O powrocie Ofcy na zielone pastwiska Irlandii, widoku z okna na Wicklow Hills, obfitym biuście Molly Malone, szklance Guinnessa z obowiązkową kroplą blackcurrant, wiernych przyjaciołach i startujących samolotach. Czasem o polskim twarożku z rzodkiewką i bananowym Kubusiu w rytm wirującej pralki. Czyli o tym wszystkim co Ofce lubią najbardziej. I całej reszcie!
wtorek, 24 stycznia 2012

No szlag mnie trafił w ostatni czwartek. A przypomniałam sobie o tym szlagu teraz, bo znalazłam podczas sprzątania tę ulotkę, która właśnie wtedy mnie wkurzyła. Poszłam sobie bowiem na koncert Ana Moura do dublińskiej filharmonii. Bilet miałam już od listopada, bo fado ubóstwiam, nawet kiedy jest takie popowe i koncertowe. No nie często w Dublinie się zdarza jakiekolwiek, więc bez zbędnych tłumaczeń. Na samej już wysokości filharmonii ofiarowana mi została ulotka. Nie pamiętam twarzy za grosz, ciemno bowiem było, ale męska na pewno. Wzięłam w garść (z grzeczności zazwyczaj biorę) i poszłam dalej. W międzyczasie (do bramy filharmonii) zerknęłam co to takiego tym razem. A tam, drukowanymi literami proszę ja Was, ANA MOURA, DON'T SING IN TEL-AVIV! I cały wywód o tym, jacy Izraelici są be (o okupacji, gettach, kolonizacji, torturach, wygnaniu itd), a Palestyńczycy biedni (poniewierani, upokorzeni, nie dopuszczani do czegokolwiek w kraju i cała reszta), i że Anna popierać tego zła nie powinna, dlatego najbliższy tam jej koncert (ten piątek), powinien być odwołany. No żesz kuźwa jego mać! Jestem w Dublinie, idę na portugalskie fado (muzyka, nie wiec polityczny!), a tu takie niespodzianki! Obruszyłam się, i jak kolejny koleś chciał mi wręczyć ulotkę, to mu powiedziałam, że nie dziękuję, bo już mam, a po drugie się nie zgadzam z tym, co tam napisane. Trzeba było widzieć jak pro-palestyński Irol do mnie skoczył! Że co? Nie zgadzam się?!?! Skoczył mi prawie do gardła; a dalej widziałam flagi, transparenty i samych zainteresowanych, sic! Ano kuźwa nie zgadzam się i co mi zrobisz!? Nie cierpię takich akcji, absolutnie. Jak byłaby promocja islamu (jak co tydzień w centrum Dublina), albo jakaś inna kulturalna zaczepka i worek argumentów, to może bym się zatrzymała na niezobowiązującą rozmowę i przedstawiła kilka swoich poglądów. A tak, wściekłam się tylko. FADO IDĘ SŁUCHAĆ, W DUBLINIE (IRLANDIA, EUROPA, KATOLICY!!!). Nic, weszłam do środka, kupiłam wino i zapomniałam o oszołomach na zewnątrz. A tam przy barze spotkałam koleżankę Emilię. I od słowa do słowa, ta mi opisała sytuację sprzed dwóch tygodni, kiedy zabrała swoją Mamę na Riverdance do Gaiety Theatre. Mówi, ze uciekać musiały (Mama, starszej daty kobieta, na stałe zamieszkała w Polsce i muzułmanów z jednym głównie kojarząca niestety, była tak wystraszona i spanikowana rozrubą, jaką owi Palestyńczycy i ich irlandcy poplecznicy zaserwowali pod teatrem - W DUBLINIE! IRLANDIA, EUROPA, KATOLICY!!!, że nie było rady i musiały wrócić do domu). Aha, bo żeby było jasne, Riverdance miał się pojawić w Izraelu za kilka dni. No koniec świata sobie myślę. Że bojkotują (korzeniami irlandzkie słowo!) izraelskie produkty, sport, biznes itd, to ok, każdy kupuje co chce, ale żeby takie jaja przed koncertem? Fado? W Dublinie? Przed Polką? Nie mieści mi się głowie. Zachowam jednak tę ulotkę dla potomnych. Może kiedyś komuś się przyda. Wierzę jednak, że do tej pory pokojowe metody Gandhiego będą bardziej popularne, chociaż za granicą.

niedziela, 22 stycznia 2012

Nikt tak pięknie nie pisał o miłości jak Ksiądz Twardowski. Że ubóstwiam Gałczyńskiego, Hłaskę, Pawlikowską - Jasnorzewską? No i co z tego. Właściwie to cedzę tę książkę, bo mogłabym już ją skończyć dawno. Ale nie chcę. Jeszcze nie wiem jak się skończy. 217 strona Księdza Paradoksu autorstwa Magdy Grzebałkowskiej. Tęsknota.

Usłyszałam o książce, jak o większości literatury i muzyki w ostatnich latach, z radiowej Trójki. Rozmowę z Magdą też słyszałam w Trójce. Nie wiem czy pochodzi z Gdańska, ale tam właśnie ukończyła studia (historia) i została redaktorką lokalnej sekcji Gazety Wyborczej. Mieszka w Sopocie. Nigdy nie pasjonowała się poezją, nigdy nie poznała Księdza Twardowskiego. To skąd pomysł na jego biografię? Nie pamiętam już dokładnie tej audycji, ale mówiła o zabawie w detektywa. Ambicja dziennikarska? Nie wiem. Postanowiła napisać o człowieku, który z jednej strony całe życie pisał wiersze i pragnął żeby poznał je świat, a z drugiej skrzętnie ukrywał całe swoje jestestwo. Niszczył zapiski, ukrywał wiek i skończone szkoły, miejsca, w których spędzał wakacje. Chciał, żeby pozostały po nim tylko wiersze, nic więcej z życia ziemskiego, no bo po co!?

