O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!
Blog > Komentarze do wpisu

Cabo Verde - Kriolu Ama :)

...czyli miłość po kreolsku na Wyspach Zielonego Przylądka :)

Dziś mija tydzień od naszego powrotu z pięknej, miodowej podróży, a ja wciąż się unoszę kilka centymetrów nad Ziemią. W tle pobrzmiewa paryski koncert Cize z 2004, biodra same się kołyszą, co ja gadam... cała ja się kołyszę! A i Mąż nie ustępuje, krząta się po domu i też podskakuje w rytm tych chwytających za serce morn i colader. Bo chcę Wam powiedzieć Mili Nasi, że wróciliśmy chwilę temu z magicznej wyprawy śladami Królowej Morn, Bosonogiej Diwy, niezapomnianej Cize, tak tak, TEJ właśnie Cesárii Évory ! Wróciliśmy z Jej ukochanych Wysp Zielonego Przylądka, których piękno Ona tak cudnie wyśpiewywała przez tyle lat.

Wariacki to trochę był wyjazd, spontaniczny zupełnie. Nie to, że nie chciałam tam nigdy pojechać, bo oczywiście, że chciałam i to bardzo, ale ciągle wypadało coś innego, gdzieś indziej i z kimś innym. Teraz już wiem, że ten maleńki afrykański kraj czekał po prostu kiedy wyjdę za mąż i odwiedzę go wraz z Mężem :) A zaczęło się tak naprawdę od miesiąca, który spędziłam w Polsce (przed, w trakcie i chwilę po naszym weselu), a dokładnie od wizyty w księgarni w Olsztynie, w której na dzień dobry wpadła mi do rąk przepięknie wydana biografia Cize autorstwa Pani Elżbiety Sieradzińskiej, śmiało mogę już teraz napisać, że przybranej córki Cesárii. Muzykę Diwy oczywiście że znałam niemalże od zawsze, a na pewno od czasu kiedy została Ona odkryta u nas w Polsce, gdzieś w połowie lat 90-tych, o Jej życiu jednak i o tym, że jedną z osób najbliższych Jej sercu była właśnie Polka, dowiedziałam się dopiero wtedy w Olsztynie. Coś mnie jeszcze tknęło w tej księgarni, bo zapytałam z głupia frant, czy mają też może przewodnik po Wyspach w sprzedaży. Pamiętam pani pokręciła przecząco głową, ale też jakby coś przeczuwała, bo poprosiła o sekundę aby się w stu procentach upewnić. I jakie było nasze obopólne zdziwienie, kiedy przyniosła z zaplecza tę malutką książeczkę autorstwa... Pani Elżbiety Sieradzińskiej! Voile, już wiedziałam gdzie polecimy w podróż! Mąż oczywiście zgodził się natychmiast :)

Trochę nie wiedziałam jak się zabrać za organizację tej wyprawy pod względem logistycznym. Wysp jest bowiem dziesięć, z czego jedna nie zamieszkana, a doczytanie tego wcale nie ułatwiło mi organizacji. No bo jak zwiedzić dziewięć wysp w dwa tygodnie, tym bardziej, że samoloty nie na każdą latają, a przemieszczanie się statkiem zależy od fanaberii pogody? I kiedy każda z tych wysp jest ZUPEŁNIE inna? Spędziłam więc jeden CAŁY dosłownie dzień przed komputerem - przeanalizowałam wszystkie możliwe opcje, wymieniłam kilka maili ze 'znalezioną' na Cabo Verde inną Polką, porównałam ceny i plan jakoś sam się ułożył; resztę, stwierdziliśmy, ogarniemy na miejscu. Założyliśmy jednak od razu, że ani na Sal, ani na Boavistę nie polecimy, jako że turystyczne resorty pełne Europejczyków popijających pina coladę na plaży są nam zupełnie nie po drodze. Poza tym te dwie akurat wyspy są zupełnie płaskie i obok doskonałych warunków do sportów wodnych oraz wypasionych hoteli, nie mają zupełnie nic innego do zaoferowania. Z resztą być na Cabo Verde i nie być w Mindelo na wyspie São Vicente to tak jak z Rzymem i papieżem... A nasza podróż miała być z założenia do szpiku luzofońska. Pięć dni później wylecieliśmy w podróż życia! :)

