O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!
Blog > Komentarze do wpisu

Santo Antão

Opowiem Wam jeszcze trochę o Cabo Verde, bo nie będę przecież się denerwować i pisać o wynikach wyborów w Polsce. Też uważam, że potrzeba w polskiej polityce zmian i nowych twarzy, ale takiego obrotu sprawy nie zakładałam, ani tych samych gęb z lat 2005-2007. Śmiać mi się jedynie chce, kiedy czytam komentarze, że młodzi i wykształceni ludzie z dużych miast tak już byli niezadowoleni z rządów PO, że postanowili teraz zaufać PiS. Zapominają tylko ich autorzy dodawać, że są to ludzie sfrustrowani, którym po prostu w życiu nie wyszło, a popsuta pralka w ich domu jest winą Tuska. No i że licencjat na prywatnej uczelni to wcale nie jest porządne wykształcenie! Tym złośliwym akcentem zakończę temat wyborów i przejdę do Wysp Zielonego Przylądka ;)

Przypomniało mi się ostatnio po wpisie o Mindelo, że nie powiedziałam Wam o... pogrzebach. Widzieliśmy ich bowiem trzy podczas tam pobytu i byliśmy urzeczeni, o ile to adekwatne słowo. Za pierwszym razem dopiero po chwili się zorientowaliśmy, że to w ogóle był pogrzeb. Najpierw usłyszeliśmy piękną muzykę, a potem wyłaniający się zza rogu tłum podążający za autem z trumną. Naprawdę niesamowity to był widok. Za autem najpierw idą muzycy (gitary, saksofon, klarnet, nie pamiętam dokładnie ilu, ale było ich naprawdę sporo) i grają przecudne morny, za nimi dopiero rodzina i najbliżsi, dalej reszta ludzi. I myliliśmy się w naszych domniemaniach, że pierwszy pogrzeb to był pewnie jakiejś ważnej osobistości, bo tłum był ogromny. Takie same tłumy były jednak podczas kolejnych dwóch pogrzebów; no chyba że trzy dni z rzędu grzebali jakichś prominentów, ale nie sądzę. Tam po prostu jest taki zwyczaj - znałeś bliżej, czy nie znałeś, uczestniczysz w jego/jej ostatniej drodze jeśli tylko możesz. Ma to zapewne związek z tym, że jest to mała społeczność i ze sobą zżyta. Widzieliśmy potem w muzeum nagranie z pogrzebu Cize. Boszzzz, to był dopiero potężny tłum! No ale Ona to była przecież zupełnie inna bajka. W ogóle relacje międzyludzkie zdają się być tam bliskie i rodzinne, taki chyba naród. Skoro napomknęłam już o relacjach społecznych, to dodam że z racji tego iż kobiet jest na Wyspach o wiele więcej niż mężczyzn, relacje damsko-męskie są tam dość luźne. Oczywiście ze strony mężczyzn bardziej luźniejsze ;) Normalnym jest tam zupełnie, że facet ma dzieci z kilkoma kobietami i wcale się z tym nie kryje, niestety również dość częstym jest (szczególnie wśród starszych pokoleń), że się tymi dziećmi w ogóle nie interesuje. Trochę inaczej jednak zaczyna te sprawy postrzegać młode pokolenie i stawia, a przynajmniej się stara, na trwałość rodziny. Tak przynajmniej mówił wspomniany we wcześniejszym wpisie Didi, z którym byliśmy na kolacji. Powiedział nam że jego ojciec ma piętnaścioro o ile dobrze pamiętam dzieci, z pięcioma chyba kobietami. On sam jednak ma już żonę i z nią bliźniaki, a innych kobiet nie planuje ;) W ogóle dużo tam jest dzieci, każda niemalże dziewczyna ma jedno na ręku, a i za rękę kilkoro czasem (a na głowie tobołek, czy miskę z rybami do tego!). I podobno aż 70% kobiet to matki samotnie wychowujące te dzieci! Płodny naród, nad czym też się zastanawialiśmy, jak to możliwe w takim nieznośnym upale i w większości przecież bez klimatyzacji ;) Pasuje mi tu też zacytować za Panią Sieradzińską to, co mówiła Cesária o Kabowerdyjkach: W moim kraju kobieta musi być silna. Mężczyźni są bardzo niestali w uczuciach, niemal normą jest, że porzucają swoje partnerki, nawet jeśli kochają, wyjeżdżają na emigrację w poszukiwaniu pracy. Rozstania są wpisane w nasze życie. Kobieta zostaje sama. Przez całe życie musi walczyć, żeby utrzymać i wychować dzieci. Może polegać wyłącznie na sobie. Tak więc my trzymamy kciuki za wierność i wytrwałość Didi :)