Książkę właściwie się chłonie, dlatego trzeba chłodzić zapędy; zamykać co rozdział i kontemplować. Miałam w zamyśle, że napiszę tutaj, kiedy skończę całość. Ale nie mogłam. Strona 217, a właściwie już 214, i potem aż do 221, przemówiły do mnie, natchnęły, kazały zmaterializować myśli. Może to ten etap życia, kiedy rozmyślam o sprawach ważnych przez duże W, albo po prostu znów odzywa się we mnie poetycka natura (tak tak, mam to skażenie od urodzenia ;) Żeby było jasne, słyszałam w Trójce i nie wygrałam konkursu z tą książką w nagrodę; kupiła mi ją przeczuwająca wszystko Mrufka (KC Mrufko). Ksiądz piszący o miłości? Toć to gorsze niż schizma wschodnia! A ja Wam mówię, że guzik prawda. Najpiękniejsze liryki na świecie! Czyste, jasne, szczere. Było kilka kobiet, jak się okazuje, które Ksiądz żywił miłością. Ale tą z najczystszych, nie skażonych cielesnością. Gabrysia, W. (Wanda? Weronika? Wiesława?), Marychna - M., Janina P., może też nawet inne. Wydaje mi się, że najbardziej kochał właśnie Gabrysię. Chociaż z W., to chyba była największa, choć niespełniona cieleśnie pasja (i zazdrość!). Od M. uczył się francuskiego , a miłości Janiny P. chyba się w końcu przestraszył. Korespondencja ze wszystkimi urywała się nagle. Pozostały tylko wiersze. Kurczę, czytam, czytam i łapię się na tym, że zakochałabym się w Księdzu sama, gdyby jeszcze żył. Coś jest w tych mężczyznach umiejących składać słowa, z kobiecą duszą, którzy łamią serca i całe życia niektórym kobietom.

Ulegałem fascynacjom kobietami i nie wstydzę się tego, tak opowiadał sześć lat przed śmiercią dziennikarce Nowego Państwa (wszystkie cytaty pochodzą z książki Magdy). A czy ksiądz się kiedyś zakochał, zapytała owa dziennikarka. Odpowiedział: Całe życie kochałem, myślę, że nie można bez tego żyć. Taka miłość czysto duchowa?, kontynuowała ta. Tak, ale też bardzo ważna. Każda miłość mężczyzny do kobiety jest dobra, zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Ksiądz Twardowski pisał wiersze pod natchnieniem kobiet, nie ukrywał tego. Uważał, że jest w kobietach taka wielka odległość, coś szalenie subtelnego, a zarazem trywialnego. Ale to nie znaczy, że myślał o nich źle.

Poruszył mnie fragment listu do Janiny P., w którym prosił, żeby nie gorszyła się, bo pisze czasem jak zakochany, ale nigdy nie umiał żyć w pustce uczuciowej, zawsze musiał kogoś kochać, kimś się zachwycać, czasem kilkunastoma osobami naraz, choć zawsze to było niegroźne dla obu stron. Uczucie przyjaźni budziło w nim tęsknotę za Bogiem. Czasem żałuję, że sama nie jestem mężczyzną. Takim mężczyzną.

I jest jeszcze jeden podrozdział na zakończenie Tęsknoty. Raptem wielkie urazy. Musiał Ksiądz poważnie złamać jedno serce, kiedy jego własne słowa o męskiej odpowiedzialności zostały użyte przeciwko niemu, a cały kobiecy, anonimowy dramat skwitowany półwierszem: Może te słowa zbyt palą / Może niesłuszne są - nie wiem / Ale pisałam je w żalu - / Ale pisałam je w gniewie. I kilka słów o szukaniu miłości zastępczej, które pozwolą wrócić do równowagi. Tsss tsss tsss.

Tłumaczył się potem Ksiądz podczas rekolekcji, że ksiądz nie może się angażować w sprawy nie-Boże, że nie może mieć swojego innego świata poza kapłańskim. Kobieta bowiem wszystkie krzywdy mężczyźnie przebaczy, ale jednego nie przebaczy: jeśli będzie się dla niej poświęcał, a potem odejdzie... Podobno jego ostatnie słowa przed śmiercią w 2006 brzmiały: Ja nigdy nie miałem kontaktu z kobietą.

