Polką, porównałam ceny i plan jakoś sam się ułożył; resztę, stwierdziliśmy, ogarniemy na miejscu. Założyliśmy jednak od razu, że ani na Sal, ani na Boavistę nie polecimy, jako że turystyczne resorty pełne Europejczyków popijających pina coladę na plaży są nam zupełnie nie po drodze. Poza tym te dwie akurat wyspy są zupełnie płaskie i obok doskonałych warunków do sportów wodnych oraz wypasionych hoteli, nie mają zupełnie nic innego do zaoferowania. Z resztą być na Cabo Verde i nie być w Mindelo na wyspie São Vicente to tak jak z Rzymem i papieżem... A nasza podróż miała być z założenia do szpiku luzofońska. Pięć dni później wylecieliśmy w podróż życia! :)

Z Dublina bezpośrednio nie da się dolecieć na Cabo Verde, trzeba przez Lizbonę, Paryż albo Amsterdam. Jasnym więc od razu było, że będzie to nasza ukochana Lisboa! A do niej wystarczy Ryanair'em ;) Z Lizbony są dwie opcje, portugalski TAP oraz kabowerdyjskie TACV. TAP lata jednak tylko do stolicy, miasta Praia na wyspie Santiago, albo do rodzinnego Mindelo Cesárii, na São Vicente. Pomijając fakt, choć też ważny, że TAP'em jest ciut drożej, liniami TACV można się przemieszczać między wyspami i można kupić bilet łączony, z dowolną ilością lotów. Na ten więc postawiliśmy. Niecałe 500 euro od osoby w dwie strony, cztery loty w sumie - Lizbona - Praia - Mindelo - Praia - Lizbona; nie wyszło źle jak na taki spontaniczny wyjazd. W cenę biletu wliczony jest już 23-kilogramowy bagaż oraz posiłek i napoje na tej długiej trasie. Nie ukrywam, ze miałam trochę duszę na ramieniu, bo nie dość, że w ogóle nie lubię latać przez ocean i za każdym razem się upijam (po czym mam kaca przy lądowaniu), to jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam o tych liniach, a na dokładkę przeczytałam kilka opinii w internecie o panującej tam w ogóle samowolce (lata kiedy chce, albo i nie lata, zawraca, opóźnia się, o czym pasażerowie często gęsto nie są w ogóle informowani, samoloty są małe itp itd). Słowo się jednak rzekło, potwierdzenie zakupu przyszło na maila, lecimy! Dzień i noc przed wylotem spędziliśmy w Lizbonie popijając ginjinhę i jedząc ryby. To miasto nigdy mi się nie znudzi, nigdy! Po wylądowaniu nad Tagiem, poszliśmy też od razu się upewnić, że jutrzejszy lot w ogóle istnieje, nasza rezerwacja jest w porządku i że wszystko będzie na czas. Bardzo uprzejmy pan wszystkiemu przytaknął i z szerokim uśmiechem zaśpiewał 'do jutra'. No to ahoj przygodo, do jutra!

Jakie więc było nasze zdziwienie na drugi dzień, kiedy się dowiedzieliśmy na miejscu że nasz lot jest opóźniony o... 6 godzin!! Wrrrr. Dostaliśmy co prawda jeść i pić, no ale ileż to można szwendać się po lotnisku w tę i we w tę?!? Poza tym to jednoznacznie oznaczało, że spóźnimy się na lot z Prai do Mindelo! Koniec końców lot był spóźniony o ponad 8 godzin i jak wchodziliśmy na pokład dobrze po północy, to było mi już wszystko jedno. Że mały jakiś ten Boeing, więc trząść będzie równo, że nad oceanem, po nocy, w nieznane. Osłupiałam więc niemalże, kiedy 4,5 godziny później Mąż zaczął mnie szturchać i krzyczeć (wiecie jak to jest jak śpicie i ktoś Wam gada wprost do ucha!)... że już wysiadamy! No to wysiadamy! To co wita każdego po wylądowaniu na Wyspach, to potężne uderzenie gorącego powietrza. Byłam na Kubie, w Boliwii, w Izraelu latem, ale gorąc jaki jest na Cabo Verde nawet w październiku, jest nie do opisania. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wcześniej było mi aż tak gorąco przez tak długi czas i żebym czerpała tak dziką radość z lodowatych pryszniców kilka razy dziennie. Ajfon niby pokazywał jedynie 31 - 33 Celsjusze, ale oni mają tam zdecydowanie jakąś inną skalę, uff. Wylądowaliśmy w Prai dobrze po drugiej w nocy (czyli po czwartej nad ranem czasu GMT), odstaliśmy swoje w kolejce po wizę (25 euro od łebka), po czym usłyszeliśmy od przedstawiciela TACV, że... mamy wrócić o siódmej, bo lot do Mindelo jest o dziewiątej. Com licença, por favor ?? Bardzo wrzaskliwa pani zdawała się nie żartować w okienku, ale my (jakieś dwadzieścia osób, z małymi dziećmi na rękach też) szybko jej wyperswadowaliśmy ten 'żarcik' i że nie ruszymy się stąd, jeżeli nam nie zapewni chociażby wody, a tak w ogóle to domagamy się noclegu! Pan, który jej towarzyszył przejął się o wiele bardziej i przynajmniej próbował mówić po angielsku. Koniec końców, chwilę później jechaliśmy wszyscy taksówkami do hotelu, wszystko na koszt TACV, rzecz jasna! I tak oto, pierwszą noc na Wyspach Zielonego Przylądka spędziliśmy nie w Mindelo, ale w Prai i choć nie planowanie, było baaardzo przyjemnie. Doceniłam smak zimnego piwa, na balkonie bardzo porządnego hotelu (z klimatyzacją!), wśród cichej kabowerdyjskiej nocy, z pianiem kogutów w tle, powoli budzących się ze snu pod tym balkonem :)