Teraz w końcu przejdę do meritum tego, o czym chciałam dzisiaj napisać - Santo Antão!! Dostać się na tę wyspę można tylko promem, jako że lotnisko zostało zamknięte w 2003 roku. Okazało się bowiem w trakcie jego użytkowania, że jest tam po prostu niebezpiecznie - wiatry zbyt silne do startów i lądowań. Nie wiem jak to możliwe, najpierw położyć pas startowy wzdłuż linii brzegowej i wybudować terminal, a potem sprawdzić bezpieczeństwo, ale tak właśnie było. Nie wiem również dokładnie jak to jest z promami z innych wysp, bo informacja w internecie jest marna (na Wyspach wciąż najlepiej wszystko jest załatwiać w okienku), ale na Santo Antão najprościej jest się dostać właśnie z São Vicente. Prom kursuje kilka razy dziennie (jest kilku przewoźników), cena za osobę w jedną stronę to 800 CVE (my płynęliśmy ARMAS Ferry), a czas podróży to 60 minut. Ciężko nam było zaplanować wcześniej czy zostaniemy na wyspie na noc, czy raczej wrócimy ostatnim promem do Mindelo, postanowiliśmy więc zdać się na los i własne wrażenia - jak nam się spodoba, to zostaniemy, a jak nie to nie. Na miejscu też mieliśmy zdecydować, czy wypożyczymy samochód i będziemy zwiedzać na własną rękę, czy raczej skorzystamy z usług jakiegoś przewodnika (auluger - prywatny środek transportu). Los szybko podjął za nas decyzję, a ja miałam ukraińskie déjà vu. Ilość bowiem przewoźników jaka się na nas rzuciła zaraz po wyjściu z portowego terminala nie ustępowała ilości chętnych oferujących swoje noclegi na dworcach autobusowych na Krymie (sprzed Putina, bo teraz to nie wiem jak tam jest). Mąż natomiast pomyślał, że jakaś znana osobistość z nami przypłynęła, choć też przeszło mu przez głowę, że to na naszą cześć takie zbiegowisko ;) Wygrał pan, który podszedł do nas jako pierwszy i zwyczajnie nie molestował, tylko spokojnie wytłumaczył co oferuje, za ile itd. Koniec końców, całodniowa wycieczka kosztowała 7000 CVE, czyli jakieś 64 euro plus obiad dla pana, na który sami go zaprosiliśmy. Generalnie na Cabo Verde nie ma zwyczaju targowania się (z wyjątkiem Senegalczyków wciskających na straganach afrykańskie gadżety), ale w tym przypadku, prywatnych wycieczek i przewodników, jest. Tam też na Santo Antão, w Porto Novo, z samego rana tego pamiętnego dnia, popełniłam ogromny błąd, którego konsekwencje wpłynęły znacznie na jakość mojej dalszej podróży - poprosiłam o lód do (butelkowanej!) wody. Ale dowiedziałam się o tym błędzie dopiero na sam koniec podróży, kiedy dojeżdżając późnym popołudniem z powrotem do Porto Novo, zaczęłam mieć dziwne skurcze jelit, zrobiło mi się słabo i potrzebowałam bardzo szybko iść do toalety... Nie wiem na 100%, ale domyślam się że to był ten lód, chociaż długo też mnie skręcało na myśl o catchupie, czyli narodowym kabowerdyjskim daniu (dwa rodzaje kukurydzy, fasola, wieprzowina, jajko), skądinąd bardzo pysznym. Nie będę się rozpisywać o szczegółach, ale trzymało mnie dość mocno przez kilka dobrych dni, dlatego upewnijcie się przed wyjazdem, że zabierzecie ze sobą stosowne leki. Mi te lokalne pomogły tylko na tyle, że nie musiałam cały czas siedzieć w hotelu i mogłam dalej zwiedzać (choć oczywiście w mniejszym komforcie), ale tak całkowicie wyleczyłam się dopiero w Lizbonie i to dosłownie na drugi dzień. Po raz pierwszy w mojej podróżniczej karierze nie zadziałały wypijane procenty, ba, nie mogłam też przez dłużej na nie patrzeć ;)