Nie wiem jeszcze co będzie dalej (oprócz tego, że bohater umrze), ale wierzę Księdzu. I sama tęsknię za taką czystą miłością bez roszczeń.

wtorek, 17 stycznia 2012

Właściwie to największą ochotę miałabym teraz pomarudzić jak bardzo tęsknię i chce mi się wracać do Mamy i Polski, ale nie mogę. Muszę Wam bowiem opowiedzieć o tym filmie, bo nie wychodzi mi z głowy od niedzieli. Naprawdę, nie pamiętam kiedy ostatnio film tak mną wstrząsną i dał do myślenia. Mowa tu rzecz jasna o - zaryzykuję teraz samowolkę - filmie życia Agnieszki Holland, W ciemności. Nie ukrywam, poszłam do kina z nastawieniem, że taki film trzeba po prostu zobaczyć, tym bardziej, że dużo się ostatnio o nim mówi i pisze. Wyjaśniałam już w poprzedniej notce, że temat wojenny i holocaust nie są moją najmocniejszą stroną i generalnie w ogóle się w niego nie zanurzam. Bardziej jednak chciałam zobaczyć pozytywny aspekt, że Polak ratował, a nie wydawał Niemcom, bo oprócz tego, że znam dobrze polską opinię katolicką (to sami Żydzi kapowali i wykonywali wyroki), wiem też jak my Polacy jesteśmy postrzegani w świecie (samo się wybielający i w przeciwieństwie do Niemców nie umiejący przyznać do winy). Wystarczy przeczytać nagrodzony Nike w 2010 dramat T. Słobodzianka Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach, albo chociaż poprzeglądać fora internetowe, sic!

Ale wracam do filmu. Nie będę może opowiadać fabuły, bo po pierwsze, każdy kto czyta gazety/słucha radio/ogląda tv już ją zna (Krysia, Dziewczynka w zielonym sweterku, wciąż żyje i była honorowym gościem na festiwalowym pokazie w Kanadzie), a po drugie nie będę Wam psuć 'przyjemności' oglądania. Specjalnie wstawiłam ten cudzysłów, a Wy sami zdecydujcie jak go odczytacie. Opowiem o swoich spostrzeżeniach. Film szalenie autentyczny. Ja, klaustrofobik (i jak się dzisiaj dowiedziałam z mądrej gazety, według neurologa R. Sorrentino chory na panikę człowiek), bałam się przez całą projekcję. Tytułowej ciemności, poprzez wyobrażenie zagubienia w tych kanałach, świadomości, że musi być zwrotny moment i realne zagrożenie wyjścia na jaw całej sytuacji, kończąc na strachu, że Benno Fürmann (grający jedną z głównych ról i najprzystojniejszy facet jakiego widziałam od dłuższego czasu) dostanie nieoczekiwanie kulkę w głowę. Niewątpliwie autentyczna jest też forma (słyszałam wywiad z Panią Holland w radiowej Trójce). W przeciwieństwie do Pianisty i Listy Schindlera, w tym filmie nie mówi się po angielsku. Niewątpliwy atut i przewaga nad tamtymi obrazami. We Lwowie czasów wojny mówiło się po polsku, gwarą lwowską (tzw bałak), ukraińsku, niemiecku, jidysz i w tych właśnie językach rozmawiają bohaterowie. Naprawdę, aktorzy odwalili kawał dobrej roboty, bo płynnie posługują się tymi językami, z lekkością przechodząc z jednego na drugi. I trzeba pamiętać, że oprócz Polaków grają tam  Niemcy i chyba też inne narodowości, ale nie jestem pewna. Nie sposób jednak zapomnieć wspomnianego wyżej Benno mówiącego czystą i piękną polszczyzną... Właśnie, aktorzy. To w NY Times'ie wyczytałam, że Robert Więckiewicz jest najlepszym polskim aktorem swojego pokolenia i myślę, że ktokolwiek to napisał, ma absolutną rację. I z resztą nie ja jedna. Znaczącym myślę też jest to, że nie są to aktorzy z pierwszych stron Plotka.pl (chociaż z napisów się dopiero dowiedziałam, że niejaka Weronika R. też tam miała swoje pięć minut; była naprawdę dobrze ucharakteryzowana, bo jej nie pamiętam, z resztą było ciemno, sic!), ani oklepani w reklamach tv, a gro nie jest w ogóle znane polskiemu widzowi. A do tego wszystkiego, jedna z głównych bohaterek ma na imię Paulina i jest piękną, dystyngowaną Żydówką graną przez Niemkę. Tu może tylko wspomnę jakiś durny komentarz przeciwko filmowi, który też gdzieś wyczytałam (ze dwie godziny po powrocie z kina grzebałam w necie o filmie), że to spisek, bo Żydzi są przedstawieni jako piękni, zgrabni i wyedukowani, a Polacy brzydcy, krępi i prości (pulchna jeszcze wtedy Kinga Preis). Osobiście uważam to za antysemicką bzdurę, jako że pokazany jest przekrój całej ówczesnej społeczności lwowskiej i 'złego Żyda' też w tym filmie nie brakuje. Swoją drogą, czy nie mogłaby w końcu antysemicka część świata pogodzić się z faktem, że Żydzi są z natury dobrze wyglądającym narodem, a w przedwojennej Polsce stanowili spory odsetek naszej inteligencji?

