O Ofcy, która została Panią Myską, bo z Alicji w Krainie Czarów się nie wyrasta. Która wciąż kocha włóczyć się po świecie, ale i już kocha wracać do domu. A dom tam, gdzie serce, zapach drożdżówki i... dużo Mysy!
Blog > Komentarze do wpisu

Kuba - akt 2

Havana - największy rynsztok świata!
Tak, rynsztok to kolejne ulubione słowo, które przywiozłam z Kuby. Nie będę dziś przedłużać, bo nie mam czasu (bank holiday weekend trwa) więc będzie krótko - nie lubię Havany! I to nie ma znaczenia, że stolica, bo Dublin też jest stolicą, a go kocham. W każdym przwodniku turystycznym jest kategoria must see, czyli miejsca, które TRZEBA zobaczyć. Jako przykładny turysta Havanę zobaczyłam, ale wrócić do niej nie koniecznie potrzebuję. Ot i tyle.

Do Havany pojechałyśmy z Majuśką już drugiego dnia pobytu na Kubie. Dla niedoinformowanych dodam, że wykupiłyśmy sobie dwa tygodnie all inclusive wakacji w niejakim Varadero, za bardzo przyzwoitą cenę (nie powiem ile, bo przed oczyma mam cyferki, które wymieniali ludzie poznani w resorcie; w każdym razie mało). I już na wstępie zaprzeczę wszystkim, którzy twierdzą, że Varadero jest be, bo turystyczne itd. Turystycznym jest, to fakt, ale jest również najlepszą bazą wypadową w inne rejony wyspy. A naszym założeniem było od początku, że miło jest poleżeć na plaży, ale na pewno nie dwa tygodnie! Pojechałyśmy więc na wycieczkę; a właściwie trzy. Poniżej zamieszczam mapę Kuby byście mogli sobie zlokalizować najważniejsze miejsca.



Ja widać, Varadero jest w idealnym położeniu by zwiedzić zachód (Havanę, Pinar del Rio, Soroę po drodze i resztę mniejszych miejscowości, aż do La Fe) oraz środek wyspy (do Trinidadu włącznie) podczas kilku wypadów z resortu.

Ale miało być o Havanie... Pojechałyśmy tam autobusem przewoźnika o nazwie Viazul. Nie wiem czy jesteście tego świadomi, ale wszystko na Kubie podzielone jest na dwie podstawowe kategorie - dla turystów oraz nationales. I choćby srały skały, nie będąc w posiadaniu paszportu kubańskiego, ichnim autobusem nie pojedziesz, Amen! I w związku z tym, do Pinar del Rio na przykłąd pojechałyśmy z Havany... taksówką (proszę spojrzeć na mapę ;-) Nie było dyskusji, że Viazul nam uciekł, albo że zapłacimy więcej. Gest podrzynania gardła tłumaczył wszystko (nie, że nam, tylko że kasjerka miałaby - potocznie - przerąbane). Tak więc, wracając do tego autobusu z Varadero do Havany... ;-) przysnęło nam się z Majusiutką troszkę, potem jakiś krzyk, że to już i nagle znalazłyśmy się w Havanie. Chyba nie byłyśmy gotowe na taki klimat i scenerię w kilka sekund po przebudzeniu. Jakaś kobieta próbowała nas od drzwi autobusu zaciągnąć do siebie do domu (że niby ma pokój do wynajęcia), inna sprzedać monetę z Che, ktoś inny coś pokazać albo napić się coli, cuda wianki. Usiadłyśmy więc na ławce, zapaliłyśmy papierosa i zrobiłyśmy losowanie, w którą stronę idziemy. Wygrała Majka, czego potem żałowała hehe. Po kilkunastu minutach marszu znalazłyśmy się w centrum rynsztoku. Brud, smród, ubóstwo (skakałam jak w gumę próbując ominąć kupy na ulicach, sic!) i Rio de Janeiro. Mnie się tylko chciało zimnego piwa, a barów niet! Uratował nas niejaki profesor języka rosyjskiego:


Piękną angielszyzną przeplataną dźwięcznym rosyjskim wyjaśnił nam, że znajdujemy się w tzw. Havanie centralnej i lepiej żebyśmy oddaliły do tej starej - Havana Vieja. I tym bardziej, nie przychodziły tu wieczorem. Pic polega na tym, że my się z Majką bardzo lubimy, więc obeszło się bez wytykania palcem której to pomysł jest właśnie realizowany. Podkuliłyśmy ogony i pędęm pomaszerowałyśmy pod Kapitol, a stamtąd już na gwarną (turystyczną) Calle Obispo :-)










Jak już pisałam poprzednio, zdjęć mam kilkanaście setek, więc po resztę odsyłam do linka po lewej - My Picasa.