Cdn.

sobota, 26 września 2015

Po magicznym miesiącu w Polsce, wczoraj wróciłam do Dublina. Teraz próbuję się tu odnaleźć, ale w ogóle mi to nie wychodzi. Mąż zniósł to jakoś dzielniej tydzień temu. Z tej całej nostalgii i wylanych z tęsknoty łez, jest jeden pozytywny wniosek - po wieloletniej tułaczce, razem i wcześniej osobno, jesteśmy już gotowi aby wrócić... do domu. Nie wiemy jeszcze kiedy, jak i dokąd konkretnie oraz że Polska będzie już do końca życia naszą love and hate relationship, ale wiemy, że jesteśmy już gotowi. Jeszcze tylko miodowy miesiąc i będziemy układać misterny plan powrotu :)

Ślub nasz i wesele zostało okrzyknięte imprezą stulecia, czego krztynę możecie uświadczyć ze zdjęć w zakładkach po lewej; wszystkie póki co są z telefonów ;) To jednak prawda co ludzie mówią, że jak wychodzisz za mąż z pięknej miłości i pięknemu człowiekowi przysięgasz przed Bogiem, to jest to najpiękniejszy dzień w życiu. A dwa dni balangi są możliwe tylko wtedy, kiedy człowiek ma pięknych Przyjaciół. A my mamy to wszystko! Teraz planujemy żyć długo i szczęśliwie :)

Mąż i Żona <3

(buty ktoś mi obciął tym telefonem, a miałam genialne! ;)

piątek, 11 września 2015

Mili Moi,

Spieszę donieść, że ostatni raz piszę do Was ze stanu panieńskiego. Jutro bowiem idę za mąż i jak Bóg da, to około 18-stej będę już ŻONĄ :)

Wszystko dzieje się pięknie, goście powoli zaczynają zjeżdżać, a ja jestem prze-szczęśliwa. No i wczoraj w końcu zobaczyłam Przyrzeczonego po dwóch tygodniach! Najlepszy i najwspanialszy mężczyzna na świecie, mój MĄŻ! :)

Staram się chwilowo nie czytać wiadomości i nie myśleć o tym co się dzieje w Europie (L nakazał mi chociaż raz pomyśleć tylko o sobie), ale myśli mi uciekają między jednym zajęciem, a drugim w trakcie tych przygotowań. A fejsbuk dokłada do ognia, kiedy widzę co się dzieje z ludźmi, jak toną w gnoju nienawiści i zatracają swoje człowieczeństwo. Boję się. Boję tej szarej, jednolitej, cwanej, bezdusznej, ksenofobicznej, ziejącej jadem i agresją masy ludzkiej, tak zatraconej już w tym szale, że nie odróżnia islamskiego terrorysty od przerażonego, zziębniętego i głodnego uchodźcy. I żal mi ich wszystkich razem do kupy - homo sapiens...

Ale dziś się raduję, i jutro i pojutrze. A potem Wam co nieco opowiem ;)

Pędzę żeglować po Oceanie Miłości. Paaaaaa 

sobota, 18 lipca 2015

Jeżeli mogłabym tak beztrosko wybierać oraz zmieniać miejsca zamieszkania, to Bukareszt byłby w pierwszej trójce, zaraz po Lizbonie i Bartążku. Absolutnie uwielbiam to miasto, podziwiam i czuję. Spacerując jego przepastnymi ulicami wielokrotnie na myśl przychodzi mi Alicja w Krainie Czarów oraz Márquez'owskie Macondo; ogarnia tęsknota à la magiczny realizm. Żeby jednak nie było, babski wyjazd rzewny nie był za grosz, a wręcz przeciwnie. Wstyd się przyznawać jakie ilości alkoholu wciąż mogą pomieścić nasze dobrze już po 30-tce żołądki, więc się nie przyznam. Nie opowiem też jak się lata z walizką ponad stromymi schodami do metra, a bo i po co. Pochwalę się tylko, że PanciSquad jest najlepszy na świecie i jak czegoś chcecie mi zazdrościć, to polecam Kuliżanki właśnie. Urządziły mi prawdziwy wieczór panieński, tylko nie mylić proszę ze skąpo i różowo odzianymi potworkami z króliczymi uszami, welonami i innymi takimi na głowach, wyczołgującymi się z limuzyn sobotnimi nocami w większości europejskich stolic. My jesteśmy Pańcie wyższych lotów (nawet na schodach do metra, ha!) i jedną z atrakcji był zamówiony przeze mnie tym razem - w ramach niespodzianki dla Kuliżanek - Andrei, student medycyny i przewodnik po mieście w jednym. Bo w życiu to nie tylko ciało karmić warto, serce, duszę i umysł też.

PanciSquad i Cesarz Trajan :)

 A tydzień temu było kapitańskie wesele w Jażdżówkach pod Iławą i chyba nikogo nie zdziwi kto przejął honory po północy ;)

Aby do magicznego września :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47