Głównym motywem filmu jest oczywiście fakt, że Polak, kanalarz, drobny rzezimieszek i prosty cwaniaczek, zupełnie przypadkowo zaczyna za pieniądze pomagać grupie Żydów ocalałych z likwidacji lwowskiego getta, ukrywać się w kanałach. Szybki i łatwy zysk (a możliwość jeszcze większego jakby Żydów wydać Niemcom?!), ale i ryzyko, własne i rodziny. Tyle, że pieniądze w kanale się w końcu skończą, a Niemcy staną jeszcze bardziej bezwzględni... W tym miejscu powinna nastąpić psychoanaliza i opis metamorfozy głównego bohatera, ale nie nastąpi, bo autor (czyli ja) uważa, że są sytuacje, kiedy człowiek powinien zamilknąć i polecić się Bogu. Drugim najważniejszym clue filmu jest ukazanie natury ludzkiej w sytuacji ekstremalnej, nie tylko takiej, którą rozpatrujemy w kategoriach człowieczeństwa duchem (godność, uczciwość, sumienie, moralność), ale też ciałem. To jest niesamowite, że nawet, kiedy zagrożone jest życie, a człowiek dzieli kilka metrów kwadratowych w gnoju ze szczurami przez czternaście miesięcy, ma on takie same potrzeby cielesne (i duchowe okazuje się też) jak ten, którego życie jest jak najbardziej błogie i bezpieczne. Człowiek naprawdę potrafi doświadczyć i przejść wiele, więc chyba nie na darmo mawiają, że tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. Bo ten film jest oparty na faktach.

I jest tam jeszcze kilka momentów, które łapią za serce, nie wspominając scen, przy których musiałam zamknąć oczy (ale przy tych drugich to raczej złość wzbierała i nienawiść do Niemców, przepraszam). Jest jedna scena, która powracała potem do mnie wielokrotnie. W sytuacji ostatecznej, kiedy woda wlewa się do kanałów bez opamiętania i wydaje się, że tylko cud mógłby bohaterów uratować, dziecko wtulone w ojca mówi mu całkiem spokojnie, że się boi i prosi aby ten coś zrobił i zatrzymał wodę. I ten ojciec, bez wiary w głosie, ale szczerze odpowiada, że nie umie. Jajjj, jakie to musi być poczucie klęski dla rodzica, czuć taką bezsilność, że nie może uratować własnego dziecka! Brrr.

Nie wiem jak Wy, ale ja teraz czekam na Oscara. Nie może być inaczej!


Agnieszka Holland o "W ciemności":

- Jestem bardzo dumna, bardzo się cieszę. Miałam nadzieję, że koledzy wybiorą mój film m.in. ze względu na dobrą amerykańską dystrybucję, która zwiększa jego szanse w konkursie. Sony Pictures Classic zakupiło "W ciemności" z entuzjazmem i pewnością, że spotka się z dobrym odbiorem w Stanach. To rzadkość, bo oni kupują zaledwie kilka tytułów rocznie. Czy to mój najważniejszy film? Zawsze ten ostatni jest najważniejszy, ale myślę, że ten film szczególnie nam się udał. Wszystkie istotne założenia, które stawiałam sobie wraz z ekipą twórców udało się zrealizować. Podstawowe założenie - że to będzie film nie o ideach, tylko o ludziach, o głębokich pokładach człowieczeństwa - w najlepszym i najgorszym sensie. Nie chcieliśmy robić filmu tylko historycznego, chcieliśmy, żeby był realistyczny i to też nam się udało. Bo "W ciemności" mówi o tym, co nas ciągle boli. Możemy się identyfikować zarówno z głównym bohaterem, jak i z ludźmi ukrywającymi się w kanałach. Tak, mam wrażenie, że udało nam się tym razem powiedzieć coś ważnego.

A to zdjęcie nie pozwalało mi zasnąć w niedzielę w nocy.


wtorek, 10 stycznia 2012

Zainspirowana blogową znajomą Dublinią i trochę targana wyrzutami sumienia postanowiłam uczynić dziś blogowy wpis. Nie wiem co się stało na pewnym etapie mojego życia, ale po prostu przestałam czuć potrzebę mówienia do szerszej publiczności. No bo blogowanie to nic innego jak monolog, tylko publika większa (przynajmniej teoretycznie). Dobra, czasem dialog kiedy inni wyrażają swoje zdanie w komentarzach. Przyznam jednak, że nie lubię jedno czy kilku wyrazowych 'komci', z serii piejemy z zachwytu i dokazujemy, albo wstawiamy jedynie emotikonki by wyrazić emocję. Konwersacja to konwersacja, ma być rzeczowa i żywiołowa, a najlepiej jak strony mają odmienne zdania ;) No tak, ale najpierw autor musi zainteresować czytelników...

