O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!
Blog > Komentarze do wpisu

Praia, Santiago, Lizbona i koniec hanimunu ;)

Postanowiłam nie męczyć Was już Wyspami Zielonego Przylądka, będzie więc krótko i na temat (właśnie zaczęłam obrabiać zdjęcia) ;)

Wylądowaliśmy więc w Prai na Santiago po tygodniu spędzonym w Mindelo i z wypadem do Santo Antão. I to było jak uderzenie obuchem, jako że Praia... w ogóle nam się nie spodobała! Zaczęto nas na dzień dobry molestować na ulicy - kup, daj, chodź, zobacz. Zesraj się miałam ochotę dodawać za każdym razem, a potem nauczyłam się mówić 'spierdalaj'. Przepraszam, ale to właśnie ma człowiek ochotę mówić kiedy jest aż tak napastowany. I przepraszam po raz kolejny, ale to właśnie DOSŁOWNIE mówi w Lizbonie, w której ilość wszelkiej maści hołoty oferującej na głównych ulicach hasz, marihuanę, kokę i Bóg wie co tam jeszcze, jest nie do ogarnięcia. O tym i o mojej dyskusji z lizbońską policjantką mogłabym napisać osobny post, ale nie będę Was przecież molestować ;)

Tak jak to w życiu zazwyczaj bywa, pierwsze wybory są zazwyczaj najlepsze (pomijając kandydatów na męża rzecz jasna ;) Tak i tym razem zaufaliśmy panu, który podszedł do nas jako pierwszy jeszcze na lotnisku i zaoferował taxi do hotelu. Wzięliśmy od niego wizytówkę i powiedzieliśmy, że się zgłosimy następnego dnia na wycieczkę po wyspie, jeżeli nie zdecydujemy się na wynajem auta i samotne zwiedzanie. Nie zdecydowaliśmy, jako że po pierwszym dniu w Prai mieliśmy tego miejsca dość (to jest naprawdę duże i chaotyczne miasto). Stwierdziliśmy więc, że pojedziemy na wycieczkę z przewodnikiem, który mówił bardzo dobrze po angielsku i w ogóle był bardzo serdeczny i komunikatywny (jak się okazało był z São Vicente!) oraz że wrócimy wcześniej do Lizbony. Bardzo chcieliśmy odwiedzić wyspę Maio, nazywaną 'zapomnianą', ale okazało się że aktualnie nie płynie tam żaden prom, a loty były tylko we wtorek i piątek. O Bravie i Fogo raczej nie marzyliśmy, bo mając jedynie kilka wolnych dni do dyspozycji, człowiek naprawdę niewiele może poskakać między wyspami Cabo Verde. O Fogo to można by zrobić kilka oddzielnych wpisów z tego co wyczytałam i obejrzałam w przewodniku. Fogo to znaczy ogień po portugalsku (i po kreolsku chyba też), a nazwa pochodzi od aktywnego wciąż tam wulkanu (ostatni raz obudził się w 1995 roku). Zdjęcia są fenomenalne. A kawa z Fogo podobno jedną z najlepszych na świecie!

Santiago też jest piękną wyspą i naprawdę bardzo warto wyjechać z Prai i ją zwiedzić, jeden dzień wystarczy. Wizytówkę João Afonso wkleiłam nawet do przewodnika i jestem w stanie go z czystym sercem polecić, jeżeli ktoś się do Santiago wybiera. Mówi on po kreolsku, portugalsku, francusku i angielsku, dużo też opowiada podczas jazdy. Zapłaciliśmy mu 10000 CVE (niecałe 100 euro) za cały dzień, ale byliśmy ponad 8 godzin. I jego też zamówiliśmy kolejnego dnia na kurs na lotnisko.