Santo Antão jest drugą co do wielkości wyspą archipelagu (zaraz po Santiago) i najbardziej zróżnicowaną pod względem krajobrazu - najbardziej górzystą i jednocześnie rolniczą; przez wielu nazywana najpiękniejszą. Byliśmy naprawdę w wielkim szoku, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się aż takich kontrastów. Muszę nadmienić, że my zwiedziliśmy tylko północną i wschodnią część wyspy, bo na całość jeden dzień zdecydowanie nie wystarczy. Część zachodnia jest bardziej dziewicza i rajem dla tych, którzy lubią piesze wycieczki, a nawet wspinaczkę (najwyższy szczyt Pico de Coroa ma prawie 2 tysiące metrów). Wyprawa taka wymaga więc dłuższego czasu oraz większego przygotowania i sprzętu (chociażby kryte buty i długi rękaw), a my jak już wspominałam, nie jesteśmy aż takimi fanami trekkingu ;) Początek trasy nie zapowiadał wielu wrażeń, bo krajobraz w Porto Novo niewiele różni się od tego na São Vicente - też taki pustynny, trochę księżycowy. Ale im wyżej wjeżdżaliśmy tą krętą drogą, tym większe robiliśmy oczy. Najpierw zaczęło się powoli robić zielono, drzewko tu, drzewko tam, jakaś trawka, a potem znienacka dosłownie wybucha tropikalna roślinność. Soczysta zielona trawa, kolorowe kwiaty, plantacje trzciny cukrowej, bananów, papai, mango, gujawy, cytryn, czego tam jeszcze. Nie mogliśmy się napatrzeć na pola uprawne w dawnym kraterze wulkanu, wszechobecne ribeiras, czyli cieki wodne, tereny między zboczami gór, takie wilgotne doliny sprzyjające właśnie rolnictwu oraz małe wioseczki jakby poprzyklejane do tych zboczy. Na najwyższym punkcie tej drogi natomiast tak jakbyśmy znaleźli się... w Polsce! Iglasty las, szyszki na drzewach i pod nimi, temperatura spadła do jakichś 18 - 20 stopni (mówię na tzw. czuja), mgła, kropiący deszcz i TEN zapach! Kazaliśmy zatrzymać auto, wyszliśmy na zewnątrz i napawaliśmy się nim kilka dobrych minut. Potem droga zaczęła prowadzić w dół i naszym oczom znów ukazały się rolnicze poletka pełne egzotycznych upraw, aby dochodząc do samej linii brzegowej oceanu dać nam wrażenie bycia w jakimś kolejnym z rzędu miejscu na świecie - francuskiej riwierze, czy innej Costa Brava. Oczywiście wille nie są tam takie ekskluzywne... Tam właśnie, w tych górach Santo Antão przyszło mi do głowy, aby wysyłać na tę wyspę każdego polskiego malkontenta psioczącego jak to Polska jest w ruinie, żeby zobaczył jak NAPRAWDĘ wygląda bieda. Domy niczym chlewiki - surowy beton, bez żadnych wygód, dzieci idące po kilka kilometrów do szkoły. Ale jakoś wszyscy są uśmiechnięci, przyjaźnie machają i wydają się być szczęśliwi. To ten właśnie nasz pan przewodnik rozdawał dzieciom po drodze kredki, długopisy i inne gadżety, a jedyne czym my mogliśmy je wspomóc to były monety. Nie byliśmy po prostu na takie okoliczności przygotowani :(

Cidade Porto Novo - Morro - Fajã de Cima - Corda - Ponta do Sol - Ribera Grande - Xoxo - Sinagoga - Paúl - Pombas - Janela - Aguada - Porto Novo. Tak biegła trasa jaką objechaliśmy w ponad 5 godzin. Na mapie wygląda na krótszą niż ta, którą przejechaliśmy quadem na São Vicente, ale tyle właśnie zajmuje przebijanie się przez góry. Plus zatrzymywanie na trochę w urokliwych miejscach i czas na obiad. To tam właśnie (w Ponta do Sol dokładnie) jedliśmy tę tradycyjną catchupę i to tam też pod koniec dnia zaczęłam się czuć nieswojo, mimo wypitej szklaneczki grogu (lokalny rum z trzciny cukrowej), który miał mnie uleczyć od ręki. Powrót promem do Mindelo był dla mnie koszmarny (zaznaczę, że ja nie mam choroby morskiej), noc też była koszmarna. Później już było w miarę okej :) Trzy dni później polecieliśmy do Prai na wyspie Santiago. Przeszło nam przez myśl przez chwilę, aby popłynąć na wyspę São Nicolau (4 godziny promem z Mindelo), ale dowiedzieliśmy się w porcie, że promy pływają tylko we wtorki, a my nie mieliśmy dodatkowego tygodnia wakacji. Tak jak pisałam na samym początku, przemieszczanie się między wyspami nie należy na Cabo Verde do najprostszych i trzeba mieć przede wszystkim dużo czasu w zapasie. Można bowiem popłynąć w jedną stronę, ale już nie mieć jak wrócić przez kolejne kilka dni. São Nicolau jest jednak jedną z piękniejszych wysp z tego co wyczytałam, tak więc na pewno warto ją odwiedzić. Kto posłał Cię w tę daleką drogę, drogę do São Tomé, sodade, sodade, sodade, za moją ziemią, za São Nicolau, jak śpiewała wspaniała Cesária (przekład Pani Sieradzińskiej oczywiście).

To co Moi Mili, do zobaczenia na Santiago. A potem dam już Wam odetchnąć od Wysp Zielonego Przylądka. Oczywiście dopóki nie skończę ogarniać 1,5 tysiąca zdjęć! ;)

wtorek, 27 października 2015, hadassa79

Polecane wpisy

  • Kabowerdyjskiej opowieści część dalsza

    Powinnam chyba zacząć od przedstawienia Wam Wysp Zielonego Przylądka nieco bliżej, bo nie wiem jak Wy, ale ja do niedawna nie miałam o nich sama większego pojęc

  • Trzpiotka

    Posłuchajcie jaka to perełka! Pani Sieradzińska właśnie podesłała mi tłumaczenie, bo jedyne co rozumiałam to 'balansa' i 'prokolansa' ;) Umilam sobie poranek i

  • Cabo Verde - Kriolu Ama :)

    ...czyli miłość po kreolsku na Wyspach Zielonego Przylądka :) Dziś mija tydzień od naszego powrotu z pięknej, miodowej podróży, a ja wciąż się unoszę kilka cent