Ja właściwie pisałam całe życie, tyle że w różnej maści pamiętnikach, notatnikach, sztambuchach, na karteluszkach, biletach PKP i czym się dało. Lubię słowo pisane. A że miałam szczęście do fajnych polonistek, to jeszcze mogłam sobie poszaleć w wypracowaniach. Poszaleć w dosłownym tego słowa znaczeniu, tak samo jak mam na myśli NAPRWADĘ fajną (czytaj: wyrozumiałą!) nauczycielkę. Jednej rzeczy byłam świadoma od podstawówki, że historii i literatury z okresu II wojny światowej nie lubię, nie rozumiem i potrzeby zgłębiania nie mam. Wiem kto, komu i kiedy co zrobił, ale mi wystarczy. Nie umiem, zwyczajnie nie umiem się rozczytywać w makabrze. Medaliony Nałkowskiej to mi się po nocach śniły. Sołżenicyn i Borowski też. Zostało mi to do dziś. I nawet magistra o Izraelu zrobiłam z pominięciem komór gazowych we wstępie. A wracając do wypracowań, właśnie w czwartej klasie mieliśmy się wypowiedzieć o którejś z tych niezrozumiałych przeze mnie lektur. Aha, muszę dodać, że ja zawsze oddawałam prace kilka dni po terminie, bo regularnie miałam problem z weną. Do dziś zresztą tak mam, na komendę nie umiem. No a tamto wypracowanie oddałam na czas... Nigdy nie zapomnę Rzepci jak wpadła do klasy, rzuciła na biurko stos papierzysk i bez przywitania się nawet zaczęła komentować każdą pracę po kolei jak miała w zwyczaju. Jedne krócej, inne dłużej, te najlepsze zazwyczaj na początku, aby dać posmakować pozostałym. No i nie ukrywam, że moje często były chwalone, głównie za styl i subiektywizm. Ale wtedy to chyba pojechałam ostro, teraz tak myślę, bo wtedy byłam z siebie niezmiernie dumna. Napisałam mianowicie rzetelny wstęp, w którym wytłumaczyłam, że owa literatura nie jest w kręgu moich zainteresowań, że nie rozumiem i nie potrafię się wczuć w sytuację, ani wejść w przysłowiowe buty autora, ponieważ nigdy nikt mnie nie poniżał, głodził, torturował, ani śmiercią nie częstował. Zwyczajnie nie mam zdania. Ale że moim obowiązkiem ucznia klasy maturalnej jest napisać o tym wypracowanie, piszę więc co następuje z pożyczonych ściągawek (nigdy nie byłam właścicielem żadnego bryka z polskiego). I walnęłam cytacik na kolejne dwie strony. Zakończyłam też ładnie, bo swoimi słowy, że wszystkiego można człowieka pozbawić, ale nie godności, amen. Musiałam zaserwować klasie "śmietankę" na zakończenie i przeczytać całość na głos. Wtedy mi się głos złamał pamiętam. Ale przeczytałam, a Rzepa ukarała mnie w ten sposób, że postawiła tróję, najbardziej upokarzającą według mnie ocenę z polskiego. Widziała, że obstawiałam tylko pięć albo dwa. Maturę napisałam już o swoich ulubionych bohaterach, więc do czasów wojny nawet nie doszłam. Rzepcia musiała odetchnąć kiedy zobaczyła moją piątkę na liście wyników hi hi (pierwszy rok kodowanych matur). A gwoli sprostowania, moja niechęć dotyczy tylko i wyłącznie tzw literatury wojenno - okupacyjnej, ze wszystkimi szczegółami zbrodni, nie umiem tego czytać. Uwielbiam natomiast literaturę powojenną - Konwicki, Andrzejewski, Kosiński, a Hłaskę i Gałczyńskiego wręcz kocham - która jak najbardziej jest namaszczona przeżyciami wojennymi. Tyle, że tam jest o duszy, emocjach, lękach i pragnieniach, bez lufy karabinu przy skroni, choć ze wspomnieniem. Egzystencjalnie. Mam tu trochę jak Ksiądz Twardowski. Musi paradoks.

A czemu zaczęłam pisać bloga? Chyba głownie dlatego, że udałam się na emigrację i miałam już stały dostęp do internetu. Oraz wiem, że bliscy lubią poczytać jaki mam nastrój ;) Muszę się jednak przyznać, że to nie jest moja pierwsza blogowa przygoda. Inicjację przeszłam już w 2005, we wspólnym blogu o lamach. Lamy jednak dokonały żywota, kiedy wspólne umarło. Teraz żałuję afektu, bo po takim czasie z chęcią bym sięgnęła pamięcią wstecz i zapuściła oko w tamte rozmówki i zdjęcia. Wesoło było. No właśnie, było. A teraz jest. Jest i ja mam dalej bezlik myśli. Żyję, podróżuję, doświadczam, przeżywam, złoszczę się, śmieję, kocham, nie lubię, pragnę, potrzebuję, wierzę, widzę (i często nie wierzę co widzę), słucham, czytam, oglądam, spotykam ludzi albo nie. Różnicę jedynie dostrzegam w tym (mówię już tylko o Ofcy), że na początku byłam w stanie kodować w myślach całe zdania, zwroty, które zapiszę po powrocie do domu (ja z pracy nawet kiedyś pisałam!), na bieżąco; rysowałam szkic i umiałam go przechować w pamięci nawet dłużej, a potem wrócić przy najbliżej okazji i zmaterializować wpis od ręki, w tej samej założonej formie, z tą samą emocją. A teraz nie umiem. Tracę  tę emocję zaraz po wydarzeniu. Trochę mnie to przeraża, bo łapię się na tym, że dotyczy to też innych dziedzin życia... Zbiorę się jednak kiedyś w sobie i napiszę w końcu o tej kawie, którą nieliczni tylko umieją mi dogodzić, bo reszta świata (to potwierdzone!) nie ma pojęcia o jej parzeniu! No ale najpierw muszę znów się wkurzyć w jakiejś kawiarni i zaraz potem mieć dostęp do komputera ;) Albo o Księdzu Twardowskim Wam kiedyś napiszę. Obiecuję też kończyć kiedy zacznę (Kuba wciąż nie doczekała się aktu trzeciego, a to już ponad 3 lata!), albo raczej w ogóle zacząć kiedy obiecam. Świadomie natomiast już nie piszę o lękach i smutkach, bo nauczyłam się w końcu, że nostalgia to choroba, a o chorobach nie lubimy. Nawet wtedy, gdy bijemy raka w mordę i rozkładamy na łopatki, prawda Mama? Wolimy cieszyć się ze zwycięstwa i szybko wrócić do miłych aspektów codzienności. Dorosłam chyba, bo coraz rzadziej lubię o bzdurach, ale też jestem mniej spontaniczna w wyrażaniu radości. Jednocześnie też, wielokrotnie nie mam nic do powiedzenia, szczególnie aby zainteresować dalszego słuchacza. A że reporterem nigdy być nie umiałam, wtedy milczę... Poza tym jestem purystą językowym i konstrukcja jednego zdania potrafi zająć mi pół nocy, a ja niestety zmuszona jestem przez los wstawać rano ;)