Nasz trasa podróży: Praia - Fortaleza Real de São Filipe (fort  zbudowany dla ochrony przed korsarzami) - Cidade Velha (oficjalnie Ribeira Grande de Santaigo, czyli dawna stolica, która jest na liście UNESCO) - Praia - São DomingosSão Lourenco dos Órgãos - São Salvador do Mundo - Assomada (drugie największe miasto na Santiago) - Picos - Boa Entrada - Achada Lem - Figueira das Naus - Ribeira da Parta - Chão Bom (były obóz koncentracyjny! Tak, tak, dobrze czytacie!) - Tarrafal - Porto Formoso - Mangue das Sete Ribeiras - Calheta de São Miguel - Pedra Badejo - Praia. Tak bowiem mniej więcej biegnie główna droga po Santiago, chociaż jest jeszcze kawałek innej szosy, ale był akurat zamknięty z jakiejś naturalnej chyba przyczyny (obsuw ziemi, czy powódź). Santiago jest najbardziej afrykańską wyspą, najbardziej czarną. To na niej z jednej strony rozpoczął się proces mieszania kultur i ras (métissage), ale z drugiej tak wyszło, że najbardziej jednak zdominowały afrykańskie geny. Miało to związek z tym, że ograniczone możliwości komunikacji na tak dużej wyspie sprawiły, że biali kolonizatorzy pozostawili czarnoskórych niewolników na tych plantacjach w interiorze nieco samopas. 80 km z północy na południe i 29 ze wschodu na zachód. Są na niej i piękne plaże (Tarrafal), i góry (najwyższy szczyt Pico d'Antonia 1392 m n.p.m.) i zielone doliny z wielkimi plantacjami warzyw i owoców też. Naprawdę podobała nam się ta wycieczka. Warto zatrzymać się na dłużej w dawnej stolicy, Cidade Velha, i pospacerować. Nas na sławnej i najstarszej w tropikach prawdziwej uliczce (wyznaczonej rzecz jasna przez Portugalczyków), Rua Banana, zaczepiła nas pewna pani artystka, Rita, i zaprosiła do domu. Pokazała nam swoje obrazy, opowiedziała o wenie twórczej (João Afonso dzielnie tłumaczył), a na koniec dała mały obrazek (namalowany na dżinsie), papaję i pomarańczę do zjedzenia oraz zrobiła sobie z nami zdjęcie :) W centrum Cidade Velha stoi pilori, czyli ta słynna (a raczej niesławna!) kolumna, podobno oryginalna z 1515 roku, do której przywiązywano schwytanych w Afryce niewolników i wystawiano na sprzedaż... Poszwendaliśmy się trochę po okolicy, kupiliśmy obrazki namalowane przez mamę sprzedającej je dziewczyny i stamtąd pojechaliśmy dopiero dookoła wyspy. João jest w ogóle bardzo komunikatywny i zna chyba wszystkich i wszędzie, bo co rusz się zatrzymywał i zagadywał do ludzi, trąbił, pozdrawiał, ale dzięki temu ludzie chętnie nam pozowali do zdjęć. Jak się ogarnę z ich obrabianiem to Wam pokażę :)

Żeby nie przynudzać więcej, krótko wspomnę jeszcze Chão Bom, czyli zbudowany przez Salazara obóz koncentracyjny dla więźniów politycznych - portugalskich, hiszpańskich (Generał Franco!), angolańskich, gwinejskich kabowerdyjskich. Małe klitki z betonu, tzw 'patelnie', bo wystawione na działanie tropikalnego słońca, zasieki, izba tortur, to wynalazki rodem ze stalinowskich i hitlerowskich czasów w Europie. Nazywany Campo de morte lenta - obóz powolnej śmierci, ze względu na to niemiłosierne słońce. Pani Sieradzińska pisze w przewodniku, że były tam ofiary śmiertelne, ale João nam powiedział, że choć bardzo torturowani, nikt jednak nie umarł. Pokazał nam nawet zdjęcie jednego z więźniów, którego zna i który podobno jest do tej pory kierowcą autobusu w Prai. Nie robiłam jednak dalszych dochodzeń, nie szukałam informacji, więc nie powiem Wam jak to było naprawdę. W każdym razie miejsce przywołuje okropne wspomnienia z naszej europejskiej historii, ale na pewno warto je odwiedzić. Wstęp to tylko jakieś 300 CVE.

Na tym zakończę swoje kabowerdyjskie opowieści i dam Wam odetchnąć ;) Ostatnie trzy dni naszych miodowych dwóch tygodni spędziliśmy w Lizbonie i było prze-cu-do-wnie! Jak już wiecie, kocham to miasto absolutnie i nigdy nie przestaje mnie ono nudzić. Szwendaliśmy się dużo i do oporu, byliśmy w końcu w oceanarium (świetne!), jedliśmy sushi i dużo pastéis de nata, a ostatniej nocy poszliśmy do Mesa de Frades, czyli tej sławetnej, aczkolwiek nieco ukrytej (trzeba po prostu wiedzieć w które drzwi zapukać) restauracji, w której śpiewają największe sławy lizbońskiego fado, do wczesnych godzin porannych dosłownie! Wróciliśmy do Dublina uszczęśliwieni absolutnie i zakończyliśmy podróż z przytupem, jako że Ryanair... zgubił naszą walizkę (wszystkie moje ubrania, ukochane sandały i cztery butelki egzotycznych alkoholi wysłał do Bergamo podobno). Pan który ją przywiózł do domu kolejnego dnia życzył nam na koniec wszystkiego dobrego na nowej drodze życia oraz samych hepi endów ;)

The End :)

sobota, 31 października 2015, hadassa79

Polecane wpisy

  • Sodade w Mindelo

    Czy widzieliście /słyszeliście ten paryski koncert Cize z 2004 roku? Bo ja się nie mogę od niego uwolnić od wielu dni. Majstersztyk pod każdym względem! 

  • Kabowerdyjskiej opowieści część dalsza

    Powinnam chyba zacząć od przedstawienia Wam Wysp Zielonego Przylądka nieco bliżej, bo nie wiem jak Wy, ale ja do niedawna nie miałam o nich sama większego pojęc

  • Trzpiotka

    Posłuchajcie jaka to perełka! Pani Sieradzińska właśnie podesłała mi tłumaczenie, bo jedyne co rozumiałam to 'balansa' i 'prokolansa' ;) Umilam sobie poranek i