Z Dublina bezpośrednio nie da się dolecieć na Cabo Verde, trzeba przez Lizbonę, Paryż albo Amsterdam. Jasnym więc od razu było, że będzie to nasza ukochana Lisboa! A do niej wystarczy Ryanair'em ;) Z Lizbony są dwie opcje, portugalski TAP oraz kabowerdyjskie TACV. TAP lata jednak tylko do stolicy, miasta Praia na wyspie Santiago, albo do rodzinnego Mindelo Cesárii, na São Vicente. Pomijając fakt, choć też ważny, że TAP'em jest ciut drożej, liniami TACV można się przemieszczać między wyspami i można kupić bilet łączony, z dowolną ilością lotów. Na ten więc postawiliśmy. Niecałe 500 euro od osoby w dwie strony, cztery loty w sumie - Lizbona - Praia - Mindelo - Praia - Lizbona; nie wyszło źle jak na taki spontaniczny wyjazd. W cenę biletu wliczony jest już 23-kilogramowy bagaż oraz posiłek i napoje na tej długiej trasie. Nie ukrywam, ze miałam trochę duszę na ramieniu, bo nie dość, że w ogóle nie lubię latać przez ocean i za każdym razem się upijam (po czym mam kaca przy lądowaniu), to jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam o tych liniach, a na dokładkę przeczytałam kilka opinii w internecie o panującej tam w ogóle samowolce (lata kiedy chce, albo i nie lata, zawraca, opóźnia się, o czym pasażerowie często gęsto nie są w ogóle informowani, samoloty są małe itp itd). Słowo się jednak rzekło, potwierdzenie zakupu przyszło na maila, lecimy! Dzień i noc przed wylotem spędziliśmy w Lizbonie popijając ginjinhę i jedząc ryby. To miasto nigdy mi się nie znudzi, nigdy! Po wylądowaniu nad Tagiem, poszliśmy też od razu się upewnić, że jutrzejszy lot w ogóle istnieje, nasza rezerwacja jest w porządku i że wszystko będzie na czas. Bardzo uprzejmy pan wszystkiemu przytaknął i z szerokim uśmiechem zaśpiewał 'do jutra'. No to ahoj przygodo, do jutra!

Jakie więc było nasze zdziwienie na drugi dzień, kiedy się dowiedzieliśmy na miejscu że nasz lot jest opóźniony o... 6 godzin!! Wrrrr. Dostaliśmy co prawda jeść i pić, no ale ileż to można szwendać się po lotnisku w tę i we w tę?!? Poza tym to jednoznacznie oznaczało, że spóźnimy się na lot z Prai do Mindelo! Koniec końców lot był spóźniony o ponad 8 godzin i jak wchodziliśmy na pokład dobrze po północy, to było mi już wszystko jedno. Że mały jakiś ten Boeing, więc trząść będzie równo, że nad oceanem, po nocy, w nieznane. Osłupiałam więc niemalże, kiedy 4,5 godziny później Mąż zaczął mnie szturchać i krzyczeć (wiecie jak to jest jak śpicie i ktoś Wam gada wprost do ucha!)... że już wysiadamy! No to wysiadamy! To co wita każdego po wylądowaniu na Wyspach, to potężne uderzenie gorącego powietrza. Byłam na Kubie, w Boliwii, w Izraelu latem, ale gorąc jaki jest na Cabo Verde nawet w październiku, jest nie do opisania. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wcześniej było mi aż tak gorąco przez tak długi czas i żebym czerpała tak dziką radość z lodowatych pryszniców kilka razy dziennie. Ajfon niby pokazywał jedynie 31 - 33 Celsjusze, ale oni mają tam zdecydowanie jakąś inną skalę, uff. Wylądowaliśmy w Prai dobrze po drugiej w nocy (czyli po czwartej nad ranem czasu GMT), odstaliśmy swoje w kolejce po wizę (25 euro od łebka), po czym usłyszeliśmy od przedstawiciela TACV, że... mamy wrócić o siódmej, bo lot do Mindelo jest o dziewiątej. Com licença, por favor ?? Bardzo wrzaskliwa pani zdawała się nie żartować w okienku, ale my (jakieś dwadzieścia osób, z małymi dziećmi na rękach też) szybko jej wyperswadowaliśmy ten 'żarcik' i że nie ruszymy się stąd, jeżeli nam nie zapewni chociażby wody, a tak w ogóle to domagamy się noclegu! Pan, który jej towarzyszył przejął się o wiele bardziej i przynajmniej próbował mówić po angielsku. Koniec końców, chwilę później jechaliśmy wszyscy taksówkami do hotelu, wszystko na koszt TACV, rzecz jasna! I tak oto, pierwszą noc na Wyspach Zielonego Przylądka spędziliśmy nie w Mindelo, ale w Prai i choć nie planowanie, było baaardzo przyjemnie. Doceniłam smak zimnego piwa, na balkonie bardzo porządnego hotelu (z klimatyzacją!), wśród cichej kabowerdyjskiej nocy, z pianiem kogutów w tle, powoli budzących się ze snu pod tym balkonem :)

Cdn.

czwartek, 22 października 2015, hadassa79

Polecane wpisy

  • Praia, Santiago, Lizbona i koniec hanimunu ;)

    Postanowiłam nie męczyć Was już Wyspami Zielonego Przylądka, będzie więc krótko i na temat (właśnie zaczęłam obrabiać zdjęcia) ;) Wylądowaliśmy więc w Prai na S

  • Santo Antão

    Opowiem Wam jeszcze trochę o Cabo Verde, bo nie będę przecież się denerwować i pisać o wynikach wyborów w Polsce. Też uważam, że potrzeba w polskiej polityce zm

  • Sodade w Mindelo

    Czy widzieliście /słyszeliście ten paryski koncert Cize z 2004 roku? Bo ja się nie mogę od niego uwolnić od wielu dni. Majstersztyk pod każdym względem!