I mogłabym tak do rana (w międzyczasie ugotowałam obiad na jutro). Blog to nic innego jak ludzka potrzeba ekshibicjonizmu - zaryzykuję stwierdzenie - że ciała teraz bardziej niż duszy (w nieco szerszym pojęciu). Tyle, że jednym to wychodzi ładniej literacko, a innym mniej, a przede wszystkim, że jedni mają coś do powiedzenia, a inni niekoniecznie. Chwała więc tym drugim kiedy milczą ;)

poniedziałek, 02 stycznia 2012

Ho ho ho w Nowym Roku. Dla mnie rozpoczął się on mało ekscytująco, bo nie dość, że zaczęłam dość drastyczną dietę (mam zamiar zrzucić jeden cały rozmiar), to jeszcze grypsko mnie nawiedziło. W obydwu przypadkach winna jestem sama sobie - w pierwszym za obżarstwo i statyczny tryb życia, a w drugim za niedoleczenie przeziębienia przedświątecznego. No to teraz mam za swoje. A skoro i tak leżę w łóżku z laptopem na kolanach (miałam czytać książkę!) to skrobnę conieco.

Powiem tak (a był to mój dziewiczy wyjazd do tego kraju), Italia na kolana mnie nie powaliła. Wiem, wiem, to tak jakby Irlandię przez li tylko pryzmat Dublina opisywać, albo Polskę po Warszawie, nie należy, ale tak mi zostało i już. Mówię od razu, że nie wybieram się do Włoch więcej w przyszłości, z wyjątkiem może Sycylii. Nie chcę być wredna i niewdzięczna, bo proszę wiedzieć, że święta spędziłam w Rzymie z Maminką Moją Kochaną, i to było najważniejsze, ale właśnie fakt, że byłam tam z Mamą podobał mi się najbardziej. I to nie tylko dlatego, że Mama była już po raz trzeci oraz że ma bzika na punkcie architektury/kultury/historii miejsca, w związku w czym ja miałam darmowego przewodnika ;) Sama Mama jednak powie, że jak uwielbia Włochy generalnie, tak włoską kuchnię wszędzie na świecie, byle z daleka od Włoch, a włoskie wina (oprócz pewnego sycylijskiego właśnie, którego nazwy niestety nie zapamiętałam) to nigdzie i za żadne skarby. Ja natomiast ciut odwrotnie, bo za włoskim nie przepadałam nigdy (jestem zwolenniczką teorii wyższości ryżu nad makaronem), a wino to właściwie wypiję każde, aby tylko było ;) No ale może dlatego jestem niezbyt przychylnie nastawiona, bo miałyśmy pecha na dzień dobry. Okazało się bowiem w dniu przyjazdu (23-go grudnia), że w hostelu (a właściwie hotelu, bo pokój był nawet porządny i z łazienką oraz nie było kuchni do użytku) wysiadło... ogrzewanie! Ja wiem, że zimy w Rzymie nie są jak na Syberii, ale naprawdę nie było nocami przyjemnie w tych wielkich i zimnych murach. Oczywiście na nic się zdało moje regularne kolędowanie do recepcji, nawet kiedy powiedziałam pani prosto w twarz, że jej nie wierzę iż właśnie ktoś nad tym pracuje, bo jest Wigilia Bożego Narodzenia, a potem pierwszy i drugi dzień tychże Świąt. Nikt jednak nic sobie nie robił z tego mojego chodzenia przez cztery dni (pan i pani o azjatyckich rysach, na zmianę, choć sami dogrzewali się elektrycznym grzejnikiem w swojej kanciapie). Dopiero piątej nocy Pan Murzyn się zlitował i nie dość, że bardzo przepraszał (na obiad do restauracji chciał prosić!), to jeszcze użyczył nam na noc ten elektryczny grzejnik i... oddał 50 euro! Ładnie się zachował przyznaję, ale i tak nie zostawię na stronie pozytywnego komentarza o miejscu, o co mnie już mailowo poproszono, sic! Proszę nie myślcie, że my takie wybredne i wrażliwe obie jesteśmy, bo zupełnie nie, ale nie dość, że zasmarkane już tam pojechałyśmy, to jeszcze po to, aby spędzić kilka z piękniejszych dni w roku. Dobra, sprawę ogrzewania uważam za zamkniętą.

Jedzenie... No nie podpasowało mi w ogóle i co mi zrobicie, od restauracji z białymi obrusami po lokalnego kebaba. Nie to że głodna byłam, bo ja właściwie wszystko zjem, ale po prostu spodziewałam się większej uczty smaków. Dobrze,że Maminka przewidującą jest i zapakowała do walizki kawałek własnoręcznie upieczonego udźca indyczego, sera, kiełbasek, pasztecików i ciastek, a ja szampańskich czekoladek, to się wspomagałyśmy podczas wielogodzinnych wędrówek. Również pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło, żebym wyrzuciła do kosza nowo otwartą butelkę wina, wypiwszy tylko łyk, i to razy dwa. Co prawda były to tylko małe buteleczki (tak jak tutaj serwują w pubach), czyli na dzień dobry teoretycznie gorszej jakości, ale nie miałam wyjścia, bo tylko takie były "odkręcalne" (bez konieczności użycia korkociągu), w jedynym wtedy otwartym w okolicy sklepie. Uwierzcie, naprawdę bardzo rzadko się zdarza, żeby mnie nie smakowało wino...