Na Obispo też nie bardzo wiedziałyśmy co z sobą począć. Priorytetem było mojito (z racji niedawnych huraganów i deficytu yerba buena - tak, tak, prawdziwe mojito nie jest z miętą!!! - drink ten, ku naszemu przerażeniu - nie był osiągalny w Vardero, całym regionie Matanzas i przypuszczalnie w innych) oraz... nocleg. I jak to się na Kubie zdarza, zaczepił nas mężczyzna hehe. Zaoferował... mojito. Voile, piłyśmy mojito w Hanoi, wietnamskiej restauracji na Kubie :-) Zaproponował również obiad, ale że jadłyśmy prosiaka chwilę wcześniej (o jedzeniu zrobię osobny wpis, bo takich klimatów kulinarnych nie ma nigdzie indziej na świecie!), odparowałyśmy, że jeść to niekoniecznie, ale spać to byśmy chciały mieć gdzie tej nocy. Aha, bo nie dodałam, ze poszłyśmy wcześniej do Ambos Mundos, hotelu, w którym swojego czasu sypiał Hemingway i cena jaką recepcjonistka nam zaśpiewała nie mieściła się w normach naszych europejskich zarobków. W 5 minut miałyśmy nie tylko dobry humor, ale i przytulny pokoik w samym sercu Havana Vieja, u przeuroczej, nie mówiącej ni słowa po angielsku kobiety - Nancy Perez (jak ktoś się wybiera, służę szczegółową informacją).

Gościłyśmy w Havanie trzy dni. Przeszłyśmy ją wzdłuż i wszerz, zahaczając o (chyba) półwysep - Casablankę, El Morro i La Cabanę. Jeździłyśmy dorożką, taksówką sprzed 1959 roku, piłyśmy mojito w ulubionym barze Hemingwaya (La Bodequita) oraz w tym, w którym jadał (podobno był wybredny) - La Floridita. Jeden wieczór spędziłyśmy w Tropicanie - największym kabaretowym show na Kubie, drugi na balkonie naszej kolonialnej kamiennicy obserwując nocne życie Kubańczyków. Wbrew naszym oczekiwaniom, nocna Havana nie tętni salsą, ani nie wydaje się bardzo przyjazną. Nastawiona na turystów i obcą walutę, pełna jest nagabywaczy, naciągaczy i innych mitomanów próbujących wmawiać niestworzone historie by skruszyć turystyczne serca i portfele. Jest bardzo prawdopodobnym, że babcie na zdjęciu poniżej mają więcej pieniędzy niż ja (prawie zlinczowały nas, że za mało dałyśmy!), a warunki pracy o wiele przyjemniejsze. Aha, w Muzeum Rewolucji też, rzecz jasna, byłyśmy.

Reasumując, Havana jest OK, warto zobaczyć, ale życia oddawać na pewno nie. Pstryknąwszy kilka zdjęć na Placu Rewolucji, opuszczałyśmy stolicę z lekkim sercem. A że - wspomniany wyżej - autobus nam uciekł, do Pinar del Rio Pańcie zajechały taksówką... :-)


Havana obiektywem z Casablanki

niedziela, 26 października 2008, hadassa79

Polecane wpisy

  • 25 kwietnia

    Lubię :)

  • Sunday lazy Sunday

  • Kuba - akt 3

    Pinar del Rio - sympatyczna mieścina rodem z amerykańskiego westernu. Jak już napisałam w akcie 2, do Pinar del Rio pańcie zajechały taksówką, z racji spóźnieni

Komentarze
2008/11/11 13:20:45
ale Ty pięknie wyszłaś na tym zdjęciu. Naprawdę. To nie jest taka szowinistyczna ściema.
Zdjęcia w ogóle niesamowite... Ach...
-
2008/11/11 22:21:23
Cedro Czaruś... ;-)
Dzięki hiu hiu.
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/11/17 12:21:28
świetne... zdjęcia bardzo ciekawe...
To ja poprosze o namiar na casa particulares u Nancy Perez w Havana Bieja. Wybieram sie wlasnie tam i chętnie skorzystam z 3 noclegów u niej skoro polecasz. Jesli możesz to bardzo proszę podeslij namiar do niej na maila: repet@onet.eu
m.