Przedostatnią z rzeczy, na które chcę ponarzekać to fakt, że oprócz dwójki Włochów, których znam osobiście i bardzo lubię - i tu przepraszam, ze generalizuję, inaczej jednak nie mogę - uważam, że naród jest mało przyjazny. Jedyne odczucie jakie mi towarzyszyło będąc turystą (pamiętajcie, że ja wciąż piszę tylko o Rzymie!) to takie, że mam szybko płacić i sp********. Wiem, że to wielka metropolia, turysta na turyście turystą pogania, ale naprawdę, nie można na głos opierdalać kogoś, kto kupuje u ciebie kawę (czyli przyczynia się do tego, że masz pensję co miesiąc!) tylko dlatego, że prosi o więcej mleka. Albo że pyta, które wino jest pół-wytrawne, bo nie ma oznakowania na butelce. Nie jestem do tego przyzwyczajona jako człowiek/turysta/klient. O rzeczy mnie irytującej w Rzymie ostatniej nie będę się rozpisywać, zapytam tylko: jaka recesja? Tam nawet żebraczka na schodach kościoła nosi torebkę Louis'a Vuitton, a cena kieliszka wina w restauracji jest wyższa niż w (drogim!?) Dublinie.

No dobra, bo wyjdzie, że byłam wielce nieszczęśliwa na tym wyjeździe. Samo miasto jest śliczne (ale brudne!). Ogromne, fakt, ale o sympatycznym klimacie mieszających się cywilizacji i architektur. Kościół przy kościele, a w każdym jeszcze piękniejsze sklepienie (sklepienia właśnie zrobiły na mnie ogromne wrażenie), starożytne mury powciskane pomiędzy współczesne kamiennice. No i Watykan - z Bazyliką, muzeum i Kaplicą Sykstyńską. Przecudny. Przemaszerowałyśmy dziesiątki kilometrów przez te pięć dni i zwiedziłyśmy właściwie wszystko z przewodnika, a ostatniego dnia to nawet mapa nam się skończyła i nie wiedziałyśmy w jakiej dzielnicy jesteśmy. Daruję sobie tutaj jednak szczegółowe opisy i historię, bo każdy sam może sobie poczytać książkę albo internet; chodzi raczej o wrażenie. Moje, mimo kilku "ale", jest pozytywne i uważam, że każdy chociaż raz w życiu powinien wybrać do Rzymu i cyknąć sobie zdjęcie przy Fontana di Trevi, w której to pławiła się pamiętna Anita Ekbert w filmie Felliniego (to znaczy powinien spróbować cyknąć, bo oblężenie stonką turystyczną jest zmasowane). A właśnie, widział ktoś w całości La Dolce Vita? Bo ja dopiero dwa lata temu. Najbardziej jednak od tej pory Rzym będzie mi się kojarzył z Mamą, która - co wiedziałam wcześniej - ukochała Rzym już w 1976 roku, po raz kolejny udowodniła, że jest świetnym, zawsze na medal zorganizowanym kompanem w podróży, no i... uwielbia włoską kuchnię ;) A ja? Jeżeli los wróci mnie kiedyś nad Tyber, na pewno zabawię przez dłużej w dzielnicy żydowskiej i znów pójdę na wieczorny spacer do Watykanu.

Zdjątka już są na My Picasa, więc zainteresowanych zapraszam - link w zakładkach po lewej.

Serdecznie, choć nieco grypowo, z Dublina.

czwartek, 15 grudnia 2011

Mili Moi, jak sami wiecie, wszystko co dobre szybko się kończy. Cudowny było to wikend, absolutnie; wciąż nie mogę odespać z wrażenia. Koncert był rewelacyjny, a motywem przewodnim była Polanna, czyli jedna z trzech ostatnich płyt wokalistki, oczywiście z przepięknymi improwizacjami, co razem brzmiało zupełnie inaczej niż na płycie, jakoś bardziej żywo. Anna potrafi nawiązać niesamowity kontakt z publicznością, wciągnąć ją w opowiadaną muzycznie historię. Zaśpiewała też kilka piosenek z wcześniejszych płyt (wybaczcie, ja pamiętam koncert jak przez mgłę, nie mogłam po prostu uwierzyć, że to się wszystko działo na skutek mojego jednego maila dwa miesiące temu) oraz Śnieg J. Przybory & J. Wasowskiego, z genialnym chórkiem jaki stworzyli chłopcy instrumentaliści. Jedyne czego żałuję, to to, że nie zorganizowałyśmy koncertu w co najmniej dwa razy większej sali. Jeszcze przed samym koncertem kolejka stała pod drzwiami i fani z nadzieją, że się uda wejść. A tu dopisali wszyscy, cały korpus dyplomatyczny potwierdził, więc nawet nie było szansy, że się zwolni jakieś miejsce. A trochę na to liczyłyśmy ;) Bo to był koncert podsumowujący polskie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej, stąd priorytet. I nawet nie komentuję niektórych wpisów na FB, że "smietanka dublińskiej Polonii" tam się zgromadziła. Przyszli ci, którzy po prostu w porę pomyśleli o kupnie biletu, czyli jakieś 330 osób miało taką okazję oprócz zaproszonych oficjeli. Ale co ja się będę stresować, kiedy wciąż buzia i serce mi się śmieją. Anna dała czadu wokalnie, a chłopcy instrumentalnie (Marek Napiórkowski, gitara; Robert Kubiszyn, bass; Paweł Dobrowolski, perkusja oraz Krzysztof Herdzin, klawisze, harmonijka i cała reszta na czym da się zagrać ;) I żeby nie było, nie tylko jestem bardzo subiektywna, ale powtarzam recenzje od ludzi. Dotego mogę całkowicie uczciwie dodać, że prywatnie (plus managerka Joanna, dźwiękowiec Andrzej i szef sceny Piotrek) również są fantastyczni i bardzo otwarci na współpracę :) A na zakończenie dodam, że już powstał mi w głowie cdn :) Aha, jak już puszczą tutaj w radio to, co Anna dla nich nagrała podczas tego pobytu, to i Wam podeślę linka. Przepiękne!

A pod spodem kilka fotograficznych perełek z Miśkowego obiektywu.

Serdecznie, nocnie, pamiętając, że marzenia się spełniają.

niedziela, 11 grudnia 2011

Co prawda dubliński koncert AMJ dopiero w poniedziałek, ale goście przybywają na Zieloną Wyspę już dzisiaj; za chwilę jadę ich odebrać z lotniska. Śmieszne to dla mnie samej, bo choć ja w żadną podróż się nie wybieram... mam reisefieber ;)

Co tam dużo będę gadać odnośnie swojego powołania zawodowego, każdy wie jak jest. Los płata wszystkim psikusy po równo, a mnie na dłużej ulokował w banku. Dziękować absolutnie, że chociaż po godzinach jest dla mnie wyrozumiały i pozwala się spełniać. Jakkolwiek to brzmi, jestem człowiekiem kultury, nie finansjery, sic! Nic, nie marudzę, tylko łapię chwilę. A wszystkich szczęściarzy, którym udało się kupić bilet na poniedziałek, jeszcze raz serdecznie zapraszam do Liberty Hall Theatre w Dublinie na 20-stą.

Tymczasem.

 

środa, 23 listopada 2011

Czy wiecie może ile kosztuje biustonosz Triumpha (model Amourette w tym wypadku) w TK Maxie w Dublinie? To ja Wam powiem 9.99 euro (40 złotych). A wiecie ile takowy w Polsce, w Olsztynie? 160 złotych (40 euro) ! Mszczę wszystkie tysiące (złotych) zostawione w bieliźnianych sklepach w Krainie Tysiąca Jezior! 

piątek, 18 listopada 2011

Ludzie, ludzie, właśnie spełnia się moje marzenie, AMJ przyjęła zaproszenie, więc i Wy przyjmijcie :)

Zapraszam z całego serca na tę perełkę.

 

niedziela, 13 listopada 2011

Urządziłam sobie całowikendową prasówkę. Po atrakcjach poprzednich dwóch tygodni (Lizbona i cztery psiapsióły w Dublinie), z cienkim jak rzadko kiedy portfelem i zasobem lektur prosto z Polski, postanowiłam spędzić dwa dni w domu nadrabiając zaległości czytelnicze. Na koniec mam mnóstwo przemyśleń i oczywiście jestem zazdrosna. Wszyscy bowiem nad Wisłą są tacy szczęśliwi! Kipi aż to życiowe spełnienie, mądrość, podejmowane tylko właściwe decyzje, miłość i wyjątkowość. Co ja tu kurka robię nad Liffey!? A muszę powiedzieć, że nie byle co czytałam, bo Zwierciadła kilka numerów, Panią, nawet Wprost i Polityka jakieś takie optymistyczne. Piękne buzie, piękne stroje, piękne umysły; patrzące z pięknych zdjęć piękne oczy. To jednak nic, oni wszyscy tak strasznie mądrze i pięknie mówią! Celebrują swoje jestestwo, żyją chwilą tu i teraz (Boże, jak to się robi???), kochają z pasją i są kochani w zamian, gotują wykwintnie, czytają tylko wartościowe książki, oglądają tylko ambitne kino, wzorowo wychowują dzieci, umieją wybaczać i być wdzięcznym za to co mają, nigdy nie pytają 'a dlaczego ja?' w chwilach tragicznych, pomagają potrzebującym, kochają przyrodę, mają piękne domy na wsiach, jednym słowiem bliżej im do Boga niż do zwykłego śmiertelnika. Chyba rozważę powrót do Ojczyzny. A z drugiej strony słucham notorycznie polskiego radia i jakoś powyższa wizja koliduje z przekazywaną tam rzeczywistością. Ktoś kłamie? Może jednak zostanę w Irlandii.

A już Wam mówiłam, że AMJ przyjeżdza do Dublina? Za kilka dni zaczynamy promocję, więc jeszcze dziś Wam więcej nie powiem :D

czwartek, 20 października 2011

Tak się dziś czuję.

14:25, hadassa79
Link Komentarze (4) »
niedziela, 16 października 2011

Czy ja kiedyś mówiłam, że nie uznaję cover'ów? To tylko oznacza, iż mam rację, w myśl zasady, że wyjątek potwierdza regułę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34